Zadziorność poety

Szymon Babuchowski

GN 41/2015 |

publikacja 08.10.2015 00:15

O piramidzie skreśleń i słowach, które wyjaśniają świat, opowiada żona Marka Grechuty.

Jego muzami były poezja i talent  – mówi o Marku Grechucie jego żona Danuta roman koszowski /foto gość Jego muzami były poezja i talent – mówi o Marku Grechucie jego żona Danuta

Szymon Babuchowski: Właśnie ukazała się książka „Pani mi mówi niemożliwe…” – najpełniejsze, jak dotąd, wydanie wierszy i piosenek Marka Grechuty. Czekaliśmy na nie dość długo. Dlaczego?

Danuta Grechuta: To chyba wina rynku. Wydawnictwo wpadło na ten pomysł po sukcesie tomiku Agnieszki Osieckiej. Okazało się, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu publikacje. Redaktor stwierdził wówczas z ogromnym zdziwieniem, że nie ma podobnej książki z tekstami Marka. Wprawdzie za jego życia stworzyliśmy taki wybór, ale to była raczej miniatura. Ta nowa rzecz jest znacznie większa. Praca nad nią trochę trwała, bo wiązała się z poszukiwaniami, przeglądaniem zapisków.

Pani mąż do końca poprawiał swoje teksty. Czy to wynikało z perfekcjonizmu?

W większości są to teksty piosenek i – jak to w piosenkach bywa – autor na koncertach lubi często zmienić nawet jedno słowo, żeby zbudować nastrój albo udoskonalić metaforę. Marek miał taki właśnie zwyczaj – pracy do końca. Na koncertach, gdy był w dobrym nastroju, śpiewał: „Odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele”. A jak miał zły nastrój, to straszył: „Czasu jest niewiele”. Poszukiwania właściwego słowa często powodują zmianę całego sensu i tekst zaczyna się pisać od nowa. Czasem poprawianie tekstu szło tak daleko, że gdybym go nie powstrzymała, to napsułby strasznie.

Czy to znaczy, że miała Pani wpływ na powstawanie tych tekstów?

Tak, Marek w czasie tworzenia nie lubił się izolować. Wokół niego musiało pulsować normalnie życie. Wtedy dobrze mu się działało. Wciągał w to wszystkich. Bo poeci lubią znać prawdę: czy to dobrze brzmi, czy jest zrozumiałe. Inaczej czują się bardzo osamotnieni. Z muzyką było podobnie: stałam przy nim i śpiewałam drugim głosem.

Mąż od razu wszystko zapisywał?

Zaczynało się od pomysłu, jakiegoś lejtmotywu, który nagle świtał w głowie. Później Marek siadał w kąciku i świat przestawał istnieć. Trudno było się do niego przebić z czymkolwiek. Kiedy przegląda się te pierwsze zapiski szkieletu wiersza, widać często, że jest to coś zupełnie innego niż wersja ostateczna. Czasem nad jakimś wersem rośnie piramida skreśleń. Dopiero po takim przetrawieniu sprawy Marek siadał do fortepianu i zaczynał komponować. Tekst podpowiadał muzykę.

Zawsze najpierw był tekst?

Zawsze. Dlatego te piosenki są takie harmonijne.

Pani mąż śpiewał też często wiersze innych poetów.

Tuwimem zainteresował się jeszcze w młodości. Bardzo cenił Leśmiana i Tadeusza Nowaka, których wiersze złożyły się na całe płyty. Poezja Nowaka tak go zainspirowała, że zaczął pisać piosenki o wsi, której właściwie nie znał. Do płyty „W malinowym chruśniaku” z wierszami Leśmiana namówiła go Krystyna Janda. Świetna płyta, Marek bardzo ją cenił, choć nie wszyscy krytycy podzielali tę opinię. Jeden z redaktorów „Encyklopedii rocka” napisał nawet, że to jedna z najgorszych płyt Grechuty. Swoją drogą, nie wiadomo dlaczego Marek znajduje się w takich encyklopediach. Ludzie, którzy zajmują się inną materią, nie powinni się wypowiadać na takie tematy. Byłam świadkiem, jak Marek tłumaczył temu redaktorowi: pan miesza ludziom w głowach.

Czyli sam za rockmana się nie uważał?

Nie.

A jak siebie samego definiował?

Jeżeli wykonywał wiersze poetów, to czuł się przekaźnikiem. Skrywał się za wiersze, nie eksponował siebie. U niego nie było ruchu, tańca, zwracania na siebie uwagi. On słowem budował atmo- sferę. I wciągał w nią ludzi, tak że siedzieli w napięciu. Na Marka koncertach ludzie bardzo zanurzali się w tekst, czuli, co to jest słowo. Dla niego tekst był najważniejszy, budował piosenkę. Ja też tak uważam: jeżeli nie ma dobrego tekstu, to nie ma od czego zacząć.

Ciekawe, czy muzycy towarzyszący Pani mężowi byli tego samego zdania.

Pierwsze dwie płyty były nagrane z Anawą w stylu najbardziej kojarzonym z Markiem. Chociaż druga z nich, „Korowód”, zapowiadała już zmiany. Bo przecież Marek zaczynał przy akompaniamencie tylko instrumentów smyczkowych z gitarą. A później pojawiła się perkusja, bas, gitara rytmiczna, i od tego czasu zaczęli go przypisywać do rocka. Zespół rozrósł się, pojawili się w nim tacy indywidualiści jak Jackowski czy Ostaszewski. I coś pękło. To było naturalne – muzycy dojrzewają, chcą pokazać siebie. Na przykład takiego Jackowskiego, który był typowym rockmanem, Anawa bardzo ograniczała. To był klimat zupełnie inny, takie „barokowe” aranżacje, a on tęsknił za prostym graniem. Za to Marek chciał nagrać płytę tylko ze swoim głosem i gitarą basową.

Oryginalnie.

To mogło być oryginalne, niestety, od tego odstąpił. Powstały dwie płyty z wierszami współczesnymi: „Droga za widnokres” i „Magia obłoków”. Tych poetów pełno wtedy chodziło po Krakowie, niektórzy zresztą chodzą do dziś. Rozmowy z nimi rzeczywiście przyniosły fajny efekt. Chociaż też bywały wycieczki w stronę rocka.

A które piosenki męża Pani najbardziej ceni?

Te z „Korowodu”, ale też te wcześniejsze, dzięki którym mi się spodobał i mógł zostać moim mężem. Jak zaśpiewał „Serce”, to czuło się, że to jest coś odrębnego i oryginalnego. Pierwsze wrażenia są zawsze silne. „Pomarańcze i mandarynki”, które pierwszy raz usłyszałam, gdy mnie zaprosił do kabaretu, zostały mi w sercu do dziś.

Mówił Pani mąż czasami, że jest Pani inspiracją konkretnych utworów?

Wszyscy by tak chcieli i wszyscy mnie o to pytają: czy pani była muzą? A jego muzami były poezja i talent. Pewnie, że obserwował mnie jako kobietę, żeby pisać o kobietach, i czasem w wierszach są zawarte moje cechy, ale on pisał dla najszerszej publiczności. Mieliśmy normalne życie na co dzień, więc czemu miałby do mnie poetycko mówić?

Nie był zbyt wylewny?

Nie. Myśmy oboje nie byli wylewni wobec siebie. To byłoby już za słodko.

W jakich okolicznościach Państwo się poznali?

Po raz pierwszy zobaczyłam go na scenie podczas Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Wcześniej wygłupiał się z kolegami w nikomu nieznanym kabareciku w miasteczku studenckim i nagle mu przyszło do głowy, że zgłosi się do tego konkursu. Janek Pawluśkiewicz, który z nim komponował te piosenki, zdziwił się tą decyzją. Nawet doradzał mu, żeby zaczął się uczyć śpiewu. Dopiero teraz przyznaje: jakie szczęście, że mnie wtedy nie posłuchał. Bo gdyby go oszlifowali, toby go nie było.

Ten festiwal miał w tamtym czasie wielką rangę.

Wtedy wszyscy interesowali się piosenką studencką, to było coś. Przyjeżdżali ludzie z całej Polski. To była rzeczywiście walka i wszyscy temu kibicowali. Eliminacje odbywały się w kilku punktach, m.in. w kinie Uciecha. To tam zauważyłam Marka.

Od razu przykuł Pani uwagę?

Nie tylko moją. Bo chociaż w finale wygrała Maryla Rodowicz, to nie ona tak wszystkich zainteresowała. Maryla śpiewała piosenkę, która już wcześniej była wykonywana na tym festiwalu. Natomiast za najlepszą piosenkę uznano „Tango Anawa” i od tego momentu wszyscy o Marku mówili. Po raz pierwszy konkurs był transmitowany na żywo w telewizji. Aktorzy byli zadziwieni podejściem Marka do utworu. Dla nich było odkryciem, że interpretacją może być brak interpretacji. A później przypadkowo spotkaliśmy się na sylwestrze zorganizowanym przez wspólnych znajomych.

Co Panią urzekło w tym młodym piosenkarzu, poecie?

Jego zadziorność, bo to śpiewanie było zadziornym, odważnym wyrażaniem myśli. No i ten charakterystyczny wschodni zaśpiew w głosie... Ja to trochę wyśmiewałam. On to miał, bo był z Zamościa. W pierwszych nagraniach, w „Tangu Anawa” to słychać. Kiedy melorecytuje: „Pani mi mówi niemożliwe”, to czuje się ten wschód. Później, pod wpływem Krakowa, to zaniknęło.

Czym Marek Grechuta zaskakiwał na co dzień?

Miał swoje, zupełnie odległe od materii artystycznej, pasje. Na przykład był szalonym kibicem sportów – wszelkich, z wyjątkiem chyba tylko samochodowych.

Faktycznie, w książce jest cały cykl wierszy sportowych.

Tak, bo on musiał wyrzucić z siebie, co myśli na ten temat. Opisany jest tam nawet dziesięciobój, marginalna zupełnie dyscyplina. Kiedy się te wiersze ukazały, przyszła redaktorka sportowa robić z nim wywiad i tak się zadziwiła: co Pana urzekło w dziesięcioboju? Przecież tam nie ma żadnych imponujących wyników! A on na to: instrumentarium. (śmiech)

Oglądanie sportu to chyba niezbyt uciążliwa dla bliskich pasja?

On był w tym upiorny! Świat wtedy dla niego nie istniał! Koncerty, wszystko inne musiało iść na bok, bo była olimpiada. Wyniki spisywał w tabelkach. Zawsze się śmiałam z niego, że chyba kropelka germańskiej krwi w nim płynie. Bo on musiał mieć wszystko usystematyzowane: jakie były, w którym roku wyniki, kto zdobył złoty, srebrny, brązowy medal.

Trochę to nie pasuje do stereotypowych wyobrażeń poety.

Tak, bo w tym jest pewna sprzeczność. Ale chyba często tak rodzi się sztuka.

W ostatnich latach Marek Grechuta tworzył i występował mniej. Czy to z powodu choroby?

Tak, do ostatniej płyty przymierzał się długo. Już mu się nie chciało, słabł. Później dopadło go zapalenie płuc. Na pewno estradowy tryb życia do tego się przyczynił, to wyczerpuje. Taka praca na estradzie, gdzie jest ciągle zaangażowany system nerwowy, spala. Chociaż nigdy tego nie było widać po nim, kiedy występował. Miał w sobie taki spokój, zupełnie nie przeżywał tremy. Ale to jednak w środku niszczy.

W piosenkach, wierszach pojawiają się odniesienia do Pana Boga. Rozumiem, że mąż był wierzący?

Tak. Był wychowany w wierze i ona budowała jego sztukę. Zachwyt nad tym, co jest i co ludzie zbudowali dla Boga, były tematem jego wierszy. Wiem, że Marek się modlił. Widziałam, jak się żegna w trudnych chwilach. Czasem śmiałam się, że „jak trwoga, to do Boga”.

Słucha Pani czasem utworów męża?

Ciężko mi z tym było na początku. Ale teraz już słucham. W domu robię to raczej z powodów organizacyjnych, związanych z Grechuta Festival. Właśnie startuje w Krakowie tegoroczna edycja. Tym razem impreza trwa aż 9 dni – od 3 do 11 października. Będą koncerty, wernisaże, pokazy filmowe, spotkania autorskie, korowód wokół rynku. A na koncercie finałowym same gwiazdy: Grażyna Łobaszewska, Ania Rusowicz, Anna Wyszkoni, Marek Piekarczyk, Andrzej Sikorowski, Zbigniew Wodecki i inni. Nie zabraknie też zespołu Anawa. Widzi pan więc, że nawet nie muszę specjalnie słuchać tych piosenek, bo stale mi towarzyszą. Zresztą wystarczy, że wsiądę do auta, włączę radio i już je słyszę.

Na czym polega siła tych piosenek?

Przede wszystkim na dbałości o teksty. Marek zwierzał się w nich ze swoich lęków, dzielił się przemyśleniami, czasem nawet aż śmiesznymi w swej prostocie. Ludzie wsłuchują się w te słowa, bo one im coś wyjaśniają w życiu, coś wskazują. Kiedy usłyszą coś takiego, co im pomaga, to bardzo ich to przywiązuje do piosenki.•