publikacja 30.07.2015 00:15
Tego miejsca w Londynie nie odwiedzają turyści. A zasługuje ono ze wszech miar na pamięć i… modlitwę. Tyburn – przez kilka wieków stała tam szubienica, na której ginęli katoliccy męczennicy. Dziś trwa tu nieustanna adoracja.
Lawrence OP /flickr
Tryptyk przedstawiający wybranych męczenników. Góruje nad nimi londyńska szubienica Tyburn, na której zginęli
Czasem ogarnia mnie złość, że my, katolicy, nie znamy dobrze historii własnego Kościoła i dlatego nie potrafimy jej bronić. Częściowo to owoc coraz bardziej nachalnej medialnej propagandy, skutek przedziwnej niechęci zachodniej kultury do własnych korzeni, czyli do Kościoła. Część prawdy to pewnie i to, że my, katolicy, nie piszemy dobrych książek i nie kręcimy filmów promujących naszych bohaterów, nie bronimy się przed kłamliwymi informacjami. Poprawność polityczna każe wciąż przepraszać za kilka ciemniejszych kart historii Kościoła i zabrania mówić o tych jasnych, których jest nieporównywalnie więcej. Dość marudzenia, do rzeczy! Będąc kiedyś w Londynie, wybrałem się, by odnaleźć to miejsce. Trzeba wysiąść na stacji metra Marble Arch (nazwa pochodzi od brzydkiego marmurowego łuku triumfalnego, stojącego na północno-zachodnim rogu Hyde Parku). Nieopodal znajduje się słynny Speakers’ Corner, który dziś przyciąga raczej wariatów niż mówców. Szkoda czasu na tę wątpliwą atrakcję. Lepiej skierować swoje kroki wzdłuż Bayswater Road biegnącej brzegiem Hyde Parku. W rzędzie kamienic zauważymy dyskretnie wtopiony między budynki kościół i klasztor – Tyburn Convent. Od prawie stu lat żyją i modlą się tutaj benedyktynki od adoracji Najświętszego Serca Jezusa. To oaza ciszy, skupienia. Zawsze jest tu wystawiony Najświętszy Sakrament, przed którym dwie siostry trwają na adoracji. To sanktuarium angielskich męczenników, zamordowanych w latach 1533–1681 za wierność Kościołowi katolickiemu. Na potężnej trójkątnej „królewskiej” szubienicy, zwanej Tyburn (nazwa dawnej wioski) albo Drzewem Tyburn, ginęło wielu zwykłych przestępców. Zginęła także ponad setka katolików wiernych swojej wierze. Drzewo śmierci zamienili w drzewo życia. Mała okrągła płyta na wysepce dla pieszych na ruchliwym skrzyżowaniu przypomina dokładne położenie szubienicy.
Oszczędzę czytelnikom szczegółowego opisu tej wyjątkowo okrutnej śmierci. W taki sposób ginęli angielscy męczennicy, których dokładna liczba jest trudna do ustalenia. Władzy nie zależało na utrwalaniu ich pamięci. Wręcz przeciwnie, chcieli ich z niej wymazać. Wszystko, co miało związek z Rzymem, papieżem, katolicyzmem, było podejrzane i mogło stanowić podstawę do oskarżenia. Także pamięć o męczennikach (relikwie, świadectwa, pamiątki) była niebezpieczna i narażała na prześladowanie. Największą grupę umęczonych stanowili księża. Na szafot trafiali też ci, którzy w jakikolwiek sposób im pomagali. Duchowni działali w podziemiu. Ich historie są niesamowite. Ponieważ w Anglii nie było seminarium, udawali się na kontynent, aby studiować teologię. Po święceniach wracali w ukryciu do ojczyzny. Tam byli nieustannie tropieni przez wyspecjalizowanych śledczych. W niektórych domach budowano kryjówki dla księży (ang. priest hole), część z nich zachowała się do dziś. Męczennicy ginęli w różnych miejscach, ale najwięcej z nich skonało na londyńskiej szubienicy. Dlatego właśnie Tyburn stał się symbolem gehenny. Dopiero w XIX wieku, kiedy Kościół katolicki odzyskał w Anglii prawo do istnienia, zaczęto przywracać pamięć o angielskich męczennikach. Pierwszą ich grupę beatyfikował papież Leon XIII w 1886 r. Później, za papieża Piusa XI, dołączali do nich kolejni. Część z nich została kanonizowana, na czele z Tomaszem Morusem i bp. Janem Fischerem. Łącznie na ołtarz wyniesiono 125 osób jako reprezentację wszystkich katolików straconych w XVI i XVII wieku.
Potem wspólnie z pozostałymi duchownymi odśpiewali „Te Deum”. Campion zginął na Tyburn, mając 42 lata, razem z o. Aleksandrem Briantem i ks. Rudolfem Sherwinem. Według naocznych świadków postawa Campiona w czasie egzekucji przekonała do wiary katolickiej wiele osób. Wśród męczenników byli także świeccy. Kilka kobiet zginęło dlatego, że mimo zakazów wspierały duchownych w ich posłudze. Święta Małgorzata Ward, nazywana „perłą Tyburn”, zginęła, bo pomogła uwięzionemu kapłanowi zbiec z więzienia. Przeszmuglowała do jego celi sznur, który dopomógł w ucieczce. Przez osiem dni była torturowana w więzieniu – próbowano zmusić ją, by zdradziła kryjówkę księdza. Nie dała się złamać. Sądowi powiedziała, że cieszy się, że „pomogła wydostać się niewinnej owieczce z łap krwawych wilków”. Obiecywano jej wolność w zamian za udział w protestanckim nabożeństwie. Odmówiła. Została powieszona 30 sierpnia 1588 roku.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł