Europę mamy w genach

Piotr Legutko

GN 49/2013 |

publikacja 05.12.2013 00:15

O tym, co jest ratunkiem dla Europy, z Markiem Magierowskim, autorem książki „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej” rozmawia Piotr Legutko.

Marek Magierowski Waldemar Kompała Marek Magierowski
Ur. 1971 r., iberysta, dziennikarz. Publicysta „Do Rzeczy”, a obecnie dyrektor biura prasowego KPRP. Mieszka pod Warszawą, z żoną Anną i dwojgiem dzieci.

Piotr Legutko: UE zakazuje używania stwierdzenia, że picie wody zapobiega odwodnieniu. Szwedzkie ministerstwo edukacji zezwala na wizyty w kościołach podczas Adwentu, pod warunkiem, że nie będzie tam używane imię Jezus. Niemcy oficjalnie uznają trzecią płeć. Prawda to czy fałsz?

Marek Magierowski: Informacje, które sprawiają wrażenie żartów primaaprilisowych, są niestety prawdziwe. Było ich tak wiele, że miałem problem z selekcją i już po zamknięciu książki wciąż natrafiałem w zachodniej prasie na coś, co by tu idealnie pasowało. Najbardziej niezwykłe jest to, że były one podawane w sposób śmiertelnie poważny.

Na końcu książki pojawia się rozdział napisany w konwencji czarnej groteski. Ale gdyby zamiast daty 2030 użyć 2013, nikt by się nie zorientował, że to political fiction. Niestety.

Tu problem był innej natury. Wymyśliłem na przykład scenę, w której występuje fikcyjna postać portugalskiej prezenterki telewizyjnej. Pojawia się ona na wizji z krzyżykiem na szyi i jeszcze w trakcie programu zostaje za to zwolniona. Kilka tygodni po ukazaniu się książki zdarzyła się prawie identyczna sytuacja, tyle że w Norwegii. Specjalnie wymyśliłem dla tego rozdziału bardzo odległą perspektywę czasową. Okazuje się jednak, że faktycznie powinna być ona bliższa teraźniejszości.

Polityczna poprawność przyspieszyła. Może zbyt lekko traktowaliśmy te unijne absurdy.

Książka zaczyna się od opisu autentycznego klipu, w którym Parlament Europejski przekonuje, że gdyby nie instytucje unijne, to mielibyśmy dziś na kontynencie problem z wolnością słowa. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie, zwłaszcza gdy chodzi o kwestie kulturowe, obyczajowe, religijne. To właśnie w efekcie regulacji przyjmowanych przez instytucje unijne i – w ślad za nimi – przez państwa członkowskie, wolność jest ograniczana, a nie chroniona czy poszerzana. My zaś śmiejąc się z przysłowiowych już krzywizn banana, nie dostrzegamy, że wiele z tych ograniczeń zaczyna mieć charakter trwały.

Jak pisał poeta: „innego końca świata nie będzie”. Czy rzeczywiście Pana zdaniem zmiany, jakie dokonywane są w prawie regulującym życie społeczne, nie są już do odkręcenia?

Na tym polega przewaga lewicy, że w sferze kulturowej dokonuje zmian, które są bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe, do odkręcenia. Dotychczas uważano, że gdy prawica dochodzi do władzy, jest w stanie posprzątać bałagan, który lewica pozostawiła. Tymczasem od wielu lat w Europie mamy taką sytuację, że lewica, gdy dochodzi do władzy, robi swoje, a gdy rządzi prawica, nie robi nic, by cofnąć obyczajowe zmiany. Oczywiście można powiedzieć: dostali mandat, by posprzątać. Otóż nie jest to takie proste. W Hiszpanii prawicowy rząd Mariano Rajoya zdobył się jedynie na nieśmiałe próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Wcześniej Zapatero wprowadził zapis, że nawet 16-latki nie muszą już informować rodziców o tym, że chcą się poddać aborcji. Teraz konserwatyści nawet z cofnięciem tego zapisu mają problemy, tak wielki jest opór mediów i środowisk feministycznych.

Łatwo się daje, trudniej zabiera.

Jak mówi jeden z polityków francuskich: „nie da się już odżenić”. Homoseksualiści we Francji otrzymali pewne przywileje prawne, z których korzystają, nie sposób ich teraz tego pozbawić. Dlatego też tak ważne jest dziś, by te procesy powstrzymywać.

Czym jest zmęczona Europa Zachodnia?

Swoją zamożnością. A wiadomo, że jak się człowiek bogaci, to chce konsumować, a nie zastanawiać się nad przyszłością, duchowością, wartościami. Co jest widzialnym znakiem jedności Europy? Katedry. Nie tylko architektura, cała kultura – malarstwo, muzyka, wszystko ma swoje korzenie w chrześcijaństwie, w duchowości. Europa bardzo powoli, ale konsekwentnie, w miarę bogacenia się, od tego duchowego dziedzictwa się odrywała, właśnie dlatego, że jest ono zbudowane na dogmatach, że czegoś wymaga, coś nakazuje. Głównym antagonistą współczesnego Europejczyka stał się Kościół, a właściwie wszystkie Kościoły, które do tej duchowości się odwoływały.

Czyli problem leży nie w tym, że w Europie jest za dużo minaretów, ale w tym, że ubywa, a nie przybywa kościelnych dzwonnic?

Gdyby porównać, na ile istotna jest dziś wiara w życiu rdzennych mieszkańców Europy Zachodniej i tych napływowych, to wynik byłby oczywisty – na korzyść wyznawców Allacha. Z drugiej strony muzułmanie są w Europie pod parasolem ochronnym ze względu na polityczną poprawność, więc im łatwiej jest eksponować swoją wiarę.

Ten parasol ochronny nad islamem stał się dla Europy pułapką.

Skrajnym przykładem takiej pułapki jest Szwecja, kraj mocno feministyczny, a zarazem kładący silny nacisk na multikulturalizm. Premier Fredrik Reinfeldt powiedział kiedyś, że cała odziedziczona kultura szwedzka jest barbarzyńska, a obecne jej bogactwo kraj zawdzięcza ludności napływowej. Konsekwencją takiej postawy jest oczywiście wspieranie islamu. No i praw kobiet. Tyle że doszło do zderzenia obu priorytetów, bo muzułmanin często traktuje kobiety w sposób „szczególny”. Skutek jest taki, że mamy dziś w Szwecji najwyższy odsetek gwałtów w Europie. Nic dziwnego, że skrajna prawica – dzięki antyimigranckiej retoryce – rośnie tam w sondażach.

Nie tylko w Szwecji. Wszyscy wieszczą, że w Europie nadchodzi czas skrajnej prawicy. Co jest gorsze: dżuma czy cholera?

Przede wszystkim wcale nie jest takie oczywiste, co dziś w Europie Zachodniej jest prawicą, kogo możemy określać mianem konserwatysty. Geert Wilders, uważany za przedstawiciela skrajnej prawicy, w parlamencie holenderskim atakował islam, ale… między innymi jako kulturę wrogą gejom. 90 proc. retoryki Wildersa to hasła antyimigranckie, często ocierające się o rasizm. Nie jest dobrze, że skrajne ruchy zawłaszczyły tak ważny temat, dużo lepiej, gdyby zajęły się nim partie konserwatywne i centrowe. Oczywiście to jest trudne zadanie, bo natychmiast uruchamia się gwałtowna reakcja lewicy, ale jak nie zrobią tego chadecja i konserwatyści, to nadejdą Marine Le Pen i Geert Wilders.

Ruch Marine Le Pen może wygrać we Francji wybory do Europarlamentu?

Na pewno zdobędzie dużo mandatów, bo dziś ponad 40 proc. Francuzów bierze poważnie pod uwagę głosowanie na partię, która uważana była dotąd za trędowatą. Miałem okazję robić wywiad z Marine Le Pen. Jest postacią niesamowicie charyzmatyczną, świetnie przygotowaną do wystąpień medialnych. Ale mówi brednie, rzeczy straszne, także z naszego punktu widzenia. Chciałaby zamknąć rynek pracy, domaga się likwidacji Unii jako strefy wolnego handlu. Jest antyamerykańska, marzy jej się wyjście z NATO i sojusz z Rosją! Niektórzy ludzie na prawicy w Polsce mocno jej kibicują. Ja na pewno nie. To nie jest nasz sojusznik. A jeśli ona jako prezydent (co wieszczę zresztą w ostatnim rozdziale książki) zajmie się problemem imigrantów po swojemu, to nie wróżę Francji niczego dobrego. To będzie raczej krwawy scenariusz.

Jakie są dobre scenariusze? Ci, dla których multikulturalizm wymyślono, nie chcą się integrować, wolą żyć w swoich gettach.

A czy tak naprawdę ktoś chciał ich integrować? We francuskim Zgromadzeniu Narodowym jest bodajże tylko dwoje deputowanych pochodzenia arabskiego. Europa zmarnowała czas, nie poszła tropem Ameryki, nie skorzystała z doświadczeń innych. Zamachy z 11 września 2001 r. nie zostały zorganizowane przez Arabów mieszkających w USA, a niestety zamachy w Europie organizowali jej arabscy obywatele. Dlaczego? Bo Amerykanie nie tylko dbali, by ludzie do nich przybywający jak najszybciej się integrowali, ale wspierali to bardzo restrykcyjnymi przepisami i obowiązkami wobec imigrantów. Tymczasem w Europie przyjęto zasadę: przyjeżdżajcie, a potem się zobaczy. No i zobaczyliśmy.

Są w ogóle jakieś przesłanki do optymizmu?

Jestem optymistą, wierzę, że po obu stronach dojdzie do otrzeźwienia. Że europejskie elity zrozumieją, do czego prowadzi polityczna poprawność, i przestaną udawać, że problemu nie ma. A po drugiej stronie partnerem staną się muzułmanie, którzy chcą się integrować. Urzędnicy, lekarze, artyści i duchowni, którzy będą wzywać do przestrzegania prawa ustanowionego przez gospodarzy, bo muzułmanie są tu gośćmi. To będzie długi proces. Widać już, że w Europie dojrzewa przekonanie, że przede wszystkim należy zatrzymać kolejne fale imigracji. Nie jest do pomyślenia, by nadal co rok kilka tysięcy ludzi lądowało na Lampedusie. Ani Włochy, ani Europa na dłuższą metę tego nie wytrzymają.

Większość krajów umywa ręce, oferując Włochom jedynie trochę pieniędzy.

Barroso poleciał na Lampedusę, powiedział sporo pięknych, poetyckich słów oburzenia, ale nie padły żadne konkrety. Tymczasem od dawna wiadomo, że jedynym sposobem zatrzymania imigracji jest pomoc krajom, z których ludzie uciekają. Oczywiście nie jest to proste, ale innej drogi nie ma. Trzeba na przykład zmierzyć się ze wspólną polityką rolną, która chroni kontynent, ale pogrąża Afrykę.

Co może uratować Unię Europejską?

Tanie linie lotnicze. (śmiech) „The Economist” napisał kiedyś, że zrobiły one więcej dla jedności Europy niż Komisja Europejska. A teraz poważnie: nawet jeśli w projekcie europejskim nie jest uwzględniana duchowość, to ona jest w naszych genach. W książce przywołuję cytat z Margaret Thatcher, słynnej eurosceptyczki, o tym, że Wielka Brytania była i jest Europą. A świadczą o tym nie traktaty, ale drogi wytyczone przez Rzymian, chrześcijańskie kościoły, brytyjska literatura i sztuka. Najwięcej złego dla Europy robi dziś, paradoksalnie, sztucznie wykreowany przez lewicowych ideologów „projekt europejski”. Mamy do czynienia z próbą wdrukowania w nas nowego genotypu. Ma on zastąpić kulturę, w której dorastały pokolenia. Ratunkiem dla Europy będzie powstrzymanie tego szaleństwa