publikacja 30.12.2015 00:15
Jeśli zawierzy się Panu Bogu i przylgnie do Maryi, to można wygrać nawet ze służbami specjalnymi – mówi Wojciech Sumliński.
Jacek Turczyk /epa/pap
Wojciech Sumliński przez 7 lat walczył w sądzie o sprawiedliwość
To był dziwny proces. Choć toczył się w kraju, gdzie kwitnie demokracja, jednemu z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych postawiono absurdalne oskarżenia, próbowano wobec niego zastosować areszt wydobywczy (to potoczne określenie tymczasowego aresztowania, wielokrotnie przedłużanego w celu uzyskania od aresztowanego zeznań), dręczono bliskich, doprowadzono do próby samobójczej. A choć w sprawę były zaangażowane służby specjalne i najważniejsi politycy, nie wzbudzała ona większego zainteresowania głównych mediów. Nawet wówczas, gdy zeznania składał prezydent Bronisław Komorowski, transmisję na żywo z tego bezprecedensowego wydarzenia można było zobaczyć jedynie w TV Republika – i to zrealizowaną za pośrednictwem telefonu komórkowego.
30 lipca 2008 r. Wojciech Sumliński podjął nieudaną próbę samobójczą w warszawskim kościele pw. św. Stanisława Kostki. Tydzień później biegli psychiatrzy orzekli, że nie może w tym stanie przebywać w więzieniu. O samobójczej próbie dziennikarz mówi jak o najciemniejszym doświadczeniu życia. – To była studnia bez dna, a w niej podszept diabła. Coś we mnie wtedy pękło – wspomina. Przeszedł załamanie nerwowe, w szpitalu spędził 3,5 miesiąca.
Mieliśmy więc na ławie oskarżonych dziennikarza wielokrotnie wspierającego wymiar sprawiedliwości w ściganiu przestępców i obciążających go kompletnie niewiarygodnych szantażystów, dla których kłamstwo i prowokacja były chlebem codziennym. Mimo to sprawa toczyła się przez 7 lat. Komuś widocznie bardzo na tym zależało.
Dziwne spotkanie
Podziękować Maryi
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł