Aborcja - czekając na referendum

Gazeta Wyborcza/Piotr Pacewicz/a.

publikacja 15.01.2008 05:27

Zamiast pełnego hipokryzji doskonalenia "aborcyjnego kompromisu" konieczna jest debata, co naprawdę zrobić z przerywaniem ciąży. Moim zdaniem trzeba przywrócić Polkom prawo wyboru - napisał w Gazecie Wyborczej Piotr Pacewicz.

W tekście Pacewicza czytamy: Zacznijmy od rzecznika praw obywatelskich, bo to on zatroszczył się o zgodność z konstytucją zapisu ustawy antyaborcyjnej, że wolno przerwać ciążę, gdy zagrożone jest życie lub zdrowie kobiety. 1. Czego się boi Janusz Kochanowski? - Z praktyki innych krajów wiemy, że może to być bardzo rozszerzająco interpretowane. Wicerzecznik prof. Marek Zubik: "Ogólne odniesienie się do ochrony zdrowia ciężarnej w zderzeniu z życiem płodu niezależnie od stadium jego rozwoju należy uznać za niedopuszczalne, zwłaszcza gdy na ich?? podstawie zezwala się na pozbawienie życia ludzkiego". Rzecznicy obywateli nienarodzonych odwołują się do orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 1997 r.: człowiek zaczyna się od poczęcia i nie ma podstaw do różnicowania wartości życia w żadnej jego fazie. To kolejna inicjatywa, by sprawę postawić jasno: jeżeli płód jest człowiekiem, to prawo ma go chronić jak człowieka. Bo czy wolno zabić kolegę z pracy - palacza, który przecież szkodzi naszemu zdrowiu? 2. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny podzieliłby logikę rzeczników, trzeba by w ustawie doprecyzować, że zagrożenie zdrowia kobiety musi być "poważne czy nieodwracalne". A może nawet "powiązane z zagrożeniem życia"? Wtedy można właściwie usunąć "lub zdrowie" i aborcja byłaby dopuszczalna, gdy ciąża prowadzi do śmierci kobiety czy też - łaskawie to złagodziwszy - "może być zagrożeniem życia". Ustawa antyaborcyjna zyskałaby spójność aksjologiczną, czytaj - zakaz by się uszczelnił. Życie za życie, śmierć za śmierć. Zwłaszcza gdyby tak jeszcze usunąć prawo do przerwania ciąży z przestępstwa. Bo przecież także hańba kobiety zgwałconej nie wytrzymuje - mówiąc językiem prof. Zubika - "zderzenia z życiem płodu". Tak myślał Jan Paweł II, oczekując od zniewolonych Bośniaczek, by rodziły dzieci wojny. On, wielki humanista, adorator Maryi Panny, który dla kobiet miał tyle zrozumienia i serdeczności! 3. O czym my tu jednak mówimy? O słowach mówimy, o zapisach prawnych, o ideologii, o polityce. W żadnym razie - nie o rzeczywistości. Liczba legalnych aborcji rośnie ze 151 w 2002 r. do 340 w 2006 r. W tym: • dwie trzecie z powodu choroby lub upośledzenia płodu, • kilka ciąż rocznie z gwałtu, • reszta z artykułu o zagrożonym zdrowiu lub życiu kobiety. Rzecz w tym, że te legalne zabiegi stanowią może procent, może pół, wszystkich. Żyjemy w królestwie aborcyjnej hipokryzji. Codziennie setki razy łamane jest prawo i przez kobiety, i przez lekarzy. Ile naprawdę jest zabiegów? Antoni Zięba, prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka, ocenia, że 7-14 tys., ale zwolennicy pro life z pewnością zaniżają dane. Pomstują też na ciche przyzwolenie organów ścigania, które rocznie wykrywają ledwie kilkadziesiąt przypadków nielegalnej aborcji. A przecież wystarczy pójść tropem ogłoszeń typu "Ginekolog pełen zakres" czy "Aby przywrócić miesiączkę...". Do 26 aborcji właśnie przyznała się lekarka w Żyrardowie. Po godzinach pracy w jej gabinecie czas się cofał o 11 lat, jakby wciąż obowiązywała ustawa dopuszczająca aborcję, gdy kobieta jest w "trudnej sytuacji". Dr Małgorzata F. namawiała pacjentki do donoszenia ciąży, wysłuchiwała ich argumentów, dawała czas do namysłu, ale gdy kobieta się upierała, za 1 tys. zł dokonywała aborcji. Ilu jest takich lekarzy? Zwolennicy pro choice z kolei wyolbrzymiają zapewne liczbę aborcji nawet do 200 tys., bo to przemawia za legalizacją. Zdaniem zawziętego obrońcy życia i zasłużonego położnika prof. Bogdana Chazana na całym świecie liczba aborcji stanowi 32-46 proc. urodzeń. W Niemczech jest to 25-35 proc., w Austrii - nawet 40 proc., w Wielkiej Brytanii - 25 proc. Szacunki są niepewne, zwłaszcza nieuchwytna jest aborcja za pomocą wczesnoporonnej tabletki RU-486. Poziom antykoncepcji jest u nas niski, temperament seksualny pewnie europrzeciętny. Trudno więc uwierzyć, że ciemna liczba aborcji w Polsce jest niższa niż 25 proc. urodzeń. A to oznacza minimum 75-80 tys. zabiegów rocznie.

4. Subtelne debaty nad doprecyzowaniem "historycznego kompromisu" - jak zwyczajowo się nazywa obowiązującą od 1997 r. ustawę antyaborcyjną - robią więc wrażenie idiotycznej farsy. Zwłaszcza w ustach rzecznika praw obywatelskich. Czy zamiast uczonych dywagacji o ochronie płodu nie powinno go raczej zainteresować, że obywatele prawo lekceważą, że Polska żyje obok prawa? Czy to nie ośmiesza konstytucji? W listopadzie szwedzki parlament zdecydował, że Europejki będą mogły w ich kraju przerywać ciążę. Cena - 1000 euro - wyższa nawet od warszawskiej, ale za to opieka profesjonalna i zero stresu. Jako Europejka zamożna Polka będzie więc mogła przerwać ciążę w Sztokholmie, jako Polka - nie. 5. 80 lat temu Tadeusz Boy-Żeleński argumentował za usunięciem antyaborcyjnego paragrafu z przygotowywanego kodeksu karnego: „Paraliżuje Komisję Kodyfikacyjną oglądanie się na mityczną »Europę «: żadne państwo nie zniosło kar za przerywanie ciąży. Polska nie może być pierwsza. (...) Wyprzedzić w tym Europę byłoby raczej zaszczytne dla Polski i godne stanowiska, jakie od chwili odbudowy zajęły w niej kobiety”. I przewidywał: "To zresztą, że paragraf ten będzie prędzej czy później wszędzie zniesiony, jest tak samo pewne jak to, że zniesiono tortury, niewolnictwo". Boy mógłby i dziś namawiać Polaków na złagodzenie zakazu, ale argumentację musiałby zmienić, bo jego prognoza się potwierdziła. I to z naddatkiem. 6. Nie da się debatować o moralności przy pomocy kartografii, ale aborcyjna mapa globu daje do myślenia. Już nie tylko Europa (z polsko-irlandzko-maltańskim wyjątkiem), ale praktycznie cała północna półkula - od Kanady i USA po Rosję i Chiny - zostawia decyzje kobietom (kolor ciemnozielony na mapie obok). Prawo nigdzie nie jest bezwarunkowe. Aborcja, dozwolona zwykle do 12. tygodnia ciąży, musi być poprzedzona rozmową z lekarzem czy psychologiem, w niektórych krajach w decyzji musi wziąć udział mąż, a nawet rodzice kobiety. Wielka Brytania i reszta dawnego imperium - Indie i Australia - oraz Finlandia, Japonia i nieoczekiwanie liberalna Zambia precyzują, że kobieta może przerwać ciążę, gdy jest w trudnej sytuacji społeczno-ekonomicznej (kolor jasnozielony). A zatem 70 najbardziej rozwiniętych krajów (z 60,6 proc. ludności globu) uznało, że to kobieta decyduje o zabiegu, po spełnieniu określonych prawem warunków. 7. Polska zapisała się do innej części świata, razem ze 103 krajami (35,3 proc. ludności). Tak jak prawie cała Afryka, Ameryka Południowa i państwa islamskie uznaliśmy, że kobieta może dokonać aborcji tylko w wyjątkowych wypadkach, które wydarzają się bez jej udziału i kontroli. W ostrzejszym sformułowaniu (ciemnoczerwony - na mapie) gdy zagrożone jest jej życie. Sudan, Panama, Meksyk, Brazylia, Mali i Butan dodają tu wspaniałomyślnie zgodę na aborcję w przypadku gwałtu; reszta - w tym Malta i Irlandia! - nie. Z naszym zapisem o "zdrowiu lub życiu" (jasnoczerwony) jesteśmy z Europy tylko my. Poza tym Argentyna, Urugwaj, Peru, Kostaryka, Korea Południowa, Mozambik, Maroko, Zimbabwe, Pakistan, Kuwejt, Katar... Nie mówię, że to złe towarzystwo, ale jakoś dalsze kulturowo niż Czechy czy Francja. 8. Każdy kraj demokratyczny szukał wyjścia ze sporu o aborcję. W Hiszpanii dopuszczono zabiegi, gdy zagrożone jest również zdrowie psychiczne kobiety (żółty). Tak samo w Algierii, Kolumbii, Nowej Zelandii... Kraje te mogą albo zbliżać się do grupy zakazu (gdy to lekarze diagnozują u kobiety poważną groźbę, np. depresji) albo do grupy wyboru (gdy psychologowie po rozmowie z kobietą oceniają jej gotowość do macierzyństwa). Ten drugi wariant niewiele różni się od niemieckiego, w którym kobieta, zgłaszając się na zabieg, musi przedstawić zaświadczenie o odbyciu rozmowy z psychologiem w państwowej placówce lub z pastorem Kościoła ewangelickiego (Watykan zakazał księżom katolickim udziału w tej procedurze).

9. Mapa nikogo nie przekona, ale pokazuje na cywilizacyjny trend: kraje rozwinięte i demokratyczne mają łagodniejszą ustawę. Czy Polacy o tym wiedzą? Chyba nawet nie chcą wiedzieć. Prawdziwa debata o aborcji wywołuje bowiem lęk i zniechęcenie. Także dlatego, że głos Kościoła jest tu tak kategoryczny. Posłanka PO Iwona Śledzińska-Katarasińska: "W konsekwencji nie do końca przemyślanego ruchu rzecznika praw obywatelskich zaczyna się dyskusja, która nikomu nie jest potrzebna". Inny poseł PO Damian Raczkowski: "status quo jest satysfakcjonujące". Chyba dla posła. I dla "Dziennika", który poucza "Gazetę" i mnie osobiście, bym "nie fałszował listy polskich priorytetów i nie szmuglował do niej religijnych i ideologicznych wojenek". "Dziennik" chce z Polakami zajmować się "emeryturami, autostradami, podatkami