publikacja 04.02.2016 00:15
Młoda Angielka kręci się na parkiecie z kieliszkiem wina. „To jest zabawa, kocham Stambuł”. A Riwiera Turecka? Hotele, piękne plaże, miła obsługa, dość tanio, genialne imprezy, jak tu nie kochać Turcji? Kilkaset kilometrów dalej – w tym samym państwie – czołgi reżimu ErdoĞana otaczają i ostrzeliwują kurdyjskie miasta.
Cagdas Erdogan /AP/foto gość
Położone na terenie Turcji kurdyjskie miasta w ostatnich tygodniach stały się miejscem regularnych ataków nie tylko uzbrojonych jednostek policji, ale i regularnego wojska
Turcja przestała być państwem demokratycznym. Właściwie już wcześniej ten termin nie bardzo pasował do sytuacji w tym kraju. Nagminnie łamana wolność słowa, mordy na kurdyjskich cywilach, niesłychana brutalność policji wobec protestujących, także Turków. Jednak to wszystko było przykrywane jakimś sztafażem demokracji, zasad. Ostatnie tygodnie to już pełna samowolka Erdo ğana. I to nie tylko wobec Kurdów (co, abstrahując od okrutnych mordów na cywilach, da się jakoś zrozumieć na poziomie brutalnej, zbrodniczej geopolityki i wieloletniej nienawiści między tymi nacjami), ale nawet w stosunku do własnych obywateli. Więzienie za krytykę polityki rządzącej partii, brutalne najazdy policji na redakcje gazet nie dość przychylnych nowej władzy, oskarżenia czołowych opozycjonistów o zdradę (zagrożenie dożywotnim więzieniem). Jednak wciąż największymi ofiarami Erdoğana są Kurdowie. Agresja i brutalność rosną. Znajduje to już zresztą odzwierciedlenie w retoryce przywódców AKP, którzy bez krępacji oświadczają, że jeśli będzie trzeba, to „z każdego kurdyjskiego domu wyciągną siłą terrorystów”.
Będą kłopoty
Rozmawiam z członkiem PKK w jednym z oblężonych miast. Stylówkę ma dość jak na Kurdystan typową, jakby żywcem wyjętą z Francji lat 60. Czarna skóra, brudne dżinsy, kaszkiet, wytarty sweter. Mówi wprost: „Nie wiemy, co robić. Wciąż wstrzymujemy się z większą ofensywą, bo nie chcemy pogorszyć i tak koszmarnej sytuacji cywilów… Z drugiej strony jak długo mamy patrzeć na te mordy? Może czas przerzucić wojnę na zachód Turcji?” – pyta, bawiąc się pistoletem. To jasna sugestia, że być może warto terrorem odpowiadać na terror. Po raz pierwszy słyszę coś takiego od Kurda. Nienawiść rozkręca nienawiść. Ale Kurdowie nie bronią się tylko za pomocą kul. W Şirnak, gdy zapada zmrok, ludzie wysypują się z domów i bloków. Powoli z małej grupki tworzy się prawdziwy pochód. Wciąż dołączają kolejne osoby, czasem dzieciaki, czasem tłuste staruszki i dostojne matrony okutane w białe chusty. Za to w tych kolorowych to roześmiane nastolatki. Dołącza też młoda dresiarnia w czarnych skórach, wąsaci robotnicy w kaszkietach i beretach. Każdy z Kurdów przyszedł tu w określonym celu – walić w co popadnie, w blaszane garnki, w metalowe pokrywy, w kołpaki, nie wiadomo skąd wzięte, niektórzy mają nawet bębny, inni gwizdki. Walą chochlami, widelcami, pałkami. W końcu jest ich grubo ponad setka. Taki korowód to istna kakofonia dźwięków. Ludzie biją w bębny, gwiżdżą, jodłują (Kurdyjki mają taki zwyczaj, w ich tradycji odstrasza to złe moce), wrzeszczą, piszczą. Pochód przechodzi przez biedniejsze dzielnice Şirnak, mija pustostany, rozpadające się ze starości budynki, kręci się po wąskich stromych uliczkach, mija malutkie meczety, barykady z cegieł bądź worków wypełnionych ziemią, mija płachty plastiku, podarte, różnokolorowe, rozwieszone, by chronić przed snajperami. Czasem przemkną jakieś cienie o zasłoniętych chustami twarzach, z kałachami na plecach, czasem coś wybuchnie, czasem gdzieś jakaś seria z karabinu...
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł