Papież jest w porządku

Katarzyna Wiśniewska/a.

publikacja 28.08.2005 10:26

Żeby nie zwariować, gdy wszystko się rozpada, trzeba przykleić się do czegoś tak solidnego jak katedra - mówił w Kolonii uczestnik Światowych Dni Młodzieży.

Młodzi ludzie, którzy przyjechali do Kolonii na XX Światowe Dni Młodzieży, niekoniecznie mają zamiar przestrzegać katolickich dogmatów. Dla wielu z nich ważniejszy jest wspólny taniec na ulicach i wznoszenie gromkich okrzyków "Benedetto". I choć znaczy to też: "dobrze powiedziane", wystarcza im jego biała postać, a to, co ma do powiedzenia, jest na razie na dalszym planie. W nowym papieżu szukają kolejnego guru, nie nauczyciela. Miasto szybko okazało się zbyt małe, żeby pomieścić napływające doń tysiące ludzi. Już około środy, 17 sierpnia, było praktycznie niemożliwe, żeby każdy, kto objuczony bagażami, zaspany po całonocnej podróży wychodził z dworca, otrzymał minimalną przestrzeń prywatności, te pół metra w każdą stronę, które pozwalają czuć się panem siebie choćby w takim wymiarze, żeby kierować własnymi krokami. Niewielki jak na okoliczności plac między dworcem a katedrą rozrastał się, pęczniał, aż w końcu zaczął pękać w szwach. Ludzie przemieszczali się bezwolnie niesieni na falach tłumu. Masa, tłum - to nie kojarzy się dobrze, brzmi bezosobowo. Ale nie wtedy, nie w Kolonii. XX Światowe Dni Młodzieży były siedmiodniowym świętowaniem tłumu, który znaczył tu tyle co wspólnota. - W masie siła i spokój - powiedziała mi sentencjonalnie Rosemary, 20-latka z Australii, którą zagadnęłam po półgodzinnym oczekiwaniu w korku na chodniku do mostu Hohenzollernów. W ścisku robiło mi się trochę słabo, obok ktoś przeraźliwie grał na trąbce.

* * *
Moja sąsiadka przez ramię przerzuciła flagę, na ręku dwa plastikowe kółka: białe i żółte. To modna w tym roku bransoletka "watykańska". Można ją kupić w kioskach, tuż przy wejściu do katedry. Rosemary przyjechała do Kolonii z chłopakiem. Mówi, że nauka Kościoła nie jest dla niej, że co rusz łamie drobiazgowe przykazania. Sam Kościół owszem - bez niego czułaby się bezradna, zawieszona w próżni. Lubi wielkie zgromadzenia, wspólny śpiew, lubi czuć się częścią czegoś większego, bo wtedy jest sobą. Dlatego tutaj nie przeszkadzają jej korki ani barierki, które nie najmądrzej rozmieszczone, jeszcze bardziej utrudniają poruszanie się. Nie zrażają jej też żołnierskie warunki (niektóre grupy rozlokowane w szkołach lub salach parafialnych musiały się borykać z kłopotami w rodzaju jedna łazienka na dwieście osób). "Dziewczęta, które krzyczą i pozdrawiają papieża na placu św. Piotra, mają w kieszeniach tabletki antykoncepcyjne", stwierdził kard. Karl Lehmann w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zei-tung". W Kolonii takich dziewcząt, jak i chłopców z prezerwatywami, znalazłoby się zapewne sporo. Do kogo przyjechał Benedykt XVI, który w swoich poglądach jest niezmienny i twardy jak skała? Za czasów Sartre'a kwitł "kawiarniany egzystencjalizm". Dyskusje o miałkości bycia, toczone obowiązkowo w czarnym swetrze, były stylem bycia niezależnie od tego, jak nikłe pojęcie o egzystencjalizmie mieli uczestnicy debat w kafejkach na Saint Germain des Prés. Na Światowe Dni Młodzieży, jak co roku, przyjechała zapewne spora grupa tzw. zaangażowanych katolików z przeróżnych wspólnot, ruchów odnowy w Duchu Św. Ale równie dużo, a może nawet więcej, to wyznawcy specyficznego "kawiarnianego katolicyzmu".

Do Kościoła lgną nie dlatego, że chcą słuchać, jak żyć, żeby trafić do nieba, ale po to, aby zwyczajnie poczuć się bezpieczniej tu, na ziemi. Żeby w tym wielkim katolickim święcie zatracić się jak w plemiennych gusłach odprawianych przez wielkiego czarownika. Ich euforyczne tańce wykonywane w każdym punkcie miasta przypominały magiczny rytuał. Rytmiczne pokrzykiwania "Benedetto" w intonacji niewiele się różniące od "Legia Warszawa" były manifestem spinającym tą samą niewidzialną liną Włochów, Polaków, Japończyków. - Gdy wszystko wokół się rozpada, żeby nie zwariować, trzeba trzymać się razem i razem przykleić się do czegoś, co wygląda tak solidnie jak ta katedra. Nawet tak raz w roku czy na parę lat. Wystarczy. Żeby naładować akumulatory - tłumaczył mi kolejnego dnia w innym korku student z Madrytu. Dlatego pewnie co rano pod tą katedrą ustawiały się grzeczne kolejki młodych czekających nieraz godzinę, żeby przez kilka sekund skłonić się przed relikwiami Trzech Króli. W poniedziałek, dniu wyjazdu, podejrzałam, jak kilkanaście osób odłupuje sobie kawałeczek katedralnego muru i dyskretnie chowa do błękitno-granatowych plecaczków. - Żeby coś zostało - słyszę wyjaśnienie 18-letniej Austriaczki.