i tym podobnymi przyziemnymi kwestiami", co rozczaruje każdego, kto pamięta, jak niedawno ogłaszał Polakom nieziemskie wprost radości, jak np. "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika". Wielu komentatorów sprowadza kwestię do sporu lewica - prawica i fascynuje się tym, że krytyka zakazu aborcji to np. "walka LiD o przetrwanie". Media w Polsce nie mogą się wyrwać z niezdrowej fascynacji polityką, każdy temat widzą jako partyjną grę. Towarzyszy temu fałszywa świadomość, że mamy aborcyjny "kompromis". Nie. Mamy zakaz aborcji i aborcyjne podziemie, które wyszło na powierzchnię, i trzeba przymykać oczy, by go nie dostrzec. Kiedyś nawet "Gazeta" uważała, że spór o aborcję trzeba odłożyć, bo są ważniejsze sprawy: transformacja ustrojowa, wejście do NATO i UE. Ale to wszystko się już udało. Czas porzucić wygodną hipokryzję, do której się przyzwyczailiśmy: że prawo mamy czyste jak łza, a kobiety jakoś to sobie po cichutku załatwią. Dyskusja jest potrzebna, choć wiadomo, że kompromis z tego się nie urodzi, strony sporu pozostaną przy swoim. Co oznacza, że - jak na demokrację przystało - w perspektywie kilku lat czeka nas referendum. Takie jak w katolickich Włoszech (1981) i Portugalii (2007), gdzie wygrała zgoda na aborcję, czy w Irlandii (gdzie w 1992 r. wygrał kategoryczny zakaz). 10. Bo w sprawie aborcji jesteśmy skazani na albo-albo. Prawnie: Albo kobieta ma prawo do aborcji - pod pewnymi warunkami - a państwo jej w tym pomaga. Ostatecznie to ona ocenia swoją sytuację i podejmuje decyzję. Albo aborcja jest zakazana, z kilkoma wyjątkami, które państwo określa i sprawdza, czy miały miejsce. Na te warunki - jak komplikacje zdrowotne czy gwałt - kobieta nie ma wpływu. Światopoglądowo: Albo zarodek jest już człowiekiem; niektórym z nas wystarczy argument, że każdy z nas kiedyś taki był. Albo jest po prostu zapłodnioną komórką przyklejoną do ściany macicy, która często zresztą ginie w sposób naturalny. Albo to ludzki byt odrębny, albo fragment kobiecego organizmu. 11. To nie znaczy, że należy wyostrzać różnice. Powszechna jest zgoda, że aborcja jest czymś złym. Nikt też nie kwestionuje, że zarodek jest początkiem życia człowieka. Każdy się zgodzi, że aborcja to inny zabieg niż operacja wyrostka robaczkowego. Ciągłość życia nie oznacza, że wszystkie jego formy musimy tak samo traktować. Nawet w owym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego z 1997 r., które usprawiedliwiło zaostrzenie ustawy za czasów AWS, mowa, że człowiek zaczyna się od poczęcia, ale - uwaga! - to "nie wyklucza różnej intensywności ochrony prawnej w rozmaitych fazach rozwoju". Otwiera to furtkę do usankcjonowania prawem odrębności pierwszych 10 czy 12 tygodni życia płodowego. Kiedy życiu płodu nadać status w pełni ludzki? Racjonalnie tego nie rozstrzygniemy, ale jakąś decyzję każde państwo de facto podejmuje. Dlatego uważam za nieuchronne i w Polsce różnicowanie poglądów, debatę, agitację na rzecz "wyboru" i "życia". Wreszcie - referendum.

