publikacja 28.08.2005 10:26
Żeby nie zwariować, gdy wszystko się rozpada, trzeba przykleić się do czegoś tak solidnego jak katedra - mówił w Kolonii uczestnik Światowych Dni Młodzieży.
Młodzi ludzie, którzy przyjechali do Kolonii na XX Światowe Dni Młodzieży, niekoniecznie mają zamiar przestrzegać katolickich dogmatów. Dla wielu z nich ważniejszy jest wspólny taniec na ulicach i wznoszenie gromkich okrzyków "Benedetto". I choć znaczy to też: "dobrze powiedziane", wystarcza im jego biała postać, a to, co ma do powiedzenia, jest na razie na dalszym planie. W nowym papieżu szukają kolejnego guru, nie nauczyciela. Miasto szybko okazało się zbyt małe, żeby pomieścić napływające doń tysiące ludzi. Już około środy, 17 sierpnia, było praktycznie niemożliwe, żeby każdy, kto objuczony bagażami, zaspany po całonocnej podróży wychodził z dworca, otrzymał minimalną przestrzeń prywatności, te pół metra w każdą stronę, które pozwalają czuć się panem siebie choćby w takim wymiarze, żeby kierować własnymi krokami. Niewielki jak na okoliczności plac między dworcem a katedrą rozrastał się, pęczniał, aż w końcu zaczął pękać w szwach. Ludzie przemieszczali się bezwolnie niesieni na falach tłumu. Masa, tłum - to nie kojarzy się dobrze, brzmi bezosobowo. Ale nie wtedy, nie w Kolonii. XX Światowe Dni Młodzieży były siedmiodniowym świętowaniem tłumu, który znaczył tu tyle co wspólnota. - W masie siła i spokój - powiedziała mi sentencjonalnie Rosemary, 20-latka z Australii, którą zagadnęłam po półgodzinnym oczekiwaniu w korku na chodniku do mostu Hohenzollernów. W ścisku robiło mi się trochę słabo, obok ktoś przeraźliwie grał na trąbce.
Do Kościoła lgną nie dlatego, że chcą słuchać, jak żyć, żeby trafić do nieba, ale po to, aby zwyczajnie poczuć się bezpieczniej tu, na ziemi. Żeby w tym wielkim katolickim święcie zatracić się jak w plemiennych gusłach odprawianych przez wielkiego czarownika. Ich euforyczne tańce wykonywane w każdym punkcie miasta przypominały magiczny rytuał. Rytmiczne pokrzykiwania "Benedetto" w intonacji niewiele się różniące od "Legia Warszawa" były manifestem spinającym tą samą niewidzialną liną Włochów, Polaków, Japończyków. - Gdy wszystko wokół się rozpada, żeby nie zwariować, trzeba trzymać się razem i razem przykleić się do czegoś, co wygląda tak solidnie jak ta katedra. Nawet tak raz w roku czy na parę lat. Wystarczy. Żeby naładować akumulatory - tłumaczył mi kolejnego dnia w innym korku student z Madrytu. Dlatego pewnie co rano pod tą katedrą ustawiały się grzeczne kolejki młodych czekających nieraz godzinę, żeby przez kilka sekund skłonić się przed relikwiami Trzech Króli. W poniedziałek, dniu wyjazdu, podejrzałam, jak kilkanaście osób odłupuje sobie kawałeczek katedralnego muru i dyskretnie chowa do błękitno-granatowych plecaczków. - Żeby coś zostało - słyszę wyjaśnienie 18-letniej Austriaczki.
