publikacja 29.04.2015 00:15
Wojsko postanowiło kupić śmigłowce do wszystkiego. W kontrowersyjnym przetargu zdecydowało się na takie, które i tak nie spełniają wszystkich wymogów.
Jacek Turczyk /epa/pap
H225M Caracal, śmigłowiec produkowany przez francuską firmę Airbus Helicopters
Konflikt na Ukrainie pokazał, jak istotna jest modernizacja polskiego wojska. Do 2022 roku mamy wydać na zakupy broni ok. 90 mld złotych. Jednym z istaotniejszych nowych nabytków mają być nowoczesne śmigłowce, które zastąpią wysłużone maszyny sowieckiej produkcji, z których najstarsze mają po 40 lat. 21 kwietnia Ministerstwo Obrony Narodowej ogłosiło, że do testów praktycznych zostanie dopuszczona jedna maszyna: H225M Caracal, produkowana przez francuską firmę Airbus Helicopters. Jeśli próby się powiodą, polskie wojsko ma za 13 mld złotych kupić 50 śmigłowców wielozadaniowych tego typu. Po co nam właściwie nowe śmigłowce? Stare nie spełniają już wymogów nowoczesnego pola walki. A polskie wojsko stawia na uniwersalność. Przetarg rozpisany przez MON dotyczy helikopterów wielozadaniowych, co oznacza, że jedna maszyna ma mieć, w razie potrzeby, możliwość pełnienia wielu funkcji. Ministerstwo interesują cztery cechy. Po pierwsze nowe śmigłowce mają transportować żołnierzy z miejsca na miejsce. Ponadto mają służyć do celów poszukiwawczo-ratunkowych podczas walki. Taki pojazd przydaje się na przykład, gdy wróg zestrzeli samolot, zaś pilot się katapultuje – wówczas wysyłany jest śmigłowiec, który ma go odnaleźć. Inną ważną cechą helikopterów ma być możliwość walki z łodziami podwodnymi. Takie pojazdy, wyposażone w bomby głębinowe i ciężkie sonary służące do namierzenia okrętu, startują albo z brzegu, albo też mogą lądować na statkach wojskowych. I na koniec: MON zażyczył sobie także, by śmigłowce mogły przewozić i wspierać wojska specjalne, np. komandosów. Ze względu na specyfikę ich pracy, np. konieczność latania w nocy w taki sposób, by nie zostać zauważonym, tego rodzaju helikopter potrzebuje innego wyposażenia niż zwykły transportowiec.
Przede wszystkim oferowanym Polsce śmigłowcom Black Hawk S-70i zarzucano brak uzbrojenia, a także brak możliwości ich obsługi serwisowej w Wojskowych Zakładach Lotniczych w Łodzi, na czym zależało wojsku. Decyzja ta budzi spore kontrowersje. Przede wszystkim tak naprawdę żadna z ofert nie spełniała wszystkich, wyśrubowanych warunków. Dlaczego więc tylko jedna została dopuszczona do testów? Od kilku miesięcy pojawiały się plotki o tym, że zwycięzca przetargu jest już znany, lub że nawet cały proces był ustawiony pod francuskiego producenta. Dowodów na to nie ma, ale są poszlaki. Gdy okazało się, że MON dopuści do etapu testów jedynie produkt Airbusa, zmieniły się także warunki przetargu. Zamiast dostarczyć 70 śmigłowców, francuska firma będzie musiała wyprodukować jedynie 50. Powodem jest cena: caracale to najdroższe maszyny spośród biorących udział w przetargu, wojsko zapłaci za nie 13 mld złotych, choć pierwotnie koszt 70 szacowano na 8–10 mld. Co prawda zdaniem ministerstwa część naszych helikopterów nie jest aż tak bardzo wyeksploatowana, jak się na początku wydawało, ale i tak zapowiada ono rozpoznanie dodatkowego przetargu – głównie na śmigłowce wyspecjalizowane w transporcie. Cała inwestycja będzie więc znacznie droższa, niż początkowo zakładano.
Jednak przy przerzucie żołnierzy jest większe prawdopodobieństwo wyższych strat, gdy są oni na pokładzie mniejszej ilości większych śmigłowców niż większej ilości mniejszych maszyn – mówi Szatkowski. Ponadto MON wrzucił tyle wymogów do jednego worka, że trudno je ze sobą pogodzić. Duży śmigłowiec oznacza ciężki śmigłowiec. Przez to caracal ze względu na swoją masę nie może lądować na okrętach wojennych. Biorąc pod uwagę te wady, można mieć poważne wątpliwości, czy MON słusznie rozstrzygnął przetarg.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł