Kamienie i sądzenie

Franciszek Kucharczak

GN 17/2014 |

dodane 24.04.2014 00:15

Miłosierdzie nie znaczy, że musi być miło.

Kamienie i sądzenie rysunek franciszek kucharczak /gn

Jak pokazuje życie, nie trzeba znać Pisma Świętego, żeby je cytować. A nawet fajnie jest nie znać, bo się wtedy nie trzeba przejmować ani wiernym przytoczeniem, ani kontekstem. Jest kilka takich fragmentów, które ludzie powtarzają tym chętniej, im słabiej wiedzą, o co tam chodzi. Jeden z najpopularniejszych kawałków to: „Nie rzucajcie we mnie kamieniami” (albo jakoś podobnie). Znaczy to: „Odczepcie się, mam prawo do szczęścia, co was to obchodzi”. Kamienie zazwyczaj oznaczają tu prostą krytykę albo nawet delikatną uwagę.

Użytkownicy apelu o nierzucanie kamieniami nie zwracają uwagi na drobny szczegół: autorem słów „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień” jest Jezus i mówi to o kobiecie, która rzeczywiście popełniła ciężki grzech. Ta kobieta wie, że zrobiła coś złego, i nie mówi: „Nie rzucajcie we mnie”. To Jezus mówi o niej, a nie ona o sobie. Jezus ją ocala, ale od razu wskazuje: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. A przecież powinien był powiedzieć: „Wracaj w pokoju do swojego partnera”. Więc co to za jakieś „nie grzesz”? Co za sądzenie?

O właśnie: „Nie sądźcie”. To kolejny tekst stosowany jako tarcza i maczuga. Wystarczy stwierdzić fakt, wykazać błąd – i to nawet niekoniecznie pod konkretnym adresem – żeby oberwać zarzutem, że się „sądzi”. Cudzołóstwo to grzech? – Ooo, nie sądźcie. Aborcja to zabójstwo? – Nie sądźcie. Małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety? – Nie sądźcie. Kobieta to nie mężczyzna, mężczyzna to nie kobieta? – Nie sądźcie. Powiesz coś w rodzaju: „In vitro to krzywda”, a już odzywa się chór amatorów tego procederu, gotowych cię podać do sądu za to, że ich „sądzisz”. Bo przecież „nie sądźcie”.

Po niedawnych swoich tekstach w obronie nierozerwalności małżeństwa otrzymałem sporo apeli o „niesądzenie”, wzbogaconych stwierdzeniami, że jestem „zapyziałym doktrynerem” i „zżeranym pychą nielitościwym inkwizytorem”. Rzecz jasna takie epitety nie są osądzaniem, gdzieżby znowu.

Słów Chrystusa powszechnie używa się nie dla własnego rachunku sumienia, lecz do rachowania sumienia komuś innemu. Służą do wybielania siebie i obsmarowywania sprawców wyrzutu sumienia. Ciekawe, że belkę w oku (bo i tego obrazu chętnie się używa) zawsze obowiązkowo ma adwersarz.

Dziś, jak się zdaje, jest już tylko jeden grzech: sprawić komuś dyskomfort. Ma być miło – i to jest miłosierdzie. Bóg jest miłością? Aha, czyli przytulaczek taki, ti, ti, ti.

Przed laty krewnej bliskiej mi osoby (powiedzmy Joli) powiesił się jej kolejny konkubent. Nieco później ta kobieta zadzwoniła przerażona, bo u niej „coś zaczęło straszyć”. Na to Jolę wzięło na litość i zaczęła mówić o tym, że Bóg przebacza, że jest miłosierny – takie rzeczy. Gdy powiedziała o tym kierownikowi duchowemu, wybitnemu kapłanowi, usłyszała ostre słowa: „Zmarnowałaś szansę, żeby do tej kobiety coś dotarło! Zagłaskałaś ją!”.

Gdy Ewa zaniepokoiła się, że po zerwaniu owocu mogą z Adamem umrzeć, usłyszała od węża: „Na pewno nie umrzecie”. Cóż – uspokajające to było na pewno. Ale czy miłosierne?

Test Piłata

Ministerstwo Zdrowia skierowało do wszystkich szpitali z oddziałami położniczymi pytanie, ile razy zdarzyło się tam, że lekarze, powołując się na klauzulę sumienia, odmówili zrobienia testów prenatalnych lub aborcji dziecka z wadą genetyczną. Szpitale mają odpowiedzieć, czy odesłanym pacjentkom wskazały miejsce, gdzie mogłyby swoje dziecko zabić lub czy mają podpisaną umowę z placówką, która wykonuje takie „świadczenia”. „Nie ma wątpliwości, że rozsyłanie podobnych zapytań jest formą nacisku na dyrektorów szpitali, aby w razie niezgody na mordowanie dzieci osobiście lub przez podległy im personel dopilnowali, by zabił je kto inny” – napisała Kaja Godek na stopaborcji.pl. Ale co się dziwić – ministerstwo pod wodzą pana Arłukowicza każe sięgać do sprawdzonych wzorów. Umycie rąk daje poczucie czystości, a sprawa i tak jest załatwiona, prawda?

Papież zawiódł

Niejaki Jarosław Mikołajewski ujmując się w „Wyborczej” za ks. Lemańskim, napisał, że to dzięki temu księdzu jest wielu ludzi „którzy zaczęli sobie zadawać pytania: »Kim jestem wobec Boga?«, »Niby dlaczego trzeba nienawidzić Żydów?«”. No tak, bo przecież Kościół katolicki uczy, że trzeba nienawidzić Żydów. Dalej jest już tylko lepiej. Uwaga, proszę zapiąć pasy: „Kongregacja, do której ks. Lemański pisze odwołania, potwierdza decyzje abp. Hosera. Papież milczy, i jest to chyba największa wpadka tego pontyfikatu. Jeszcze nie musi zabierać głosu, bo trwa procedura odwoławcza. Ale powinien, bo obowiązkiem księcia jest walczyć o swojego rycerza. Wpadka poważna, która każe zapytać: Czy papież wie, co się dzieje? Czy jest informowany przez nuncjusza? Jeśli tak – czy chce mu się ważyć racje?”. A po co ważyć racje? Wystarczy czytać „Wyborczą”.

Tagi: