Piękno katolicyzmu: od poczęcia do naturalnej śmierci

ks. Jerzy Szymik

GN 31/2015 |

publikacja 30.07.2015 00:15

Jezus Chrystus pozwala nam rozpoznać własny grzech i wydać mu wojnę. Przebacza nasze przewinienia i daje łaskę pokuty.

Piękno katolicyzmu: od poczęcia do naturalnej śmierci Henryk Przondziono /Foto Gość

Jeszcze o sumieniu. Jego priorytet dotyczy wszystkich organizmów społecznych i politycznych, na czele z państwem jako takim – niezależnie od ustroju. I nie chodzi tu o jakiekolwiek „manipulacyjne” wprowadzanie bocznymi drzwiami teokracji (ani o tradycjonalistyczne resentymenty, fundamentalistyczne ciągoty itp. itd. z długiej litanii tego, czego „nie lubi” albo i nienawidzi współczesna liberalna demokracja). Priorytet sumienia w przestrzeni państwa (praw, którymi jest ono rządzone) nie oznacza, że politycy muszą biegać do kościołów (czego tak bardzo obawiają się te postoświeceniowe systemy, które często skrajnie sekularyzycyjnie albo i ateistycznie pojmują neutralność światopoglądową państwa). Nie. Wystarczy, że państwo zrezygnuje z roli boga-wychowawcy o najwyższym autorytecie. I wystarczy, że jego funkcjonariusze spojrzą dalej, niż sięgają ich własne ego, pycha władzy, sondaże i najbliższe wybory. Choćby tylko, i aż, w głębię tajemnicy wszechstronnie rozumianego człowieczeństwa, a tym samym tajemnicę bytu… Z pokorą, z wolą szukania wspólnej nam prawdy. To już będzie służba sumieniu.

Bo przy wszystkich bezdyskusyjnych pożytkach demokracji, z jej zasadą większości, podstawowe pytanie o etyczne fundamenty prawa pozostaje otwarte. Czy nie ma aby takich zasad, które są prawem z samej swej istoty, nieodwołalnie, i żadna decyzja „większościowa” tego nie zmieni, ba, musi je ona respektować? A inne „prawa” czyż nie pozostaną bezprawiem, choćby je afirmował legalnie wybrany parlament? Skąd to, kto to ustala, kto za tym stoi? Nie nauka, nie technika, nie sama tradycja, nie autonomiczna etyka jednostki, nie suwerenna mądrość państwa. Ten potencjał „ustawodawczy” i tę moc nie do podważenia ma tylko jedna siła: sumienie człowieka.

• • •

Przypomnijmy: pod warunkiem, że pozostaje ono w żywej więzi ze swoim Źródłem i Mocodawcą. I tym samym pozostaje ono sobą, a nie atrapą, jeszcze jednym przebraniem narcyzmu. Bo prawda o sumieniu jest taka, że prawda sumienia jest stale pod pręgierzem wielu mocy wewnętrznych i zewnętrznych wobec człowieka. Atak jest prowadzony w tej wojnie podstępnie, najgroźniejszy polega na odcinaniu sumienia od jego korzenia. Lecz i sojusznicy w walce o prawdę sumienia są potężni.

Sojusznikiem jest na przykład niemalejące przekonanie (z wyjątkiem nielicznych ludzi „bez sumienia”), że istnieje sąd nad naszymi uczynkami, zwłaszcza nad tym, co najmroczniejsze, co próbujemy wyprzeć z sumienia. Wiemy, na dnie naszej świadomości, że to nieskuteczne; że niepojęty, najwyższy trybunał czeka. Wiemy też – to również wielki sojusznik sumienia – że istnieje głęboki i ścisły związek między naszym osobistym szczęściem a posłuszeństwem głosowi sumienia; że wysiłek sprostania wymogom sumienia jest zarazem drogą do prawdziwego szczęścia i do własnej nieskłamanej tożsamości. I wiemy, że grzesznik gdzieś ucieka, choć nikt go jakoby nie goni (por. Prz 28,1)…

Wróćmy jeszcze do „ataku”. Centralnym punktem frontu współczesnej bitwy o sumienie jest walka o prawo człowieka do życia od chwili poczęcia do naturalnej śmierci. Refleksja i nauczanie katolicyzmu sięga tu zresztą odważnie korzeni rozpanoszonego zła – dziedzictwa postoświeceniowego. Jan Paweł II zarzucał oświeceniu dokonanie „wyłomu”: odrzucenie bądź marginalizację Chrystusa i tym samym otwarcie drogi dla „przyszłych wyniszczających doświadczeń zła”. Dla Benedykta XVI nie do przyjęcia jest klasycznie postoświeceniowa forma „takiego ukształtowania życia publicznego, w którym tylko agnostycyzm moralny i religijny uważa się za politycznie poprawny” (wątpliwości są dobre, adogmatyzm zawsze, natomiast mocne przekonania są fundamentalizmem – talibowie bywają różnej maści, najczęściej i najgroźniej chrześcijańskiej, zdaniem oświeconych). Agnostycyzm ten, jako „jedynie normalny”, został – jako styl życia – narzucony wielkim obszarom świata siłą, a narzędziami przemocy są przede wszystkim potęga pieniądza oraz euroamerykański walec eksportu kulturowego.

• • •

I stąd główny problem współczesności: zanik moralności, która jest prywatyzowana (spychana w obszar wyłącznie osobisty) oraz redukowana do tzw. kalkulacji sukcesu (etyczne jest to, „co obiecuje lepsze szanse przeżycia”). Towarzyszy temu publiczne (a dzięki mediom globalne) szyderstwo ze strony oświeconych wobec prób reaktywacji moralnej integralności człowieka (bo to hipokryzja, powrót średniowiecza, oszołomstwo i brednia).

O państwie z definicji agnostycznym w stosunku do Boga, budującym prawo jedynie na opinii większości, należy powiedzieć, że staje się ono „grupą zbójców”. Nazwę ukuł sam św. Augustyn: wykluczenie Boga generuje bandę zbójców w rozmaitych mocniejszych, bądź łagodniejszych formach, jednak zawsze bandyckich i zbójeckich. I tu wracamy do legalizacji aborcji: bandycko-zbójecki rys liberalnych demokracji współczesnych uwidacznia się tam, gdzie pozorem prawa okrywany jest systematyczny mord niewinnych ludzi – nienarodzonych. Banda zbójców: mord ten osłaniają interesy większości (żyjącej, będącej u władzy).

Nawet nie sam mord (choć on jest tu istotą sprawy) decyduje o zbójectwie bandy, ale właśnie to, że spora grupa jej członków (demokratyczna większość!?) tworzy „pozór prawa”, dzięki któremu jest możliwy i faktycznie „uprawniony” mord systematyczny, z niesłychanie obłudną hucpą w tle: chodzi przecież o ochronę dyskryminowanych (kobiet). Co zresztą nie jest jednak aż tak „niesłychane”: wszystkie ludobójcze i systematyczne mordy w dziejach uzasadniali mordercy (to oni, a nie mordowani przeżywają) jakąś formą wyższej konieczności i moralnego dylematu bez dobrego wyjścia.

• • •

Benedykt XVI pisał na ten temat rzeczy mocne, wstrząsające. Od nawiązania do Biblii i Levinasa (według którego twarz drugiego człowieka mówi mi: „Nie pozwól mi umrzeć”):

„(…) decyzja za dobrem lub złem zaczyna się od spojrzenia, od wyboru oglądania twarzy drugiego człowieka lub nie. Dlaczego dzisiaj niemal jednomyślnie odrzuca się dzieciobójstwo, a jednocześnie jest się nieczułym na zjawisko aborcji? [Bo] w przypadku aborcji nie widać twarzy człowieka, który został skazany, aby nigdy nie ujrzeć światła dziennego. U kobiet zamierzających usunąć ciążę zostają stłumione ich spontaniczne uczucia matki oczekującej dziecka, matki, która nadaje mu imię, wyobraża sobie jego twarz i przyszłość… Właśnie te tłumione wyobrażenia wracają potem często jako nierozwiązane poczucie winy, dręczące sumienie. Decyzja spojrzenia w twarz drugiego człowieka to decyzja o własnym nawróceniu, to przyzwolenie na żądanie ode mnie wyjaśnień, to wyjście poza siebie i zrobienie miejsca innej osobie”.

