Ja wam wszystkim jeszcze pokażę!

GN 38/2015 |

publikacja 17.09.2015 00:15

O cudzie radosnego życia, który trwa mimo trudów i bólu, z Magdaleną i Pelagią Buczek rozmawia Agata Puścikowska
.

Ja wam wszystkim jeszcze pokażę! Roman Koszowski /Foto Gość

Agata Puścikowska: Podobne Panie jesteście...


Pelagia Buczek: Przecież to moje dziecko! A jakie wytęsknione i wyczekane...


Magdalena Buczek: Urodziłam się 15 lat po mojej siostrze Oli.


P.B.: I już te narodziny, a wcześniej nawet poczęcie się Magdy, w moim odczuciu były cudem. Po urodzeniu pierwszej córki miałam dwie poważne operacje. Wycięto mi jeden jajnik w całości i drugi w trzech czwartych. Zero szans na kolejne dziecko... Gdy więc dowiedziałam się, że jestem w ciąży, trzy dni płakałam ze szczęścia. Tymczasem lekarz zapytał: „Czy usuwać?”... Straszne to były wtedy czasy i straszne prawo. 


Wtedy badania USG nie były tak szczegółowe jak teraz.


P.B.: Ale i tak przy każdym badaniu termin porodu się zmieniał. Widać było, że kości Magdy nie rozwijają się prawidłowo. Dwa tygodnie po terminie wywołano poród. Rodziłam wiele, wiele godzin, w straszliwym bólu. Nie pisnęłam nawet jeden raz. Wcześniej powierzyłam nas Bogu i oddałam swoje cierpienie jako moją drogę krzyżową. Taka ofiara.


Bała się Pani chorego dziecka?


P.B.: Ponieważ nie sądziliśmy z mężem, że uda mi się zajść w ciążę, myśleliśmy o adopcji. Dziecka chorego właśnie... Bóg jednak obdarzył nas biologicznym. W tym samym zresztą czasie moja przyjaciółka – mama ciężko upośledzonej dziewczynki – radziła się mnie, czy starać się o drugie dziecko. Wydawało mi się, że to dość jasne i bezdyskusyjne: powinna mieć kolejne dziecko. Mówiłam jej to. Jednak gdy przyjaciółka rzeczywiście zaszła w ciążę, poczułam jakąś wielką odpowiedzialność: ryzyko urodzenia kolejnego dziecka z ciężką wadą genetyczną było spore, a wychowywanie dwojga tak chorych dzieci to wysiłek niemal nie do udźwignięcia. Modliłam się wtedy, będąc w ciąży z Magdą: „Boże, jeśli tamto dziecko ma się urodzić chore, to lepiej, żebym ja przyjęła dziecko niepełnosprawne”. Magda urodziła się chora, syn przyjaciółki całkowicie zdrowy. Są z Magdą rówieśnikami.


Gdy urodziła Pani Magdę...


P.B.: Był 6 marca 1988 r. Poród był długi i bardzo dramatyczny. Wiedziałam, że córce grozi niebezpieczeństwo. W końcu, po długich godzinach, urodziła się. Zapłakała, wiedziałam, że żyje. Ale na sali pełnej personelu medycznego, mimo wcześniejszego harmideru, zaległa głucha cisza. Wiedziałam, że coś jest z dzieckiem nie tak. Uniosłam głowę i zobaczyłam porozumiewawcze spojrzenia. I zobaczyłam też Magdę: śliczną taką, z bujną czupryną czarnych włosów.
M.B.: Które potem szybko wyszły, a odrosły blond.
P.B.: Diagnoza przyszła szybko: wrodzona łamliwość kości. Lekarze stwierdzili, że Magda przeżyje góra pięć dni. Moje dziecko głośno płakało, a ja miałam pewność, wiedziałam dokładnie, co ono wtedy mówiło! Dźwięczało mi w uszach, że Magda krzyczy: „A ja wam wszystkim pokażę”. Ona naprawdę tak krzyczała, do całego świata, ale i do nas, rodziców. I dla mnie szczególnie – dla otuchy. Potrzebowałam tego. Szczególnie gdy jeden z lekarzy rzucił mi, „na pocieszenie”, żebym się do dziecka nie przywiązywała, bo i tak nie przeżyje. I żebym myślała już o kolejnym. 


Okrucieństwo czy głupota?


M.B.: Może nieświadomość? Może naprawdę chęć „pocieszenia”...
P.B.: Jeszcze na sali poporodowej modliłam się i prosiłam Boga, żeby wziął moje życie za życie Magdy. I byłam absolutnie pewna, że On je przyjmie. Modliłam się do białego rana i byłam przekonana, że umrę. Rano żyłam ja i żyła Magda. Dotarło do mnie, że Bóg nie chce teraz tego mojego życia. Nie chce takiej ofiary. Więc powiedziałam Mu: „W takim razie pozwól, by Magda żyła dla Ciebie”...


Opieka nad tak ciężko chorym dzieckiem musiała być bardzo trudna.


P.B.: Tak, bo do wszystkiego musieliśmy z mężem dochodzić właściwie sami. To była codzienna walka o jej życie. Musieliśmy robić wszystko, by wspomagać jej rozwój fizyczny – ale nie powodować dodatkowego bólu. Magda miała silne przykurcze. Masowałam jej nóżki, głaskałam, głaskałam, obkładałam takimi kompresami z rumianku. Aż w końcu przykurcze ustąpiły. 
M.B.: Kości moich nóg nie były uwapnione. Kości czaszki także. Dopiero po dwóch tygodniach od urodzenia zaczęły się uwapniać. Miałam miesiąc, gdy doszło do pierwszego złamania. Od tamtego czasu miałam w sumie ponad 30 złamań rąk i nóg.
P.B.: Pierwsze złamanie, gdy Magda miała miesiąc. Pojechaliśmy do szpitala, a lekarz tak „delikatnie” ją badał, szarpiąc we wszystkie strony, że zwykłe złamanie przemieściło się. Magdę oglądali też, jako „przypadek”, studenci medycyny. A jak oponowałam i broniłam dziecka, lekarz burknął: „I o co pani walczy?”. Inny natomiast wmawiał mi, że „będzie nienormalna, bo ma wodogłowie” (co akurat nie było prawdą). Musiałam też walczyć z koszmarnym twierdzeniem niektórych lekarzy, że dzieci chore na wrodzoną łamliwość kości nie czują bólu podczas złamań. Nic bardziej mylnego.


Pani Magdaleno, ma Pani matkę bohaterkę... 


M.B.: Mama jest wspaniała. Mam świadomość, że poświęciła mi całe życie.
P.B.: To nie bohaterstwo, ale łaska Boża. Nigdy nie zadałam Bogu pytania, dlaczego ja. To moje życie, przyjmuję, co otrzymałam. I staram się to robić jak najlepiej. A że mam wspaniałą, kochaną i mądrą córkę, to jest mi łatwiej. Takie życie daje szczęście. Magda, gdy miała pół roku, mówiła pojedyncze słowa. Gdy skończyła rok, mówiła już pełnymi zdaniami. Byłam taka dumna. Kiedy po raz kolejny wieźliśmy ją do szpitala, gdy kładliśmy ją na kozetce, mówiła do lekarzy: „Poczekajcie, nie jestem gotowa”. A potem się modliła, głośno, na cały szpital: „Przyjdź, Panie Jezu, dodaj mi odwagi. Przyjdź, Panie Jezu...” – aż w końcu była gotowa. Wtedy można było spokojnie zakładać kolejny gips. 


Dzieciństwo Madzi Buczek było...


M.B.: …ogromnie wesołe. Nie miałam czasu na sen. To pamiętam doskonale. Wolałam działać. Bawiłam się, rysowałam. Również mojej babci nie pozwalałam spać – żaliła się, że chodzi przeze mnie niewyspana. (śmiech) Zawsze sobie jakieś zajęcia znalazłam, mimo że większość swojego życia spędziłam na leżąco. 


Mimo dużych ograniczeń ruchowych skończyła Pani studia i pracuje.


M.B.: Mimo że jestem całkowicie uzależniona fizycznie od innych – powiedzmy to otwarcie. Głównie od mojej mamy. To dzięki mamie skończyłam studia, bo jeździłyśmy na zajęcia razem. Potem, gdy ciężko zachorowałam, nie mogłam już tak często uczestniczyć w zajęciach. Niemniej, mimo że uczyłam się sama i nigdy nie dawałam sobie taryfy ulgowej w kwestii nauki, to mama była moimi nogami, dowoziła mnie wszędzie i pomagała w sprawach natury fizycznej. Obecnie, gdy pracuję, również mnie wspiera. Biedna mamusia – ja pracuję po nocach (jakoś najlepiej mi się pisze), a ona czuwa.
P.B.: Nie jestem biedna! I tak dużo snu nie potrzebuję. (śmiech) 


Wróćmy jeszcze do Pani dzieciństwa. Co jest złego w zakładaniu gangu? Wszystkie dzieci kiedyś go zakładają.


M.B.: (Śmiech). Nawet nie pamiętam, czym ta banda miała się zajmować i jak miała działać. Pamiętam, że przestraszyłam się tylko mocno i sprzeciwiłam się trójce moich najbliższych przyjaciół. Od lat bawiliśmy się razem, razem też się modliliśmy. 
P.B.: Kiedyś, gdy odmówili jej wspólnej modlitwy, a mieli może ze 4 latka, wygoniła ich z domu! „Won z mojego podwórka” – krzyczała. Poszli sobie. Pojechałyśmy potem na działkę. Wracamy, a koledzy siedzą przed domem. Czekali dwie godziny na Magdę i... wspólną modlitwę. Od tego czasu nie było już takiego problemu. 
M.B.: Ale nie byłam taka okropna. (śmiech) Faktem jednak jest, że gdy po kilku latach moi koledzy zaproponowali „stworzenie gangu”, nie zgodziłam się i wymyśliłam na poczekaniu alternatywę – założenie Podwórkowego Koła Różańcowego. 
P.B.: Pamiętam, jak z ogrodu wołała: „Mamuś, mamuś, daj karteczki, ja im muszę legitymacje zrobić”. Zrobiła takie odręczne, żeby dzieci chciały zamienić gang na kółko. To było w 1997 r. Gdy wróciła starsza siostra ze studiów, zrobiła im „profesjonalne” legitymacje. Współczesne legitymacje wszystkich kółek na świecie są robione na wzór tamtych właśnie.


Ile dzieci obecnie należy do Podwórkowych Kółek Różańcowych?


M.B.: W 33 krajach ponad 150 tys. dzieci. We wrześniu 1997 byłyśmy z mamą w Radiu Maryja, oglądałyśmy rozgłośnię, której z chęcią słuchałyśmy. Tak się przypadkiem złożyło, że osoba, która miała prowadzić program, nie przybyła na audycję. Byłaby luka w programie. Ojciec dyrektor zaprosił nas wtedy do studia na rozmowę. Opowiadałam na antenie o moich wakacjach i wtedy po raz pierwszy opowiedziałam publicznie o kółkach. Okazało się, że wiele dzieci chce się do nas przyłączyć. Pisały, modliły się. Kółka docierały na tak wiele podwórek na całym świecie. I tak to działa do dziś. 


Jest Pani dorosłą kobietą, nie chciała Pani prowadzenia tego dzieła przekazać komuś młodszemu?


M.B.: Od początku czuję, że to nie jest moje dzieło, nie ja to wymyśliłam. Tak chciała Matka Boża, to Jej wola. Pastuszkowie z Fatimy odpowiedzieli na Jej prośbę modlitwy na różańcu i my to kontynuujemy. Zawsze mnie mobilizowały i fascynowały słowa o. Pio: „Gdyby 5 mln dzieci odmawiało Różaniec, świat byłby zbawiony”. I nie ma zmiłuj. Jest więc co robić. 


Chce Pani zbawiać świat?


M.B.: Świat już został zbawiony. Ale zależy mi, żeby ratować modlitwą tych ludzi, którzy modlitwy potrzebują. Żeby ich serca się przemieniły. Niepokalane Serce Maryi musi zatriumfować. A my, ludzie, również dzieci, musimy Jej w tym pomóc. 


Czuje się Pani wybrana?


M.B.: Chcę być tylko narzędziem Maryi. Na chwałę Bożą. 


Bolało, gdy Kazimiera Szczuka szydziła z Pani, nazywając w jednej z telewizji „starą dziewczynką”?


M.B.: Mama i siostra ukrywały to przede mną. Chciały zapewne oszczędzić mi bólu. Kiedy się dowiedziałam, oczywiście było mi przykro. Jednak jakoś nie żywiłam urazy. Raczej współczułam tej pani. Myślę zresztą, że może być mocno zagubiona. Może potrzebowała naszej modlitwy? Może dzięki takiemu jej zachowaniu wiele osób zaczęło się za nią modlić? Ja tak.
P.B.: Natomiast mnie ta sytuacja bolała. Jak wiele innych, gdy Magda jest po prostu źle traktowana. Niedawno ukazał się o niej tekst, a właściwie paszkwil, w jednym z tzw. tygodników opinii. Stek kłamliwych bzdur: że Magda skończyła studia właściwie „na litość”, że lansuje się na swojej chorobie oraz modlitwie różańcowej. A w ogóle to „idziemy w politykę”, bo ośmieliłam się startować w wyborach samorządowych. Nieskutecznie zresztą. Matkę boli, gdy dziecku dzieje się krzywda. 
M.B.: Przyznam, że kiedy pani Szczuka powiedziała tamte słowa, było nam z mamą o tyle ciężko, że próbowali się przez nasz dom przetoczyć dziennikarze. Tabuny dziennikarzy. Miałyśmy ochotę gdzieś się zaszyć, aż to okropne zamieszanie się uspokoi. 


Pani Szczuka przeprosiła?


M.B.: Dzwoniła. Sprawiała jednak wrażenie, że to ona jest pokrzywdzona... Słowa „przepraszam” nie usłyszałam, natomiast proponowano mi... pieniądze. Oczywiście odmówiłam. Pani Kazimiera też twierdziła, że jest mi w stanie pomóc i np. przysyłać jakieś książki. 


Może chciała z Pani zrobić feministkę?


M.B.: Może. (śmiech) Nie udało się jej. Potem nie odbierałam już telefonów. Życzę pani Szczuce jak najlepiej. I mam nadzieję, że następnym razem się zastanowi, nim kogoś skrzywdzi słowem.


Jest Pani dziennikarką. Jaki świat chce Pani pokazywać, opisywać?


M.B.: Prawdziwy. Czyli taki, jakim go widzę: piękny, radosny, dobry. Mimo że wokół jest też wiele bólu, trudów. Chcę nieść nadzieję, pokazywać dobro i Słowo, które ewangelizuje. Mam też świadomość wagi słowa: ono może uskrzydlać człowieka. Ale może również, niestety, zabijać.


Jest Pani młodą, radosną, kobietą. Lubi się Pani bawić i dobrze ubrać?


M.B.: Uwielbiam tańczyć. A przy metrze wzrostu modnie mogę się ubrać tylko dlatego, że panuje moda na ubrania dziecięce mocno stylizowane na „dorosłe”. To, co jest zapewne utrapieniem wielu matek, które nie chcą ubierać swoich malutkich córek zbyt dojrzale, mnie pomaga dobrać garderobę. 


Drażni Panią czasem, gdy ktoś próbuje traktować Panią jak dziecko?


M.B.: Bywa tak, rzeczywiście. Ale bardziej mnie boli, gdy ludzie się mnie boją, gdy nie bardzo wiedzą, jak podejść, jak porozmawiać. Uwielbiam ludzi i nie wyobrażam sobie zamknięcia w czterech ścianach. Gdy studiowałam, byłam w swoim żywiole, bo ciągle coś się działo wokół mnie. Teraz jest spokojniej. Bardziej monotonnie. Ale to po prostu dalsza część życia: praca, dom. Na tym polega dojrzałość, prawda?


Przechodziła Pani próbę wiary?


M.B.: Tak. To było kilka lat temu, właśnie gdy ciężko zachorowałam. Wylądowałam na OIOM-ie. Właściwie lekarze nie dawali mi znów żadnych szans. Przeżyłam dzięki modlitwom tysięcy osób. I to był też cud. Niemniej musiałam przerwać studia, porzucić plany. Leżałam i zastanawiałam się: „Co teraz?”. Musiałam korzystać z tlenu, respiratora. Byłam uziemiona. Wszystko mi się zawaliło. Modliłam się. W końcu przyszło pogodzenie: widocznie Bóg ma taki plan. Jednak po pół roku mogłam wrócić do swoich planów. Skończyłam studia. Bóg znów darował mi życie. I mogę dalej działać. Widocznie Jemu jest to potrzebne.


P.B.: I Jemu, i mnie.