Pierwszy premier III RP

Andrzej Grajewski

GN 45/2013 |

publikacja 07.11.2013 00:15

Premier Tadeusz Mazowiecki pozostanie postacią symboliczną w naszych dziejach jako symbol zwycięstwa nad komunizmem oraz przemian, które legły u podstaw III Rzeczypospolitej.

Pierwszy premier III RP Paweł Supernak /pap

Gdybym jednym słowem miał scharakteryzować styl uprawiania polityki przez Tadeusza Mazowieckiego, musiałbym napisać, że był politykiem przezornym i ostrożnym. W czasie transformacji, kiedy pełnił urząd premiera (1989–1990), ta cecha była zarówno zaletą, jak i wadą. Umożliwiała powolne, bezpieczne krzepnięcie nowym instytucjom, ale zarazem dawała elementom starego porządku możliwość trwałego zakorzenienia się w nowym systemie. Pole manewru, zwłaszcza w pierwszym okresie swoich rządów, Mazowiecki miał niewielkie. Prezydentem był gen. Jaruzelski, ministrem spraw wewnętrznych gen. Kiszczak, a obroną kierował gen. Siwicki. Sowieckie imperium gniło, ale nikt nie przewidywał jego rychłego końca. Z pewnością jednak pierwszy premier III RP nie wykorzystał wszystkich szans, jakie pojawiły się pod koniec 1989 r., po upadku komunizmu w Europie Wschodniej.

Jego słowa o „grubej linii”, oznaczające cezurę między PRL a III RP, były później niesłusznie interpretowane jako zapowiedź bezkarności dla ludzi poprzedniego systemu, ale Mazowiecki nie był zwolennikiem dekomunizacji. Uważał, że kraj można zmienić nie na drodze jednorazowych aktów prawnych, ale w wyniku dłuższego procesu, w którym nowe instytucje zastąpią stare. Intencje były szlachetne, ale w praktycznym wymiarze oznaczały uprzywilejowanie ludzi poprzedniego systemu, gdyż to oni przede wszystkim mieli środki finansowe, rozległe kontakty oficjalne oraz nieoficjalne powiązania, które ułatwiały im sukces w okresie prywatyzacji własności publicznej oraz budowania nowych karier.

Premierowi Mazowieckiemu społeczeństwo wystawiło gorzką i w moim przekonaniu niesprawiedliwą ocenę za 16 miesięcy jego pracy. W wyborach prezydenckich w 1990 r. przegrał nie tylko z Lechem Wałęsą, ale także ze Stanem Tymińskim, przybyszem z Peru, który pojawił się w kraju krótko przed wyborami. Z pewnością było to jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń w jego długiej karierze politycznej.

Uczeń soboru

Lubił powtarzać, że jest wprawdzie chrześcijaninem i demokratą, ale nie jest chrześcijańskim demokratą i była to niewątpliwie deklaracja szczera. Gdyby sporządzić mapę ideowych afiliacji najważniejszych postaci obozu katolickiego w czasach PRL, Mazowiecki i jego środowiska: miesięcznik„Więź”, koło poselskie „Znak” oraz warszawski Klub Inteligencji Katolickiej mieścili się w zupełnie innych rejonach aniżeli „Tygodnik Warszawski”, środowiska Wiesława Chrzanowskiego, Władysława Siły-Nowickiego czy krąg osób skupionych wokół Prymasa Tysiąclecia. Jeśli dla ludzi z chrześcijańskiej prawicy punktem odniesienia był przede wszystkim naród oraz konsekwencje wynikające z odczytania jego posłannictwa dziejowego, dla Mazowieckiego takim punktem był człowiek, jego wybory oraz zakres wolności. Kształtowało go dziedzictwo duchowe chrześcijańskiego personalizmu, którego mistrzami byli pisarze Jacques Maritain i Emanuel Mounier. Znawca środowiska „Więzi” oraz „Znaku”, a także wybitny historyk XX wieku prof. Andrzej Friszke napisał niedawno, że Mazowiecki był człowiekiem katolickiej lewicy. W moim przekonaniu niezbyt wiernie określa to jego profil intelektualny. Odnajdywałem go bardziej jako człowieka poszukującego, wrażliwego na kwestie społeczne, ale odległego od wszelkich „izmów” oraz doktrynalnych dogmatów lewicy.

Mazowiecki przede wszystkim był uczniem Soboru Watykańskiego II, którego nauką był autentycznie zafascynowany. Uważał ją nie tylko za trafną metodę odczytania wyzwań epoki, ale i jako użyteczną wskazówkę polityczną, zwłaszcza wezwanie do dialogu. To ułatwiało mu skuteczne negocjacje z komunistami jako doradcy Lecha Wałęsy w czasie strajku w sierpniu 1980 r., jak i później, a przede wszystkim podczas rozmów przy Okrągłym Stole, których był jednym z najważniejszych architektów. Dla Mazowieckiego było oczywiste, że w nowej rzeczywistości Kościół musi zająć ważne miejsce w przestrzeni publicznej. Bliskie i osobiste więzi łączyły go z Janem Pawłem II. Dlatego pierwszą swą zagraniczną podróż jako premier odbył do Watykanu, aby podziękować papieżowi Polakowi za fundamentalny wkład w proces odzyskania przez nas niepodległości. Rządy Mazowieckiego doprowadziły do pełnej normalizacji w relacjach z Kościołem. Nawiązane zostały stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską, religia wróciła do szkół, w pełnej formie zaczął działać ordynariat polowy oraz posługa duszpasterska w policji oraz innych służbach publicznych. Wrogość zastąpił przyjazny rozdział z poszanowaniem własnej autonomii, ale także gotowością do współpracy na rzecz dobra wspólnego.

Dialog z sąsiadami

Ważną częścią jego biografii było poszukiwanie dróg do pojednania z sąsiadami, przede wszystkim Niemcami. Gest pojednania, jaki premier Mazowiecki wymienił z Helmutem Kohlem podczas Mszy św. w Krzyżowej w listopadzie 1989 r., był głęboko osadzony w jego wcześniejszych poszukiwaniach oraz rozmowach z Niemcami. Mazowiecki miał zarówno w RFN, jak i NRD szeroki krąg znajomych oraz osobistych przyjaciół. Szczególnie ważne dla niego było środowisko „Znaków pokuty”. Była to niezbyt liczna grupa wielkich sercem Niemców, z obu państw niemieckich, którzy postanowili w latach 60., nie oglądając się na wielką politykę, sami poszukać w naszym kraju partnerów do dialogu i osobiście, w akcie chrześcijańskiej pokuty, dokonać rozliczenia ze zbrodniami III Rzeszy. Przyjaźnie z tymi ludźmi Mazowiecki utrzymywał do końca życia. Jednocześnie w 1989 r. obawiał się, że kanclerz Kohl, prowadząc swoją grę o zjednoczenie Niemiec, ze względów taktycznych będzie opóźniał jednoznaczne deklaracje w sprawie granicy na Odrze i Nysie. Strona niemiecka nie rozumiała tych niepokojów, a Mazowiecki uznał, że lepiej w tej sytuacji nie rozpoczynać rozmów ze stroną radziecką w sprawie wycofania garnizonów Armii Czerwonej. W moim przekonaniu była to błędna kalkulacja. Na szczęście rozpad Związku Sowieckiego rozstrzygnął tę kwestię, a udział Polski w konferencji zjednoczeniowej Niemiec dawał nam także gwarancje w sprawie zachodniej granicy.

Mazowiecki nie ukrywał także fascynacji pierestrojką Gorbaczowa, którą postrzegał nie tylko jako szansę na zmianę geopolitycznego położenia Polski, ale także na uczciwą rozmowę z Rosjanami. Rozmowę, która musiała przede wszystkim opierać się na prawdzie. Dlatego, gdy jesienią 1989 r. po raz pierwszy wybrał się z oficjalną podróżą do Moskwy, poprosił, aby w jej programie znalazła się także wizyta w Katyniu. Wiem z jego opowieści, jak bardzo przeżył ten wyjazd. Już na politycznej emeryturze, jako ważny doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego, towarzyszył mu w jego wizycie do Smoleńska i Katynia w rocznicę tragicznej katastrofy lotniczej wiosną 2011 r. Miał wielki udział w ważnym, programowym przemówieniu, wygłoszonego wtedy na cmentarzu w Katyniu przez prezydenta Komorowskiego, którego część stanowiło przemówienie, jakiego nie zdążył przed rokiem w tym miejscu wygłosić prezydent Lecz Kaczyński.

Bez lukrowania

Premier Mazowiecki miał także odwagę krytycznie ocenić własną drogę życiową, a zwłaszcza wybory, jakich dokonywał w latach 50., kiedy był jednym z bliskich współpracowników Bolesława Piaseckiego, lidera Paxu. Wtedy napisał tekst, którego wstydził się do końca życia, pochwalający aresztowanie kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka oraz książkę potępiającą żołnierzy wyklętych. Gdy w styczniu 2005 r. wręczano mu „Diamentowy Ślad”, nagrodę przyznawaną przez dziennikarzy, w kontekście tamtych wydarzeń mówił publicznie o swych błędach, które nazwał „tragicznymi” oraz pomyłkach politycznych.

Zachowam w pamięci jego nieco sarkastyczny sposób komentowania bieżących wydarzeń, a także spory dystans do siebie oraz innych. W gruncie rzeczy był politykiem samotnym, bez szerszego zaplecza i tłumów zwolenników. Ostatni raz spotkałem go w marcu br. na uroczystości 55-lecia miesięcznika „Więź”, który współtworzył i redagował przez wiele lat. Rozmawialiśmy o książce „Rok 1989 i lata następne”, opisującej jego aktywność w III Rzeczypospolitej, składającej się z oficjalnych wywiadów oraz urzędowych notatek. Zapytałem, czy nie byłoby lepiej, aby napisał wspomnienia, które w sposób pełny przedstawią tamten gorący czas. Uśmiechając się, powiedział, że wspomnienia mają to do siebie, że ich autorzy starają się przedstawić historię w wersji dla siebie korzystnej i dlatego nieco ją lukrują. – Ja chciałbym zostawić świadectwo, jak wówczas postrzegałem tamten czas, bez upiększeń, aby pozostał w pamięci z moimi sukcesami i porażkami – dodał.

I takim go będę pamiętał. Nie szukał taniego poklasku ani pieniędzy w polityce. Żył skromnie. Miał swoje twarde przekonania, a jeśli błądził, mówił po jakimś czasie – rzeczywiście nie miałem wtedy racji. Niewielu było w III RP polityków, którzy mieliby podobną przenikliwość, odwagę intelektualną, a także osobistą prawość.