Poprzez ostre oskarżenie sięgającej po przemoc ciemnej strony demokracji godzącej się z „legalną” aborcją:

„Prawa jednych są tworzone poprzez odmowę podstawowego prawa do życia innych. Każda legalizacja aborcji zakłada ideę, że to siła buduje prawo. W ten zupełnie niedostrzegalny sposób w istocie zostały naruszone same fundamenty prawdziwej demokracji, zbudowanej według zasad sprawiedliwości”.

Aż do dwóch wniosków, nie do obalenia:

1) Nie istnieją „małe morderstwa”. Bezwzględny szacunek dla każdego życia jest istotnym warunkiem, aby było możliwe ludzkie życie społeczne (również w skali państwa, społeczności międzynarodowej);

2) Kiedy tego szacunku brak, człowiek nieuchronnie gubi tożsamość i niszczy sumienie.

• • •
Tymczasem jednak sumienie zdaje się służyć teoretykom i prawodawcom zachodnich demokracji oraz ich politycznej większości do czegoś innego niż bezwzględna ochrona życia najbardziej bezbronnych bliźnich, a tym samym trosce o prawdziwie ludzkie życie społeczne. „Małe morderstwa” – w istocie: wielkie i potworne, wołające o pomstę do nieba mordowanie bezbronnych – odbywają się w majestacie prawa, w medialnej ciszy i na przepotężną skalę.

Według tej logiki sumienie jest słuszne wtedy, kiedy sprzeciwia się nauczaniu Kościoła. A kiedy ktoś próbuje powołać się na nie, by uzasadnić sprzeciw wobec tego, co nieludzkie w prawie państwowym (casus prof. Chazana w Polsce 2014 roku, klauzula sumienia, deklaracja sumienia itd. itp.), wtedy zasada jego nadrzędności jest głośno kwestionowana. To charakterystyczna podwójność standardów.

Sumienie musi kontrolować władzę. Są potrzebni ludzie, którzy demonstracyjnie stają po stronie władzy sumienia i w ten sposób ucieleśniają arcysiłę bezsiły ducha przeciwko nagiej przemocy władzy tego świata. To przed nimi drżą dyktatorzy, obojętnie jakie togi (cezara? demokraty?) aktualnie noszą. Bezprawie bowiem, zwłaszcza udające prawo, można ostatecznie pokonać tylko dobrowolnym cierpieniem tych, którzy są wierni swemu sumieniu.

• • •

Tak też dokonało się zbawienie: nieludzka władza rozbiła się o cierpienie Nieugiętego – Ukrzyżowanego. Dlatego z wysokości krzyża zyskujemy spojrzenie, które daje ogląd całości; którym możemy ogarnąć całe życie i wielość spraw jego, aż po wieczność. We wspólnocie z Jezusem Chrystusem widać, kim jesteśmy, dokąd mamy iść i co znaczy być Jemu posłusznym, czyli słuchać głosu spoza nas – głosu sumienia.

Chrystus bowiem jest lustrem naszego sumienia. Z Niego spływa światło, które rozjaśnia i oczyszcza sumienie, usuwając zeń śmieci i ukazując właściwą drogę. W Chrystusie też „jarzmo prawdy” nabiera ewangelicznej lekkości (Mt 11,30). Ostatnie słowo należy do Słowa, do łaski Chrystusa. On poprzez sumienie stawia nam wymagania – nie zbawi nas wygodne trwanie przy swoim. Lecz to również On oferuje nam prawdziwe wybawienie, które wyrasta ponad nasz własny czyn, poza grecki tragizm naszego losu i przeklętą niemożność wyjścia z uwikłania w zło (por. Rz 7,18-25).

On pozwala rozpoznać własny grzech i wydać mu wojnę. On pozbawia lęku i daje łaskę pokuty. On rozwiązuje grzech i go przebacza.

Oto piękno chrześcijaństwa: Jezus Chrystus.