publikacja 13.05.2008 17:36
Zdziwienie wywołała publikacja Rzeczpospolitej na temat zawartości teczki biskupa włocławskiego Wiesława Meringa, którą szeroko omówiły media elektroniczne - napisał w Gazecie Wyborczej Mirosław Czech.
W tekście publicysty GW czytamy: W lustracyjnym piecu zupełnie wygasł żar. W listopadzie ub.r. Konferencja Episkopatu Polski oświadczyła, że zamknęła okres rozliczeń swojego grona, bo powołane w tym celu kościelne komisje historyczna i etyczna nie znalazły dowodów na współpracę z SB żadnego z żyjących biskupów. Kilka dni temu Platforma Obywatelska ogłosiła, że nie przewiduje zajęcia się lustracją, ponieważ ma ważniejsze problemy na głowie. Również PiS nie przejawia w tej materii rewolucyjnego zapału. Zdziwienie więc wywołała publikacja "Rzeczpospolitej" na temat zawartości teczki biskupa włocławskiego Wiesława Meringa ("Biskup włocławski w aktach IPN", "Rzeczpospolita" z 7 maja 2008 r.), którą szeroko omówiły media elektroniczne. To mocno odgrzewany kotlet. Nazwisko hierarchy pojawiło się w publikatorach półtora roku temu, gdy ks. Henryk Jankowski wymienił go jako jedną z osób, które miały na niego donosić. Prałat później za to przeprosił. Sam bp Mering oświadczył wówczas: "Nigdy nie podpisywałem żadnych dokumentów współpracy. Nie współpracowałem, ale jeśli znajdzie się jakiś podpisany przeze mnie raport mówiący, że komuś szkodziłem lub brałem pieniądze od bezpieki, to jestem do dyspozycji". Dzisiaj dodał, że z SB miał do czynienia dwa razy w życiu, a większość dokumentów na jego temat esbecy sfabrykowali. Innego zdania jest Jan Żaryn, dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN. W wypowiedzi dla "Rzeczpospolitej" oświadczył, że materiał zachowany w aktach PRL-owskiego wywiadu nie pozostawia wątpliwości, że ks. Mering był tajnym i świadomym współpracownikiem. "Jeśli ktoś wybiera sobie pseudonim, przyjmuje prezenty i godzi się na tajne spotkania, nie ma wątpliwości, że SB uważa go za swojego współpracownika" - podsumował. Słowa Żaryna potwierdzają tezę, że kierownictwo IPN jest szczególnie odporne na wiedzę i na dobre zrosło się z rolą adwokata komunistycznego aparatu represji. Jeszcze niedawno pracownicy Instytutu bronili tezy, że przypadki odstępowania esbeków od pobierania podpisu pod zobowiązaniem do współpracy osób duchownych należały do rzadkości. Wbrew temu, że instrukcja MSW o pracy z kościelną agenturą z czerwca 1973 roku pozwoliła rejestrować TW bez pobierania pisemnego zobowiązania, z czego esbecy skrzętnie korzystali. Było więc na odwrót - w latach 70. i 80. uzyskanie podpisu od księdza należało do wyjątków. Podobnie jak nie domagano się pisania raportów przez pozyskanych w ten dziwny sposób tajnych współpracowników. To dowód siły Kościoła polskiego, który zmusił władze komunistyczne do odstępstwa od żelaznych wydawałoby się reguł w tak newralgicznej sprawie jak pozyskiwanie agentury - perły w koronie komunistycznych metod panowania nad zniewolonym społeczeństwem.
IPN wydaje się nie rozumieć wniosku, jaki płynie z lektury owej instrukcji oraz praktyki jej stosowania: ten kto ustala definicję współpracy i określa jej warunki konieczne, staje się wyłącznym dysponentem transakcji. Druga strona w ogóle może nie być jej świadoma. Bo to nie ona inicjuje całe zdarzenie, nie jest jego elementem aktywnym i nie ona ustala reguły. Nie ma też oczywiście wglądu w dokumenty, które produkuje ktoś inny. Ale jak nie kijem go, to pałką. "Rzeczpospolita" zacytowała wspomnianą instrukcję jako dowód na szczególną perfidię kościelnych TW: "Księża, którzy do tej pory zostali ujawnieni jako tajni współpracownicy, zwykle tłumaczyli, że nie byli agentami, bo niczego nie podpisywali". I dodała: "Współpracy z SB zaprzeczali do tej pory tacy duchowni jak arcybiskup Stanisław Wielgus czy ojciec Konrad Hejmo. Przyznał się natomiast ks. Michał Czajkowski". Dlaczego "Rzeczpospolita" ograniczyła się jedynie do tych osób? A co z arcybiskupami: Józefem Michalikiem, Wojciechem Ziembą, Józefem Życińskim i biskupami: Zbigniewem Górnym i Wiktorem Skworcem, którzy również zostali zarejestrowani jako TW? Czy IPN ich rozgrzeszył, bo Żaryn publicznie udzielił świadectwa moralności przewodniczącemu Konferencji Episkopatu, czy oni również poddani zostaną nigdy niekończącej się lustracyjnej obróbce medialnej zależnie od aktualnych potrzeb Żaryna i spółki? Czy też ich przypadki są tak dęte, że podważają główną tezę IPN, że jak ktoś został zarejestrowany jako agent, to na pewno nim był, choćby nie był świadomy tego faktu i na nikogo nie donosił? Zawartość teczek wymienionych hierarchów powinna nauczyć lustratorów z IPN, że dla rzekomego werbunku wystarczył sam fakt rozmowy z księdzem, na przykład w biurze paszportowym lub przy okazji załatwiania pozwoleń na budowę. Funkcjonariusz SB nie musiał ujawniać, że jest ze służby - kierownictwo uznało bowiem, że powinien robić wszystko, by nie "spłoszyć" rozmówcy, który "dobrze rokował", bo z władzą w ogóle się kontaktował. W kościelnych dokumentach SB pełno jest konfabulacji i fałszerstw. Wpis, że ktoś przyjął jakiś pseudonim o niczym nie świadczy - ów "ktoś" po prostu mógł nie wiedzieć, że esbecy tak go określają. Podobnie jak wzmianka, że przyjął jakiś prezent. Ile bowiem warte są zapisy, że jako wynagrodzenie duchowny przyjął kwiaty na swoje imieniny lub butelkę nieśmiertelnego Napoleona - symbolu peerelowskiego luksusu, który dla wielu księży luksusem nie był, bo mieli powszechny dostęp do lepszych trunków? Nie trzeba było żyć w PRL, by wiedzieć, że dla przytłaczającej większości społeczeństwa za nawiązanie współpracy z SB uznawano pisemne zobowiązanie, składanie raportów i pobieranie wynagrodzenia. Wszystko inne, w tym spotkania "ze smutnymi panami", mogły być odbierane jako forma nieuniknionych kosztów życia w "najszczęśliwszym z ustrojów" lub represji. Tym bardziej że duchowni o swoich kontaktach z milicją i SB musieli informować przełożonych i często uzyskiwali ich przyzwolenie do kontynuacji niczego - w ich przekonaniu - nie zobowiązujących kontaktów. Jeśli więc któryś z biskupów lub księży mówi dzisiaj, że nie był TW i nie miał świadomości tajnych kontaktów - należy przyjąć, że mówi prawdę. Inna konstatacja wymaga twardych dowodów, a nie tylko wpisów samych esbeków. Co oczywiście nie oznacza, że wśród księży nie było agentów. Byli, ale o wielu mniej, niż to zapisano w esbeckich kartotekach.