To nie gwoździe Cię przybiły

mr

publikacja 25.03.2016 16:39

Byłeś? Przejdź ją raz jeszcze raz. Może coś innego cię poruszy. Nie byłeś? Wybierz się więc w podróż do własnego wnętrza. Publikujemy pełne rozważania z tegorocznej Akademickiej Drogi Krzyżowej ulicami Wrocławia. Warto w Wielki Piątek wziąć swój krzyż raz jeszcze.

To nie gwoździe Cię przybiły Maciej Rajfur /Foto Gość Akademicka Droga Krzyżowa 2016

Stacja I: Pan Jezus na śmierć skazany

Często w naszym życiu doświadczamy niesprawiedliwości. I natrętne pytanie: Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?

Niekiedy przestraszeni usłyszymy nawet o wydanym na kogoś wyroku śmierci. Koleżanka, z którą wczoraj rozmawiałem, w nocy zginęła w wypadku. Agresywny nowotwór zdiagnozowany u cioci, która od dzieciństwa była sojusznikiem i oparciem. To niesprawiedliwe! Dlaczego one? Dlaczego właśnie teraz? Tyle jeszcze dobrego mogły zrobić.

A co powiedzieć o ofiarach przemocy? Tej popełnianej na całkiem bezbronnych najmłodszych dzieciach, o przypadkowych ofiarach napaści i rozbojów, o ofiarach wojen toczonych na całym świecie, począwszy od naszej wschodniej granicy. O mordowanych co parę minut naszych braciach i siostrach w Chrystusie żyjących w Syrii i Korei Północnej, Iranie i Somalii, Arabii Saudyjskiej i Nigerii, Afganistanie, Ugandzie i wielu innych krajach świata. Jak wiele krzywd całkowicie niewinnych ludzi. Jak bardzo to niesprawiedliwe!

I po to, by móc rozpocząć reperowanie całej rzeczywistości, Chrystus dobrowolnie przyjmuje na siebie największą niesprawiedliwość w historii świata.

Jezus na śmierć skazany – to najgłębsza niesprawiedliwość popełniona w całych ludzkich dziejach. Tylko o Nim w całej historii Wszechświata można bowiem powiedzieć „przeszedł On, czyniąc dobrze” (Dz 10,38). Czyniąc tylko dobrze, wyłącznie – dobrze i w pełni – dobrze. Działając zawsze sprawiedliwie. Zawsze i całkowicie z miłością.

Stojąc wobec tej tajemnicy, przywołujemy pamięć o popełnionych przez nas, przeze mnie, niesprawiedliwościach, o skrzywdzonych przez nas ludziach, także najbliższych, o moim rozpychającym się kosztem bliźnich egoizmie.

Dlatego podczas tej pierwszej stacji prosimy Ciebie, Panie Jezu, odpuść nam uczynione przez nas krzywdy, naucz przyjmować bez agresji, bez załamywania się i bez chęci odwetu popełnione wobec nas niesprawiedliwości. Spraw, Panie Jezu, aby tkwiące w nas łaknienie i pragnienie sprawiedliwości przemieniło się w czyny, byśmy zawsze pamiętali o najsłabszych i najbardziej bezbronnych, aby świat wokół nas stał się choć trochę bardziej sprawiedliwy i dobry.

Stacja II: Pan Jezus bierze krzyż na ramiona

To nie będzie zbyt daleka droga, choć dla poranionego biczami ciała każdy krok jest bolesnym wysiłkiem. Zaledwie pół kilometra. Ale jest to droga wyłącznie w jedną stronę. Droga, z której już nie ma powrotu. Każdy jej metr przybliża moment umierania, każdy jej krok jest krokiem ku śmierci, a oddech – oddechem ku śmierci. Wpisana jest w nią absolutna bezradność. Nic już nie można odmienić.

W jakiejś mierze każdy naprawdę trudny moment naszego życia – chwila, która nas dusi bezduszną obojętnością świata wokół nas, kiedy czujemy się bezradni, porzuceni przez wszystkich  – jest nałożeniem belki krzyża na nasze barki.

Dzięki takim chwilom dostrzegamy jednak bezmiar czasu nijakiego, czasu cieknącego nam przez palce, z którego nic, dokładnie nic się nie ostało. A jedyne, co pozostaje, to przygasłe, lecz wciąż się tlące iskierki więzi z Bogiem oraz ludźmi, którzy mnie kochają i których kocham.

