Werbują wykształconych

Dziennik/a.

publikacja 12.10.2007 19:34

Wyraźny przywódca, system budowania fobii, poczucie misji, wyjątkowości i zupełne odizolowanie od rzeczywistości to główne symptomy sekty - opisuje Dariusz Hryciuk z Centrum Przeciwdziałania Manipulacji przy diecezji lubelskiej. Problem zagrożenia sektami znów wrócił przy okazji eksmisji byłych betanek z klasztoru w Kazimierzu - pisze Dziennik.

Takie zachowania, o jakich mówi Dariusz Hryciuk, choć niekoniecznie wszystkie naraz, cechują wszystkie działające w Polsce sekty. Jest ich według różnych szacunków od 300 do ponad 1000. Trudno oszacować ich prawdziwą liczbę, bo wiele z nich działa pod przykrywką różnych stowarzyszeń. Najbardziej znane z nich to Kościół Zjednoczenia, Kościół Moona, Rodzina Miłości, Kościół Szatana, Świątynia Seta, Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kriszny czy Amway. "W niektórych, jak u Świadków Jehowy, nie ma izolacji, a wręcz przeciwnie, jest nastawienie na intensywne werbowanie nowych członków" - mówi Hryciuk. "Ale są też takie, które zamykają się na jakichś farmach i odcinają od świata uznawanego za źródło zła". Ważną cechą najprężniej działających w Polsce sekt jest to, że werbują młode, często wykształcone osoby o dużej wrażliwości i potrzebie intensywnych przeżyć duchowych. "To mit, że do sekt pakują się psychole z popapraną osobowością" - przekonuje Hryciuk. "Przywódcy sekt takich osób nie chcą, potrzebują wartościowych, bo one są najbardziej przydatne". Podobnie mówi ks. dr Andrzej Wołpiak i jako przykład podaje zbuntowane betanki z Kazimierza Dolnego. "Ich była matka przełożona Ligocka i eksfranciszkanin wykorzystali zaufanie i czyste intencje dziewczyn, które chciały zbliżyć się do Boga" - twierdzi. Nie chciały się też spotkać ze swoimi bliskimi, co jest dowodem bardzo głębokiego uzależnienia od guru, typowego dla wielu sekt. Nie dały się rozdzielić i nie chciały zostać w oferowanych im ośrodkach rekolekcyjnych. "Zadziałało myślenie grupowe, zbiorowa tożsamość, która jest w nich tak silnie zakorzeniona, że nie potrafią i nie chcą myśleć i działać indywidualnie" - tłumaczy ks. dr Andrzej Wołpiuk, konsultant ds. sekt diecezji bielsko-żywieckiej. "One chcą być razem, bo są przekonane, że tworzą grupę wybranych, są dobre, a świat, który je otacza, jest zły". Dziennik zamieszcza też wywiad z o. Tomaszem Francem z dominikańskiego ośrodka informacji o nowych ruchach religijnych i sektach. W środę kierował zespołem psychologów podczas eksmisji byłych betanek w Kazimierzu Dolnym Wojciech Łaskarzewski: Dlaczego byłe betanki uciekły z domów rekolekcyjnych w Lublinie, Nałęczowie i Dąbrowicy, do których przewieziono je w środę po eksmisji z klasztoru w Kazimierzu Dolnym? Ojciec Tomasz Franc: One miały gotowy plan. Już w momencie, kiedy opuściły klasztor i znalazły się w autokarze, wiedziały, co dalej ze sobą zrobić. Towarzyszyłem im w podróży autobusem do Lublina. Od razu zauważyłem pewne niepokojące rzeczy. Kobiety były pewne, że się nie rozdzielą. Wymieniały się numerami telefonów, umawiały na spotkanie.

- Czy ojciec nawiązał z nimi kontakt? - W tej grupie w autobusie było kilka niezdecydowanych młodych dziewczyn. Niestety nie mieliśmy możliwości i czasu dotarcia do nich. Wszelkie próby rozmowy były torpedowane przez pozostałe ekszakonnice. Kiedy dziewczyny próbowały się wyłamać, otrzymywały reprymendę popartą kilkoma kuksańcami. "Cicho siedź! Nie rozmawiaj z nim" - wydawały polecenia nieznoszącym sprzeciwu głosu. Atmosfera podczas całej drogi była bardzo napięta. Byłe siostry nie ukrywały swojego wrogiego nastawienia do mnie. Drwiły, pytały, dlaczego jestem takim złym człowiekiem. Dlaczego nie służę prawdziwemu Bogu. Jedna z nich nawet dzwoniła na policję, skarżąc się, że przetrzymuję ją wbrew jej woli. - Co się stało, gdy dojechaliście do Lublina? Czy kobiety spotkały się z czekającymi na nie bliskimi? - Jestem przedstawicielem 15 rodzin, które nie mają kontaktu ze swoimi córkami od półtora roku. Miałem nadzieję, że zaraz po eksmisji uda się je skłonić do szczerej rozmowy. Miało to się stać właśnie w domach rekolekcyjnych. Niestety wypadki potoczyły się zbyt szybko. Nie miałem nawet szansy na wyłożenie im swoich racji. Już na parkingu, kiedy rodzice próbowali się zbliżyć do swoich córek, zaczęły interweniować pozostałe kobiety. Otoczyły dziewczyny kordonem, uniemożliwiając dostęp do nich. Doszło do przepychanek. Niektóre były wręcz agresywne w stosunku do swoich najbliższych. Jak mantrę powtarzały, że muszą spotkać się z Jezusem i swoją Mateńką, czyli byłym franciszkaninem Romanem K., który mieszkał z nimi w klasztorze w Kazimierzu Dolnym, i z byłą matką przełożoną Jadwigą Ligocką. - Czy to jest typowe zachowanie spowodowane wielomiesięczną izolacją? Żyły tak przecież w klasztorze blisko dwa lata... - Tak. Prawdopodobnie kobiety uległy praniu mózgów. Tę grupę można już śmiało zdefiniować jako sektę. Jest wyraźny lider, były franciszkanin - Roman K. Mężczyzna wpaja swoim podopiecznym, że racjonalne myślenie to wytwór szatana. Dlatego tak ciężko do nich dotrzeć. One nie przyjmują żadnych argumentów. Kolejnym dowodem świadczącym o tym, że grupa ma cechy sekty, jest postawa części rodziców. Ci ludzie tworzą drugi, zewnętrzny krąg dopuszczonych do tajemnicy. Święcie wierzą, że to, co robią Jadwiga Ligocka i Roman K., jest najlepsze dla ich dzieci. - W jaki sposób można im pomóc? - Teraz to będzie bardzo trudne. Planują otwarcie nowej siedziby. Eksmisja z klasztoru w Kazimierzu była ogromną szansą na uratowanie choćby części z tych kobiet. Niestety, popełniono kilka błędów. Wszyscy skupili się na aspekcie tylko prawnym, zapominając o prawdziwym dramacie ludzi. Nikt nie dał czasu psychologom na chociaż kilkunastominutową indywidualną rozmowę, która mogłaby bardzo dużo zmienić. Nie odizolowano także liderów. Eksmisja była perfekcyjnie wykonana, ale zbyt pośpiesznie. Tak nie powinno się postępować. Dla mnie cała ta akcja była gorzką porażką.