Polska pod równikiem

Krzysztof Błażyca

GN 30/2014 |

publikacja 24.07.2014 00:15

Z jeepa wyskakujemy prosto na ścieżkę pełną gryzących mrówek. Jesteśmy w Masindi, pięć godzin jazdy od Kampali, stolicy Ugandy. Powietrze gorące i statyczne, dokoła soczysta zieleń. Przed nami biały kościół, naznaczony czasem. Na odrapanej fasadzie wyraźny napis: „Polonia Semper Fidelis”. Tak, tutaj była Polska...

Kościół w wiosce Nyabyeya, obok miejscowości Masindi, wybudowany w 1943 r. przypomina o Polakach, głównie kobietach i dzieciach mieszkających tu w latach 1942–1949 Krzysztof Błażyca /foto gość Kościół w wiosce Nyabyeya, obok miejscowości Masindi, wybudowany w 1943 r. przypomina o Polakach, głównie kobietach i dzieciach mieszkających tu w latach 1942–1949

Na przełomie 1942 i 1943 roku około 18 tys. Polaków, przede wszystkim kobiet i dzieci, z głębi mroźnej sowieckiej Rosji trafiło na gorącą afrykańską ziemię. 22 obozy na terenach dzisiejszej Ugandy, Tanzanii, Kenii, RPA i Zambii były ich domem przez ponad 8 lat. „To jeden z najpiękniejszych okresów w życiu” – mówią Artur Woźniakowski i Danuta Sedlak. Byli dziećmi, kiedy losy rzuciły ich wraz z matkami i rodzeństwem do Afryki. Dziś opowieści o tam-tamach, kolorowych strojach lokalnej ludności i wspomnienie zapachu czerwonej rozgrzanej ziemi wywołują błysk w oczach, a na twarzach maluje się uśmiech i tęsknota za światem, którego już nie ma, ale wciąż żyje w nich. Mają więc swój „Klub pod Baobabem” i fotografie, na których widać mamę przed chatką pokrytą trawą słoniową, procesję pośród palm albo pierwszy teatr „z prawdziwego zdarzenia” nad jeziorem Wiktoria. W głębi egzotycznego buszu była ich Polska. Jej ślady zostały tam do dziś.

Po piekle – raj

Ale najważniejsza była szkoła. Edukacja była tam świetnie zorganizowana. Były warsztaty, szwalnia, kuźnia, stolarnia, zakład szewski. – Był nawet teatr. Grali „Wesele” Wyspiańskiego. Teatr nad jeziorem Wiktorii. A harcerstwo i zuchy, to były przeżycia. Uczono nas wszystkiego, ale przede wszystkim zaszczepiano w nas patriotyzm. Dla nas Polska to było coś pięknego, wspaniałego. Więc po powrocie naturalne rozczarowanie. Siermiężne czasy komuny. – Patriotyzm wpajano w sposób naturalny. Wszystko, co było najlepsze, to było w Polsce. I żadne tam figi, banany... ale czereśnie, truskawki! – uśmiecha się pani Danuta. Wspomina, że wszędzie, gdzie znaleźli się Polacy, najpierw budowano kościół. – W Koja był kościółek, kaplica właściwie, i Matka Boska Ostrobramska. A koło kościoła było radio, wszyscy przychodzili go słuchać – mówi pan Artur. – Przygotowywaliśmy się do Komunii. A dzwony w kościele to były felgi. W 1945 r. głośno biją, pytam się: „Czemu?”. Mówią, że koniec wojny, Niemcy skapitulowały. „Jak to koniec wojny. A z Ruskimi?”. Byłem mały, a wiedziałem że o Polskę trzeba było wojować – podkreśla dumnie Sybirak. Aż w końcu musieli opuszczać Ugandę. – Wyjeżdżając, ksiądz podpalił kościół, żeby nie było profanacji. My wyjechaliśmy w 1948 r., a ostatni Polacy w 1951 r. Pani Danuta opuściła Koję wcześniej, ale kolejne 3 lata spędziła w Rongai w Kenii. Tam uchodźcami opiekowały się polskie nazaretanki. – Aż przyszedł telegram od Czerwonego Krzyża. Tata przeżył i czekał na nas! Mama się nie zastanawiała ani chwili – wspomina pani Danuta. Powrót do Polski okazał się wyzwaniem. – Ci, którzy przeszli piekło rosyjskie, gdy się dowiedzieli, jakie są ustalenia w Jałcie, nie mieli gdzie wracać. Tylko ci się decydowali, którzy mieli rodzinę w Polsce – opisuje pani Danuta. – Ci wracali, którzy bardziej niż komuny obawiali się kolejnej niepewności i tułaczki – zamyśla się pan Artur. Jego ojciec też się odnalazł. On z bratem i mamą wsiedli na statek w Mombasie, ojciec dosiadł się w Suezie. Z 18 tys. Polaków, których losy rzuciły do Afryki, tylko 3 tys. wróciło do Polski. Reszta rozjechała się po Anglii, USA, Kanadzie, Australii, niewielu pozostało w Tanzanii. Po latach odnajdują się znowu, pielęgnują kontakty. Parę razy wybrali się do kraju swego dzieciństwa. Ich troską są miejsca pamięci. I sami chcą zostawić ślad, który przysłuży się innym – Centrum Medyczne im. Sybiraków w Koja. Tym żywym pomnikiem chcą upamiętnić Polaków pod równikiem. Nazywają siebie „Afrykanami”. Polskę mieli w sercach zawsze.

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

Czytasz fragment artykułu

Subskrybuj i czytaj całość

już od 14,90

Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI

Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.