Po pierwsze teologia

Andrzej Macura

Bywa traktowana jak dzielenie włosa na czworo. Tymczasem powinna być podstawą kształtowania zdrowej wiary.

Po pierwsze teologia

Polscy biskupi podjęli decyzję o zakazie wszelkich celebracji  z modlitwą o uzdrowienie z „grzechów pokoleniowych” czy o „uzdrowienie międzypokoleniowe”. To już drugie, po zakazie „spowiedzi furtkowej” wystąpienie tego typu w ostatnim czasie. Szczerze? Odetchnąłem z ulgą. Już nie będziemy musieli w naszym serwisie Zapytaj gimnastykować się, jak tu taktownie wytłumaczyć komuś pytającemu o powody jego duchowych kłopotów, że, wbrew opinii uważających się za znawców, jego problemy raczej nie biorą się z grzechów jego przodków (raczej, bo przecież jest jeszcze coś takiego jak wpływ wychowawczy).

Argumenty przeciwko praktyce modlitwy o uzdrowienie z grzechów przodków przytoczone w opinii teologicznej Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski są bardzo mocne. Aż dziw bierze, że dotąd tylu, było nie było wykształconych teologów, sprzeczności owej praktyki z teologią nie zauważało. Skąd się coś takiego  bierze? Podejrzewam, że z trudności, jaką jest zasymilowanie zdobytej wiedzy teologicznej z własną wiarą.

To wbrew pozorom nie tak łatwe. Zwłaszcza kiedy w procesie zdobywania tej wiedzy nie widać jeszcze całości. Ale można temu zaradzić. Pamiętam jak jeden z wykładowców dogmatyki zupełnie serio radził nam, swoim studentom, by zamiast czytać pobożne rozmyślania  brać na modlitwę notatki z wykładów z dogmatyki. Nonsens?

Coś takiego potrafi wywrócić do góry nogami całą dotychczasową pobożność człowieka. Ot, taka chrystologia, która uświadamia, jak pozostając prawdziwym Bogiem Jezus w pełni doświadczył także naszych ludzkich ograniczeń. Albo taki traktat o łasce, który zmusza do zastanawiania się, ile tak naprawdę w tym, co we mnie dobrego jest naprawdę mojego (co nie znaczy oczywiście, że bez pomocy łaski Bożej człowiek może tylko grzeszyć). Tymczasem, jak w czasie swoich studiów zauważyłem,  reakcją całkiem sporej rzeszy studentów na natłok wiedzy jest jej  odrzucenie, uznanie za teoretyzowanie i dzielenie włosa na czworo. I zaczyna się budowanie swojej wiary na „doświadczeniu” i „praktyce”. A one, nie wsparte zdrową teologią,  czasem mogą zaprowadzić na manowce...

Nie tylko zresztą w kwestii „spowiedzi furtkowej” czy „grzechów pokoleniowych”. Ot, papież Franciszek przypomniał ostatnio, że – zacytuję – „głoszenie Ewangelii nie jest zastrzeżone dla «zawodowych misjonarzy», ale powinno być głębokim pragnieniem wszystkich wiernych świeckich, powołanych na mocy swego chrztu nie tylko do ożywiania sfery doczesnej wiarą chrześcijańską, ale także do dzieł wyraźnej ewangelizacji, głoszenia i uświęcenia ludzi”. Też niby oczywiste, prawda? Ot, w najbliższą niedzielę usłyszmy, jak w Apokalipsie Jan powie o ustanowieniu Kościoła  (nie tylko jego pasterzy) „królestwem i kapłanami”. A jednak zapominane... 

Jeśli w swojej pobożności czy duszpasterskiej praktyce nie będziemy ciągle wracali do źródeł grozi nam, że staniemy się duchowo jałowi. Jak wyschnięta ziemia. Na szczęście te nasze nieudolne czasem starania o zdrową pobożność wtrąca się jeszcze ze swoją łaską Bóg...

Tagi:
GRZECH, TEOLOGIA,