publikacja 31.07.2014 00:15
O urzędowym międzynarodowym nacisku na legalizację aborcji bez ograniczeń - rozmowa z prof. Aleksandrem Stępkowskim.
Agata Ślusarczyk /Foto Gość
Prof. Aleksander Stępkowski jest prezesem Instytutu na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris” oraz wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Naukowo zajmuje się prawem porównawczym prywatnym i publicznym oraz myślą polityczną i prawną
Monika Florek-Mostowska: Sprawa prof. Bogdana Chazana to już kolejny przykład, który pokazuje meandry prawne związane z prawem dopuszczającym aborcję.
Wydaje się, że te naciski instytucji międzynarodowych na upowszechnianie aborcji to marsz w kierunku śmierci.
Mamy do czynienia ze skoordynowanymi działaniami w tym zakresie. Strategia działania jest często ustalana na poziomach ponadnarodowych. Bardzo cenne są tu doświadczenia innych krajów. W USA dokładnie przeanalizowano strategię, jaka stała za wprowadzeniem konstytucyjnego zakazu delegalizacji aborcji. Tam kilku sędziów, w wyreżyserowanym procesie, uniemożliwiło parlamentom stanowym delegalizację aborcji! Obecnie w USA obowiązuje konstytucyjny zakaz (!) objęcia pełną ochroną prawną dzieci na prenatalnym etapie rozwoju! Mamy do czynienia również z systematyczną inżynierią językową, w ramach której barbarzyńskie praktyki są określane w sposób sugerujący niewinne procedury medyczne. Feministki twierdzą często, że dziecko w życiu płodowym to kawałek ciała kobiety, tymczasem z biologicznego punktu widzenia jest oczywiste, że tożsamość genetyczna dziecka jest różna od tożsamości genetycznej matki.
Czy tracimy zdrowy rozsądek?
Politycy są krótkowzroczni, a społeczeństwo utrzymywane jest w nieświadomości lub wprost manipulowane. Modelowym przykładem jest sprawa profesora Chazana, ale też i dyskusja na temat konwencji przemocowej. Bardzo wielu środowiskom udało się narzucić przeświadczenie, że naprawdę chodzi o przeciwdziałanie przemocy. Tymczasem w Polsce przemoc kształtuje się na najniższym poziomie w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Raport Agencji Praw Podstawowych UE pokazuje, że Polska należy do krajów, gdzie jest najmniej przemocy i najwyższa jej raportowalność do organów ścigania. Feministki dążące do ratyfikacji stawiają nam za wzór Szwecję, gdzie poziom przemocy wobec kobiet jest 2,5 razy wyższy niż u nas. Tu nie chodzi zatem o walkę z przemocą, ale o kształtowanie rzeczywistości pod dyktando światopoglądowych założeń feminizmu. Osoby rzeczywiście zajmujące się przeciwdziałaniem przemocy wiedzą, że tu największą rolę odgrywają uzależnienia: alkoholizm, w dużych miastach pracoholizm, narkotyki i rozluźnienie więzi społecznych (rozpad relacji rodzinnych), seksualizacja wizerunku kobiety w mediach. Te wszystkie kwestie zostały zignorowane w konwencji. Jeśli chodzi o przemoc w mediach, to konwencja bardzo oględnie wzywa do stosowania „praktyk, które pozwolą umiejętnie poruszać się dzieciom w środowisku nasyconym przemocą”. Forsowana jest jedna teza: społeczno-kulturowy sposób pojmowania kobiecości jest przyczyną przemocy. Niektórzy nazywają tę ustawę „konstytucją gender” i nie jest to bezzasadne. Szczególnie jeśli się porówna aktualny tekst konwencji z jej pierwotną wersją. Retoryka ideologiczna ostatecznego tekstu została złagodzona, ale treść jej uregulowań poważnie zradykalizowano. W pierwszej wersji wprost mówiono o gender jako o sposobie wyrażenia politycznego konfliktu między kobietami i mężczyznami. Ostatecznie złagodzono tę retorykę (choć z niej nie zrezygnowano) i obecnie konwencja promuje gender jako kategorię mającą służyć dekonstrukcji płciowości ludzkiej. Na gruncie konwencji brodaty mężczyzna w spódnicy i z damską torebką na ramieniu może być traktowany jako kobieta.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł