Małżeństwo czy ma-ŁŻE-ństwo

Franciszek Kucharczak

GN 41/2015 |

publikacja 08.10.2015 00:15

Rozwód, jak sama nazwa wskazuje, jest rozwodnieniem woli Bożej.

Małżeństwo czy ma-ŁŻE-ństwo rysunek franciszek kucharczak /gn

Wbrew temu, co wielu sądziło, czytania mszalne minionej niedzieli, w którą rozpoczął się rzymski Synod o Rodzinie, nie były przygotowane pod to wydarzenie. Po prostu takie przypadają tego roku akurat na tę niedzielę. Księga Rodzaju mówiła o tym, że mąż i żona stają się jednym ciałem, a w Ewangelii według św. Marka Jezus, powołując się na ten fragment, powiedział, że małżonkowie nie mogą się rozwodzić, bo jest to rozdzielenie tego, co Bóg złączył. I że łączenie się w tej sytuacji z kimś innym to cudzołóstwo.

Czytania trafione w punkt. Nie dało się precyzyjniej i jaśniej. Ale oczywiście zbieżność czytań z synodem to nie był przypadek, bo u Boga nie ma przypadków. Nie ma ich zwłaszcza podczas liturgii. Bóg mówi do swojego Kościoła, przypomina, że my nie jesteśmy właścicielami Jego woli, ale tymi, którzy ją mają wypełniać. I to wypełniać dokładnie, niezależnie od tego, co sobie w tej sprawie życzy świat.

I właśnie Bóg nam przypomniał, że Jego nauka o małżeństwie – a w konsekwencji o rodzinie – jest jednoznaczna i nienaruszalna. Rozwody są wykluczone. Nie ma rozwodów, nawet gdy ludzie sobie wyobrażają, że takowe przeprowadzili. Bo i co z tego, że czyjś mąż połączy się z inną kobietą i nazwie ją żoną, skoro wciąż jest jednym ciałem z prawowitą żoną? I co z tego, że ta żona mu się odwidziała i uważa, że już jej nie kocha? To jest jego ciało i gdy część amputuje, to na zawsze pozostanie kaleką. Choćby pokuśtykał na koniec świata i zaszył się na swoich wyimaginowanych wyspach szczęśliwych, nie odnajdzie swojej pełnej tożsamości. Chyba że przyłączy z powrotem oddzieloną część – a takie rzeczy, za sprawą łaski Bożej, są możliwe. I mają miejsce.

To nie jest tak, jak mówią niektórzy, że Kościół ma dopuścić do Komunii św. ludzi, którzy złamali przysięgę małżeńską, gdy powrót małżonka nie jest możliwy. Jakim prawem ktoś śmie mówić, że u Boga jest coś niemożliwego! Gdy ludzie zaufają Bogu i mocno wierzą, dzieją się rzeczy, których ludzka wyobraźnia nie obejmuje.

Bóg dziś każe nam, jak Ezechielowi, prorokować nad zeschłymi kośćmi, a nie jęczeć, że „się nie da”. Jęcząca część ludzi Kościoła nie buduje wiary. To fałszywi prorocy, którzy mówią, że Ewangelia nie jest wykonalna. To rzecznicy tej zatwardziałości, która nawet Mojżesza skłoniła do zgody na to, co nie było wolą Bożą.

Jeśli dziś ktoś w Kościele nawołuje do „ulżenia ludziom” przez odejście od woli Bożej, ten chce powrotu zatwardziałości. Kościół ma głosić wiarę, a nie zwątpienie, ma prowadzić do nieba, a nie podtrzymywać duchowych ślepców na drodze do piekła.

To wielka łaska, że Kościół trwa od początku, bez względu na koszty, przy słowach Jezusa o nierozerwalności małżeństwa, których przeskoczyć się nie da. Można je tylko zlekceważyć, puścić mimo uszu, udawać, że nie padły, albo przeinaczać je tak, aż zaczną znaczyć coś odwrotnego, niż znaczą.

Ale właśnie dlatego tak ważna jest modlitwa za synod. Bo choć Duch mówi do Kościoła bezustannie, to różnie bywa z ludzkimi uszami.

* * *

Chwała upadku

W przeddzień rzymskiego synodu polski ksiądz Krzysztof Charamsa, pracujący do tamtej chwili w watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, ogłosił, że jest „dumnym księdzem gejem”. No, zdaje się, że teraz jest już tylko gejem, bo choć na konferencji prasowej do swojego „narzeczonego” tulił się w koloratce, to zarazem oświadczył dziennikowi „Corriere della sera”, że zrezygnuje z kapłaństwa. Co zresztą w tej sytuacji jest najzupełniej zrozumiałe, bo uczciwy kapłan, żeby wytrwać w wierności Bogu, musi być codziennie na kolanach – ale nie chodzi o kolana partnera.

Nieważne kto?

W powyższej sprawie jest wiele ciekawych wątków. Jednym z nich był udział „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej” w jednoczesnej promocji ks. Charamsy. Zaatakował on z katolickiego tygodnika (na którego okładce królowała jego twarz) ks. Dariusza Oko, znanego z tego, że mówi jasno i bez ogródek prawdę o promocji homoseksualizmu. Ksiądz Oko posługuje się, zdaniem Charamsy, „językiem nienawiści”. Tego samego dnia (co za szybkość, zupełnie jakby mieli gorącą linię) na pierwszej stronie omówiła to obszernie „Wyborcza”. Zostało to podane tak, jakby przez ks. Charamsę Kościół upominał ks. Oko. Ale ta „mina wybuchła w rękach terrorysty”, bo już następnego dnia ks. Charamsa ogłosił „coming out” i stało się jasne, że całe jego medialne moralizowanie o tolerancji było na jego własny użytek. A co na to „Tygodnik Powszechny”? Ano to, że szkoda, iż ks. Charamsa nie napisał w swoim tekście, że jest gejem, ale gdyby oni o tym wiedzieli, to i tak opublikowaliby ten tekst, bo nieważne, kto powiedział, ważne, co powiedział. Hm… Czy ta zasada odnosi się też do, na przykład, kusiciela cytującego Jezusowi Biblię?