Gdy już znalazł się na miejscu, nieraz można było zauważyć, że się męczy. Lekko drżącymi rękoma kilkakrotnie w ciągu dnia wkładał okulary w cieniutkich złotych oprawkach i odczytywał idealnie dopracowane homilie, przemówienia. Tak inny niż ten kołyszący się w rytm młodzieżowej muzyki papież, "John Paul Superstar", jak okrzyknięto go podczas Światowych Dni Młodzieży w Denver w 1993 r. Ale subtelny i powściągliwy intelektualista, który stał teraz na jego miejscu, został natychmiast przyjęty przez rozkrzyczany tłum spragniony kolejnego przewodnika. "Papież podbił Kolonię", obwieszczał koloński dziennik "Express". Stało się to już pierwszego dnia, w czasie krótkiego rejsu po Renie. Gdy wszedł na pokład statku, umknął dziennikarzom i zwrócił się od razu do młodych. Przez całą drogę zagadywał do każdego, kto podchodził, żeby zwyczajowo uklęknąć i pocałować papieski pierścień Rybaka. Włoski watykanista Marco Politi stwierdził, że wtedy, na Renie, "miał miejsce drugi chrzest Ratzingera jako papieża". W oczach sceptyków musiał zniknąć na dobre obraz "pancernego kardynała", który zastąpił inny: łagodnego Benedykta, który wydaje się bardzo przejęty tym, żeby każdemu poświęcić wystarczająco dużo uwagi. Niewątpliwie, Benedykt XVI przeżywał swój niezwykły czas. Silny wiatr, który wiał podczas pierwszych spotkań w Kolonii, nabierał znaczenia symbolicznego, przywodząc na myśl dzień pogrzebu Jana Pawła II, kiedy silne powiewy przewracały karty leżącej na trumnie Biblii. Tym razem mocny podmuch zerwał piuskę z głowy Benedykta, ledwie ten zrobił krok w stronę drzwi wyjściowych z samolotu. Kilka godzin później wichura przewróciła krzyż ŚDM, liczący sobie prawie 20 lat. Sklejono go potem pieczołowicie taśmami izolacyjnymi, żeby dotrwał do następnego spotkania w Sydney. Dla papieża świętem może nawet ważniejszym od próby ogniowej spotkania z młodzieżą były wizyty, o które sam zabiegał, m.in. kameralna, zamknięta dla kolońskiego zgiełku godzina w synagodze, obserwowana jedynie przez niewielką grupę dziennikarzy. Siedząc na drewnianym tronie w pobliżu menory, obserwował z napięciem każdy element ceremonii. Przemawiał spokojnie, nie modulując głosu: - Dialog nie może przemilczać istniejących różnic ani ich pomniejszać: również w tym, co ze względu na nasze głębokie przekonanie wiary różni nas między sobą, a zwłaszcza w tym musimy darzyć się wzajemnym szacunkiem. Tu urwał, bo tekst oficjalnego przemówienia się skończył. - ...I miłością - dodał po ułamku sekundy. Rzadko już później odstąpił od przygotowanej wersji tekstu. Dlaczego? Gdy przez cztery dni starałam się nie uronić żadnego jego gestu, najmniejszego grymasu twarzy, pomyślałam, że na to był po prostu za bardzo stremowany. To jedno słowo wywarło jednak na wspólnocie żydowskiej ogromne wrażenie.
- Gdy piłam tę wodę, zastanawiałam się, dlaczego chrześcijanie wszystkich wyznań nie mogą razem przystępować do komunii, dlaczego teologia nas dzieli zamiast łączyć - mówiła mi po nabożeństwie Kerstin, ewangeliczka z Frankfurtu. Tegoroczne ŚDM miały być świętowaniem ekumenicznym: to jeszcze Jan Paweł II zaprosił na nie młodzież innych wyznań. Akcentów niekatolickich nie było niestety w Kolonii zbyt wiele. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem zapadła decyzja Penitencjarii Apostolskiej o przyznaniu odpustu zupełnego za udział w ŚDM, co w kraju Marcina Lutra było ekumenicznym faux pas. Chłodną atmosferę wytworzyły utarczki na linii Watykan - EKD (Ewangelicki Kościół Niemiec) z powodu zbyt późnego, zdaniem ewangelików, oficjalnego zaproszenia przedstawicieli tego Kościoła na spotkanie z papieżem. Jeden z biskupów ewangelickich, który odwodził wiernych tego Kościoła od udziału w ŚDM, nie znalazł się na liście zaproszonych. Spotkanie, choć trudne, było zdaniem bp. Wolfganga Hubera, głowy EKD, udane, m.in. dlatego, że papież nie mówił o konieczności powrotu oderwanych Kościołów pod władzę Watykanu. Lekki niedosyt pozostawia fakt, że nie padły żadne wiążące słowa ani propozycje teologicznej debaty.