12. Sam opowiadam się za przyjęciem rozwiązania z kręgu "wyboru". Nie jest to stanowisko redakcji, to mój pogląd. Jako obywatel wolałbym, żeby Polska wróciła do zapisu o "trudnej sytuacji kobiety". Oczywistym wymogiem - jak w Niemczech - byłoby odbycie jednej, może dwóch rozmów, w których miałaby okazję przedyskutowania swej sytuacji ze specjalistą przygotowanym do tej roli, a ten wskazywałby też na inne rozwiązania. Może jak w Portugalii dodać warunek "trzydniowej refleksji" po ostatniej konsultacji, nim zapadnie ostateczna decyzja. Opowiadam się zatem za wymuszonym utrudnieniem decyzji o aborcji, by towarzyszyła jej świadomość, że jest moralnie nieobojętna. I była podejmowana tylko, gdy kobieta (i mężczyzna) jest (są) pewni, że na inne rozwiązanie jej (ich) nie stać. 13. Za przyjęciem rozwiązania pro choice stoją dwa argumenty z innego poziomu. Zapytajmy samych siebie, w jakim państwie chcemy żyć, jaką jakość demokracji rozwijać. Może łatwiej zgodzimy się, że jeśli nie jest to absolutnie konieczne, prawo powinno zostawiać obywatelowi raczej więcej niż mniej swobody. Gdy ludzie różnią się opiniami i trudno uznać któryś z przeciwstawnych punktów widzenia za patologiczny czy aberracyjny, lepiej, by to sumienie decydowało o naszych czynach. A nie twarde narzędzia państwa i prawa, z przedłużeniem w osobie prokuratora i policjanta, Za przyjęciem prawa kobiet do aborcji przemawia szacunek dla każdego obywatela i jego przekonań. Nie narusza ono praw tych obywateli, którzy aborcję moralnie odrzucają, nikt nikogo przecież nie zmusza do przerywania ciąży. 14. Wielu zwolenników zakazu - także wśród moich przyjaciół - oburzy debata (a jeszcze nie daj Boże referendum!) w sprawach, które dla nich są etycznie niepodważalne. Mam dla was, oburzeni przyjaciele i wrogowie, przykład Simone Veil, damy stanu francuskiej i europejskiej polityki. Jako minister zdrowia w prawicowym gabinecie Giscarda d`Estaing przygotowała ustawę dającą kobietom prawo do aborcji. W słynnym przemówieniu w parlamencie francuskim przed 34 laty argumentowała, że zakaz usuwania ciąży jest nie do wyegzekwowania i jedynie "skazuje kobiety na hańbę, wstyd, samotność i lęk przed ściganiem z urzędu". Mówiła: "Nikt nigdy nie przeczył, a minister zdrowia w najmniejszym stopniu, że aborcja - jeśli nie jest dramatem - stanowi porażkę". Ale czy prawo, które nie jest egzekwowane, pozostaje prawem? - pytała. Co zrobić, gdy wszyscy depczą trawniki? Można przy każdym drzewie postawić stróża prawa, to w sumie prostsza droga. Trudniej uświadomić ludziom, że to, co robią, jest złe albo niewłaściwe. Podkreślała, że jedyną alternatywą dla aborcji jest edukacja. Oskarżała zwolenników pro life, że i temu są przeciwni. "Projekt, który został przedłożony, bierze pod uwagę stan faktyczny. Jeśli dopuszcza możliwość przerwania ciąży, to po to, by sprawować nad tą praktyką kontrolę i - o ile to tylko możliwe - odradzać kobietom dokonywanie aborcji". 15. No właśnie. Utrzymanie zakazu - także w Polsce - oznacza usankcjonowanie stanu obecnego, w którym mamy aborcję na życzenie, tyle że w szarej strefie, bez kontroli i troski o zdrowie kobiety. Zwłaszcza kobiety ubogiej, której nie stać na Sztokholm, a nawet na Żyrardów. Ale poza biedą nie ma poważniejszej bariery, którą kobieta musiałaby pokonać, by trafić do ginekologa lub do apteki. Może więc dopuszczenie aborcji z wymogami wobec kobiety (i jej partnera) nie zwiększyłoby, lecz zmniejszyło liczbę zabiegów? Zwłaszcza gdyby państwo rozwinęło edukację seksualną, co nakazuje ta sama ustawa. I poprawiło dostęp do antykoncepcji. Strażnikom czystości prawa muszę powiedzieć na koniec: rozumiem wasz moralny sprzeciw, sam go też - choć w aksjologicznym rozdarciu - odczuwam, szanuję odrębność światopoglądową, ale nie godzę się na hipokryzję. Od redakcji Piotr Pacewicz wraz ze swoją gazetą usiłuje odgrzać i wywołać na nowo wojnę ideologiczną sprzed lat. Jaki ma w tym interes?