* * *
W Kolonii było dwóch papieży. Ich olbrzymie zdjęcia tego samego formatu przykrywały dwie ściany sąsiadującego z katedrą budynku. Zdjęcie-mozaikę Jana Pawła II skomponowaną z tysięcy nadesłanych przez młodych fotografii własnych twarzy ułożono dzięki komputerowej technice. Pochylony nad krzyżem papież Polak wydaje się na niej odległy, już nieuchwytny. Przez lata na Światowych Dniach Młodzieży, które sam stworzył, był niczym guru. Tę funkcję sprawował z całą swobodą, prowadząc improwizowany dialog z milionem młodzieży. Teraz co wieczór pod jego fotografią zbierała się spora grupka Polaków, śpiewali "Barkę". Ale chociaż informacja o tych spotkaniach rozchodziła się pocztą pantoflową i przez ogłoszenia napisane po polsku i rozwieszone gdzieniegdzie na słupach, przychodzili także obcokrajowcy. Próbowali śpiewać albo tylko nucili, kołysząc się w rytm pieśni. Papież Benedykt na zdjęciu lekko się uśmiecha, gestem dłoni, niewprawnym jeszcze, pozdrawia tłoczących się na placu Roncallego (papieża Jana XXIII). Dzień przed przylotem do Niemiec był tak przejęty, że na środowej audiencji w Castel Gandolfo zapomniał udzielić pielgrzymom błogosławieństwa. Wcześniej nie zdarzyło się to żadnemu papieżowi. - Widać, że głowę mam już w Kolonii - tłumaczył się potem otoczeniu.

Gdy już znalazł się na miejscu, nieraz można było zauważyć, że się męczy. Lekko drżącymi rękoma kilkakrotnie w ciągu dnia wkładał okulary w cieniutkich złotych oprawkach i odczytywał idealnie dopracowane homilie, przemówienia. Tak inny niż ten kołyszący się w rytm młodzieżowej muzyki papież, "John Paul Superstar", jak okrzyknięto go podczas Światowych Dni Młodzieży w Denver w 1993 r. Ale subtelny i powściągliwy intelektualista, który stał teraz na jego miejscu, został natychmiast przyjęty przez rozkrzyczany tłum spragniony kolejnego przewodnika. "Papież podbił Kolonię", obwieszczał koloński dziennik "Express". Stało się to już pierwszego dnia, w czasie krótkiego rejsu po Renie. Gdy wszedł na pokład statku, umknął dziennikarzom i zwrócił się od razu do młodych. Przez całą drogę zagadywał do każdego, kto podchodził, żeby zwyczajowo uklęknąć i pocałować papieski pierścień Rybaka. Włoski watykanista Marco Politi stwierdził, że wtedy, na Renie, "miał miejsce drugi chrzest Ratzingera jako papieża". W oczach sceptyków musiał zniknąć na dobre obraz "pancernego kardynała", który zastąpił inny: łagodnego Benedykta, który wydaje się bardzo przejęty tym, żeby każdemu poświęcić wystarczająco dużo uwagi. Niewątpliwie, Benedykt XVI przeżywał swój niezwykły czas. Silny wiatr, który wiał podczas pierwszych spotkań w Kolonii, nabierał znaczenia symbolicznego, przywodząc na myśl dzień pogrzebu Jana Pawła II, kiedy silne powiewy przewracały karty leżącej na trumnie Biblii. Tym razem mocny podmuch zerwał piuskę z głowy Benedykta, ledwie ten zrobił krok w stronę drzwi wyjściowych z samolotu. Kilka godzin później wichura przewróciła krzyż ŚDM, liczący sobie prawie 20 lat. Sklejono go potem pieczołowicie taśmami izolacyjnymi, żeby dotrwał do następnego spotkania w Sydney. Dla papieża świętem może nawet ważniejszym od próby ogniowej spotkania z młodzieżą były wizyty, o które sam zabiegał, m.in. kameralna, zamknięta dla kolońskiego zgiełku godzina w synagodze, obserwowana jedynie przez niewielką grupę dziennikarzy. Siedząc na drewnianym tronie w pobliżu menory, obserwował z napięciem każdy element ceremonii. Przemawiał spokojnie, nie modulując głosu: - Dialog nie może przemilczać istniejących różnic ani ich pomniejszać: również w tym, co ze względu na nasze głębokie przekonanie wiary różni nas między sobą, a zwłaszcza w tym musimy darzyć się wzajemnym szacunkiem. Tu urwał, bo tekst oficjalnego przemówienia się skończył. - ...I miłością - dodał po ułamku sekundy. Rzadko już później odstąpił od przygotowanej wersji tekstu. Dlaczego? Gdy przez cztery dni starałam się nie uronić żadnego jego gestu, najmniejszego grymasu twarzy, pomyślałam, że na to był po prostu za bardzo stremowany. To jedno słowo wywarło jednak na wspólnocie żydowskiej ogromne wrażenie.

* * *
Nie wszystkie imprezy w Kolonii przyciągały tłumy, nie każdą transmitowały światowe media. W środowy wieczór trafiłam do niewielkiego kościoła św. Seweryna na nabożeństwo ekumeniczne. Sprawowało je trzech duchownych Kościołów katolickiego, ewangelickiego i prawosławnego. Po śpiewach kanonów z Taizé przerywanych czytaniami biblijnymi i świadectwami młodych nadszedł czas komunii św., której, jak wiadomo, wierni trzech wyznań nie mogą przyjmować wspólnie. Pomysł organizatorów, żeby jednak przeżyć ten moment razem, był wymowny: kilka osób z przezroczystych dzbanków zaczęło nalewać zebranym wodę do plastikowych kubków. Woda miała być symbolem Chrystusa - czystego źródła życia.

- Gdy piłam tę wodę, zastanawiałam się, dlaczego chrześcijanie wszystkich wyznań nie mogą razem przystępować do komunii, dlaczego teologia nas dzieli zamiast łączyć - mówiła mi po nabożeństwie Kerstin, ewangeliczka z Frankfurtu. Tegoroczne ŚDM miały być świętowaniem ekumenicznym: to jeszcze Jan Paweł II zaprosił na nie młodzież innych wyznań. Akcentów niekatolickich nie było niestety w Kolonii zbyt wiele. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem zapadła decyzja Penitencjarii Apostolskiej o przyznaniu odpustu zupełnego za udział w ŚDM, co w kraju Marcina Lutra było ekumenicznym faux pas. Chłodną atmosferę wytworzyły utarczki na linii Watykan - EKD (Ewangelicki Kościół Niemiec) z powodu zbyt późnego, zdaniem ewangelików, oficjalnego zaproszenia przedstawicieli tego Kościoła na spotkanie z papieżem. Jeden z biskupów ewangelickich, który odwodził wiernych tego Kościoła od udziału w ŚDM, nie znalazł się na liście zaproszonych. Spotkanie, choć trudne, było zdaniem bp. Wolfganga Hubera, głowy EKD, udane, m.in. dlatego, że papież nie mówił o konieczności powrotu oderwanych Kościołów pod władzę Watykanu. Lekki niedosyt pozostawia fakt, że nie padły żadne wiążące słowa ani propozycje teologicznej debaty.

* * *
Na ostatnie dwa dni żywą katedrą stały się błonia Marienfeld. Jej ściany zaznaczało 12 tys. świec rozpalonych na asfaltowych alejkach. Ołtarz na specjalnie usypanym wzgórzu ustawiono pod próżniowym kopulastym dachem. Tam papież odprawił niedzielną missa mundi, mszę świata, która była ukoronowaniem kolońskiego spotkania. Warto odnotować, że w trakcie komunii św. niewierzący i nieprzystępujący do niej mogli podejść po błogosławieństwo. Podczas sobotniego całonocnego czuwania dach nad ołtarzem przypominał wielki szklany klosz świecący z daleka mlecznym światłem. Biała figurka papieża majaczyła z daleka, a z ostatnich sektorów zupełnie nie sposób było jej dojrzeć. Dla niego to kolejne zetknięcie się z niewiadomą. Aplauz dobiegający z pola, które z perspektywy ołtarza przypominało czarny przestwór, wyraźnie go krępował. Czy rozumieli, co do nich mówi, czy słuchali jego kazania-wykładu o Trzech Mędrcach, rozważań o Kościele, łacińskich źródłosłowach? Gestykulując jedną ręką jak rasowy wykładowca akademicki, nauczał o fundamentalnych dla chrześcijaństwa prawdach, o Eucharystii, która powinna być centrum życia i źródłem przemiany świata. Tylko ta eksplozja dobra, zwyciężającego zło, może wywołać następnie łańcuch przemian, które stopniowo odmienią świat. Wszystkie inne zmiany są powierzchowne i nie przynoszą ocalenia - mówił papież. Z ekspresją, chociaż jednostajnie, niegłośno. "Pogubiłam się, ale papież i tak jest cool", podobnych komentarzy usłyszałam na Marienfeld kilka. Zresztą, po długim marszu na błonia niektórzy byli tak zmęczeni, że zasnęli, zanim papież odjechał. W gąszczu kolorowych karimat i śpiworów, które na dwa dni zaścieliły każdy skrawek olbrzymiej powierzchni Pól Maryi, można było oglądać młodzieżowy świat w pigułce: obok tych "grzecznych" byli i tacy z tatuażami na rękach, kolorowymi włosami, kolczykami w nosie. Jak poinformowała mnie właścicielka takiego kolczyka: - Czas, kiedy pobożne dziewczęta nosiły bluzki zapięte pod szyję, a chłopcy spodnie w kancik, już się skończył. Katarzyna Wiśniewska