I dlatego te pełne mroku chwile są potrzebne. Poprzez doświadczenie pustki i absurdu pomagają przywrócić hierarchię rzeczy przyprószoną codziennymi planami, troskami i nadziejami, krzątaniną oraz zabieganiem.

W chwili, gdy ubiczowany Jezus brał krzyż na swoje ramiona, ból przenikał każdą komórkę Jego ciała. Był całkowicie bezradny, wydany na pastwę żołdaków. Wedle ziemskich kryteriów nic nie osiągnął. Jego życie okazało się „zgorszeniem dla żydów, a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23). Całe jednak było wypełnione przez miłość i dobro, ofiarowaniem siebie za przyjaciół oraz za nieprzyjaciół. Niewidzialne, zdałoby się wiotkie więzi miłości, okazywały swoją moc w obliczu śmierci.

Panie Jezu, proszę, abym umiał wybierać w życiu to, co jest najważniejsze. Proszę Cię, bym uwierzył, że jestem wart miłości i umiał przyjąć miłość – Twoją oraz tych, którzy, mnie nią obdarzyli. A także bym uwierzył, że umiem kochać. I bym w chwili, gdy kiedyś przyjdzie do mnie czerń czerni, stanął przed Tobą, ściskając w dłoniach parę okruchów miłości.

Stacja III: Pan Jezus upada po raz pierwszy

Nawet dla rosłego, zdrowego mężczyzny ta 50-kilogramowa belka stanowi poważne wyzwanie. Pokryte ranami ciało nie ma z nią szans. I jeszcze to poniżenie, dźwiganie narzędzia własnej egzekucji na oczach gawiedzi  – ono także przygniata. Cierpienie nie uszlachetnia. Ono upadla człowieka.

Człowiek nie był stworzony do cierpienia i dlatego każde cierpienie jest w jakiś sposób nieludzkie. To ta przedhistoryczna katastrofa zerwania przez ludzi więzi z Bogiem złamała pierwotną harmonię i wniosła do ludzkiego świata samotność oraz cierpienie. A w świecie, w którym osłabła więź z Bogiem, zaczęły się liczyć siła oraz bogactwo, pozycja oraz kariera, umiejętności przebicia się i liczba posiadanych talentów, a także młodość i uroda. Przestali się liczyć słabi, mniej zdolni i mniej urodziwi, ubodzy oraz bezradni. Dlatego upadek człowieka jest zarazem jego degradacją, wpisaniem w grono przegranych, poniżeniem, przed którym za wszelką cenę usiłujemy się bronić. To dlatego tyle energii poświęcamy, by udawać, że zawsze jesteśmy wygrani. Osamotnieni – udajemy radosnych i towarzyskich, niepewni – udajemy odważnych i silnych, zagubieni – wszystkowiedzących, trwożący się o przyszłość – pewnych swojego sukcesu.

Taka jest prawda. Cierpienie nie uszlachetnia. Ono upadla człowieka. I jedynym ratunkiem jest Chrystus. Dopiero złączenie swoich upadków z Jego upadkiem otwiera nas na miłość. Jest to miłość Zbawiciela przygniecionego belką krzyża. To jest miłość, która nie segreguje wedle kryteriów bogactwa oraz potęgi, nie tworzy gett dla zwycięzców. Jest miłością miłosierną – przygarniającą wszystkich, ale szczególnie pochylającą się nad tymi, których świat nazywa „losers”, pokonanymi, bezradnymi, niepewnymi przyszłości.

Panie Jezu, daj mi łaskę oraz siłę, bym potrafił się zmierzyć z tą częścią prawdy o mnie, która mówi o mej bezradności, niepewności, moim zagubieniu, oraz żebym wyzwalał się z lęku, że inni ludzie je dostrzegą. Spraw, bym podnosząc się z kolejnego upadku, nie powtarzał, że „już nigdy, przenigdy nie upadnę”, lecz, jednocząc się z Tobą, przyjął moją bezradność i słabość, a dzięki temu umiał też przyjąć do mego serca ludzi zagubionych, poranionych i bezbronnych.

Stacja IV: Jezus spotyka Matkę

Całemu życiu Jezusa towarzyszyła Maryja. Jeszcze w okresie prenatalnym, kiedy tworzy się najbardziej intymna więź łącząca ludzi, matkę z dzieckiem – od poczęcia, przez odwiedziny Elżbiety, po Betlejem, gdy otuliła pieluszkami dopiero co narodzone niemowlę. To ona przyniosła je potem do Jerozolimy, aby ofiarować Bogu, pokazywała Trzem Mędrcom, uciekała z nim przed siepaczami Heroda aż do Egiptu, a po powrocie razem zamieszkali w Nazarecie i rokrocznie pielgrzymowali do świątyni.

Była też przy Nim na początku działalności – w Kanie Galilejskiej, a potem była w pobliżu Syna, kiedy karmił, uzdrawiał i nauczał. I przez cały czas „chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” (Łk 2,51). Przez ponad trzydzieści lat budowała się pomiędzy Nimi więź miłości. A teraz na Kalwarii następuje najbardziej dramatyczne spotkanie Matki z Synem. To nie tylko fizyczne cierpienie Jezusa i bliskość Jego śmierci są źródłem udręki Maryi. Jej Syn odchodzi z tego świata w pohańbieniu, uznany za bluźniercę i złoczyńcę, wyszydzany przez otaczających go ludzi.

Pośród zgiełku nienawiści, wobec – powiedzielibyśmy dzisiaj – obecnego w tłumie megahejtu, spotykają się wzrok Matki z wzrokiem Syna. Zapewne jest to tylko parę sekund. Jakby Matka Synowi, a Syn Matce pragnęli dodać wzajemnie otuchy.

To dzięki Maryi nasza wiara posiada swój ciepły, delikatny wymiar, skoncentrowany całkowicie na osobie Syna. Maryja bezustannie przypomina nam, że liczy się nie realizacja naszych postanowień, efektywność podejmowanych działań, ani pełne rozmachu akcje, czy też precyzyjnie dopracowane programy. Liczy się jedynie spotkanie z Chrystusem. Osobiste, głębokie, intymne. Przypomina też, że bez czułości, bez pełnego ciepła i delikatnego wyrażania bliźnim naszej troski, wiara w Chrystusa łatwo może przekształcić się w suchą doktrynę, w zestaw praw i obowiązków, nakazów oraz zakazów.

I wszyscy, a zwłaszcza my mężczyźni, dla których czułość kojarzy się z sentymentalizmem i czułostkowością, musimy pogłębiając naszą wiarę odrobić lekcję, której udziela Chrystusowa Matka. Albowiem „czułość jest miłością pełną szacunku, delikatną, konkretną, uważną, radosną – koryguje „męskie” poglądy kardynał Martini - Czułość jest miłością wrażliwą, otwartą na wzajemność, nigdy żarłoczną ani chciwą, ani zarozumiałą czy zaborczą, ale mocną swoją słabością, skuteczną i zwycięską, rozbrojoną i rozbrajającą...

O Maryjo, Matko czułości, daj nam łaskę nie tylko mówienia czy rozumienia, czym jest czułość, ale także tego, by nią żyć! Rozgrzej serca twarde, uczyń łagodnymi i daj pokorę mojemu duchowi i sercu!” (C. M. Martini, Maryja - kobieta pojednania).

Stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi                                

Przymusili go. Przechodził zapewne z pola na pole. A może chciał zajrzeć do domu by się posilić lub przygotować się do szabatu? I nagle ma ponieść na oczach ludzi hańbiące drzewo krzyża? Jak jakiś najgorsze wyrzutek? Każdy by się opierał.

Nie miał najmniejszego pojęcia, że właśnie w tym momencie zrobił najważniejszą i najpiękniejszą rzecz w całym swym życiu – dopomógł samemu Bogu. Swoim mizernym, bo wymuszonym dobrem wsparł najczystsze Dobro. Ale zrozumiał to dopiero dużo później.

Dlatego Szymon z Cyreny może stać się naszym patronem w wyzwoleniu się z tyranii tego, co często nazywa się dziś „byciem autentycznym”. Masz być człowiekiem wolnym - powtarzają dookoła. Masz „być sobą”, czyli traktuj wszelkie ograniczenia jak zniewolenie, zewnętrzną normę jako przymus utrudniający samorealizację, każde wymaganie jako łamanie wolności autoekspresji. W ramach „bycia autentycznym” robimy mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, marnujemy czas i pieniądze zajmując się konformistycznym wtopieniem się w masę nam podobnych ludzi i unikając zmierzenia się z prawdziwymi problemami, które niesie nam życie.

Pół wieku temu w swoim dziele „Osoba i czyn” Karol Wojtyła wprowadził rozróżnienie postaw autentycznych i nieautentycznych. Nieautentyczne to „konformizm”  i „unik”, a autentyczne to „solidarność” i „sprzeciw”. Te właśnie postawy symbolizuje Szymon z Cyreny. Najpierw, mimo że żołnierze grożą mu pobiciem, potrafi się sprzeciwić, a potem odkrywa solidarność z poniżonym i bitym skazańcem.

Solidarność i sprzeciw – podstawowe postawy w życiu chrześcijanina. Odważny sprzeciw wobec zła, kłamstwa i niesprawiedliwości. I solidarność w dobru – najpierw z najbliższymi, a potem solidarność zataczająca kolejne, coraz szersze kręgi, aż po solidarność obejmującą wszystkich mieszkańców ziemi.  Zawsze: solidarność z tymi, którzy są najsłabsi, którzy nie mają własnego głosu. To dlatego uczniowie Chrystusa są solidarni i z nienarodzonymi dziećmi i z uchodźcami, z wszystkimi, którzy są poniżani oraz bici.

Pod koniec ubiegłego stulecia, w naszym kraju powszechnie powtarzano dwa hasła „nie ma wolności bez solidarności” i „nie ma solidarności bez miłości”. To prawda, miłość zakłada wolność, a wolność nabiera swojego kształtu dopiero dzięki miłości. A zarówno wolność jak i miłość spotykają się w solidarności z innymi ludźmi. Dlatego także dzisiaj, pomimo wielu głębokich podziałów w naszej ojczyźnie, pomimo wielu aktów terroru i wojen toczonych na całym świecie, chrześcijanin nie powinien ulegać zwątpieniu, nie może zrezygnować. Nawet w najtrudniejszych okolicznościach winien być człowiekiem solidarności.

Stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi

Ewangelia zna dwie anonimowe bohaterki. Obie odważnie podjęły ryzyko z wierności dla Boga. Pierwsza, gdy wrzuciła swój cały mizerny majątek do świątynnej skarbony zawierzając w ten sposób swą przyszłość Bożej Opatrzności. Druga, gdy przedarła się przez tłum i otarła twarz Bogu-człowiekowi. Obie, są świętymi patronkami bezinteresowności.

Obie też zapewne, gdy usłyszą na Sądzie Ostatecznym, że dobrymi czynami wsparły samego Boga, odpowiedzą z tym samym zadziwieniem: „Panie, kiedyż widziałyśmy Cię potrzebującym?” (por. Mt 25, 37-39). I właśnie to zdumienie jest miarą ich świętości. Nie czyniły bowiem dobra z jakiegoś powodu, czy też dla osiągnięcia jakiegoś celu. Robiły to po prostu, niejako odruchowo, spontanicznie. Czyniły dobro, aby dzielić się dobrem.

Nasz świat zabija dziś tę świętą bezinteresowność - skalkulował już koszt każdej operacji i interwencji medycznej, koszty każdego dnia wychowywania dziecka, każdej godziny pracy sądu oraz szkoły, koszt dotarcia do słuchacza, awansu w rozgrywkach sportowych, cenę głosu oddanego w wyborach. I wszystko dziś robimy „po coś”: aby zwiększyć efektywność, obniżyć koszty, przyśpieszyć sukces, zmniejszyć kaloryczność, wydłużyć spodziewany czas życia. Także jeżeli czegoś nie robimy, to też musimy to uzasadnić korzyściami. Kto nie optymalizuje, ten przegrywa. Ale tam gdzie rządzi jedynie reguła optymalizacji usychają i prawda, i piękno. Zanika spontaniczność i bezinteresowność. W świecie, w którym umiera bezinteresowność, nieuchronnie umiera miłość.

Sobór Watykański ujmie prawdę, którą odkryła Weronika, w konstatacji, iż człowiek nie osiągnie swej „pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego” (GS 24). Ale w tej abstrakcyjnej formule, zawierają się trzy fundamentalne stwierdzenia. Po pierwsze, że człowiek jest stworzony do miłości, że jeśli tylko konsekwentnie stara się przekroczyć swój egoizm to odkrywa, że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35). Po drugie, iż każdym naszym uczynku miłości odbija się Chrystusowe oblicze. Chustą Weroniki jest nasze serce i nasze sumienie. Po trzecie, przez „bezinteresowny dar z siebie samego” upodabniamy się do Oblubieńca – do tego kogo kochamy.

Módlmy się zatem do Jezusa słowami św. Teresy: „Proszę Cię wyciśnij w moim sercu obraz Twojego Bóstwa i podaruj mi płomienną miłość ku Tobie, abym kiedyś mogła oglądać w niebie Twoje przemienione oblicze. Amen” (Modlitwa do Świętego Oblicza).

Stacja VII: Pan Jezus upada po raz drugi

Upadł. Znowu upadł. Jakie szczęście, że to nie mój upadek.

Ludzie wokół nas upadają. Czasami są to ludzie nam znani, a nawet bliscy, ale często zupełnie nam obojętni. Ich porażkę wykorzystujemy do doskonalenia się w sztuce, w której zbliżyliśmy się już do perfekcji – dowodzenia, że sami są sobie winni. Misternie więc nanizujemy fakty, polerujemy argumenty, aby zbudować - inteligentnie wiążąc ze sobą przyczyny i skutki – teorię dowodzącą, że przegrali na własne życzenie. Czynimy to z tym większym zaangażowaniem, że dzięki temu uśmierzamy wciąż w nas tkwiącą niepewność, czy uda nam się pozostać po stronie zwycięzców.

Dlatego usiłując przekonać siebie o ich własnej winie sami sobie sugerujemy, że nas taki los nie może spotkać. A jeśli kokon hipokryzji potrafi nas tak szczelnie otulić, gdy chodzi o ludzi żyjących w naszym otoczeniu, cóż powiedzieć o tych, którzy żyją w oddali. Zwłaszcza tych, którzy wzrastali na innym kontynencie, w innej kulturze, posługują się niezrozumiałym językiem, co więcej, potrafią być niekiedy mało sympatyczni, kłótliwi oraz agresywni. Wtedy jeszcze szybciej umiemy siebie przekonać, że uciekinierzy z odległej pożogi wojennej, to jedynie malwersanci i naciągacze cynicznie wykorzystujący ludzką naiwność.

Co prawda, nauczanie Kościoła jest jednoznaczne, ale zawsze możemy je rozwodnić, opatrzyć klauzulami, podkreślić znaczenie kontekstów.

Jak pisał św. Jan Paweł II: „Nakaz zawarty w słowach Jezusa: "Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie" (Mt 25,35) pozostaje całkowicie w mocy w każdych okolicznościach i jest wyzwaniem dla sumienia wszystkich, którzy chcą iść Jego śladami” (Orędzie na Światowy Dzień Migranta 1998). Ale nawet owe „całkowicie”, „w każdych okolicznościach”, czy też „wszystkich” można zrelatywizować i rozcieńczyć powołując się na „obronę cywilizacji”, czy też troskę o „bezpieczeństwo i pokój”. Wystarczy też za słowo „uchodźcy” podstawić „imigranci zarobkowi”, a „imigranci” zamienić na „terroryści”, aby zniknął problem nieszczęśników pozbawionych ojcowizny i ojczyzny.

Panie Jezu, proszę Cię, byś mnie leczył z choroby usprawiedliwiania mej bezczynności i egoizmu, bym w ludziach, którzy upadają, gubią się, oczekują pomocy, zawsze widział moich bliźnich – siostry i braci.

Proszę Cię też o odwagę w pokonywaniu trudność oraz o wrażliwość i empatię, abym potrafił dawać dobro tym, którzy w oczach świata często bywają nieważni, lecz są bezcenni w Twych oczach.

Stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty

To były odważne, prawe i pełne współczucia kobiety. Ich wrażliwe serca poruszyło głęboko cierpienie Skazańca i nie wahały się, by to publicznie okazać.

A nieoczekiwanie słowa Pana Jezusa mogą brzmieć w naszych uszach jak napomnienie: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23,28). Jednak Chrystus niczego im nie wyrzuca. Te słowa to wyraz współczucia. W tej ósmej stacji współczucie ludzi spotyka się z Boskim współczuciem - Zbawiciel świata, duchowym wzrokiem ogarniając nieskończone przestrzenie, ostrzega te dobre niewiasty przed złem, które ma nadejść w przyszłości. 

Jezus po prostu widział, że społeczność wśród której przywódców tak wiele było hipokryzji, dbałości o własne interesy, która potrafiła cynicznie dorabiać się na świątynnym handlu, obłudnie zachowywać literę Prawa, szantażować namiestnika cesarskiego, byleby uzyskać wyrok śmierci na niewinnego człowieka, że taka społeczność musi zebrać gorzkie owoce narastającej korupcji, niszczycielską erupcję zła wiodącą do samozagłady. Chrystus - ostrzegający niewiasty - widzi tę rzeczywistość wyraziście, z całkowitą jasnością.

Ale to spotkanie sprzed dwóch tysięcy lat winno być przestrogą dla nas wszystkich. My również, podobni owym kobietom, częstokroć skoncentrowani na swoich emocjach, skupieni na incydentach, zajęci swą krzątaniną, nie spoglądamy w szerszej duchowej perspektywie na rzeczywistość. Nie patrzymy też w skali wspólnoty. I nie dostrzegamy, jak miliony niewielkich odstępstw od Boga kumulują się w duże odstępstwo, jak z mikropodziałów, jeśli wciąż narastają pomiędzy ludźmi, powstają niezgłębione przepaście.

Panie Jezu Chryste, prosimy Cię o ostrość duchowego wzroku, abyśmy jasno rozeznawali dobro oraz zło i zawsze opowiadali się po stronie dobra. A tam, gdzie narastają konflikty i agresja, byśmy byli rzecznikami przebaczenia i pojednania między ludźmi.

Prosimy Cię także, abyśmy szanując istniejące pomiędzy nami różnice i odkrywając bogactwo tkwiące w tej różnorodności, potrafili odkrywać nasze braterstwo i ofiarnie budować dobro wspólne. 

Stacja IX: Pan Jezus upada po raz trzeci

„A Słowo stało się ciałem i mieszkało miedzy nami” – śpiewamy rokrocznie w dzień Bożego Narodzenia. Ale to teraz „Okryty chwałą” zostaje wzgardzony na oczach ludzi. A za chwilę „Pan niebiosów” zostanie obnażony. Zaiste „ogień krzepnie, blask ciemnieje”, a granice posiada „Nieskończony”!

Jakże to brutalne złamanie wszelkich wyobrażeń o Bogu Wszechmocnym i Wszechobecnym, Wszechwiedzącym i Wszechpotężnym! Okazuje się, że „królów Król i panów Pan” (Ap 19,16) jest zarazem „poddanym poddanych i Sługą sług”. Tajemnica. Absurd, którego nie sposób jest pojąć. Można tylko kontemplować. I adorować. Bóg objawia nam swoją boskość kolejny raz leżąc przygnieciony ciężarem drewnianej belki.

„Czy Bóg  - pytał w „Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II – mógł pójść dalej w swoim zbliżaniu się do człowieka …? Wydaje się, że poszedł najdalej jak tylko mógł, dalej już iść nie mógł. Poszedł w pewnym sensie za daleko!”. Mocno i gorzko brzmią te słowa św. Jana Pawła przy stacji trzeciego upadku: „Dalej już iść nie mógł”. Już nie mógł. Dotarł do "miejsca zwanego Czaszką" (Łk 23,33). Tu miała dokonać się egzekucja.

Panie Jezu,  proszę Cię o łaskę adorowania moim życiem Twej niezmierzonej miłości, o to, by Twoja Ofiara rozświetlała mroki mojej niewiary i by przywracała nadzieję, kiedy upadam. Daj mi też siłę, abym - kontemplując, że Ty „królów Król” jesteś „Sługą sług” - potrafił przemieniać moje życie ucząc się dawać siebie innym.

Stacja X: Pan Jezus z szat obnażony

Nagość niewolnika była czymś naturalnym – nie naruszała poczucia wstydu. Niewolnik nie był człowiekiem. W świetle prawa był jedynie przedmiotem, rzeczą ruchomą - res mobilis. Natomiast ludzi wolnych, skazanych na śmierć, obnażano przed egzekucją, aby ich bardziej poniżyć. Ten właśnie los spotyka Chrystusa Pana. Ale w świecie, którym poniża się i publicznie obnaża ludzi wewnętrznie czystych zaczyna tryumfować nagość powiązana z nieczystością i grzechem. To jest ta nagość, którą po pierwszym upadku odkrywa Adam odpowiadający Panu Bogu: „przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się” (Rdz 3,10), nagość rozrywająca pierwotną harmonię, obawiająca się Tego, który jest Miłością.

Natura nie znosi próżni. W świecie, w którym czystość jest lekceważona i poniżana, jej miejsce wypełnia przeciwieństwo - szerzy się powszechna nieczystość. Piękno miłości, także miłości erotycznej, przesłania jej karykatura. Miłość zamienia się w przyjemność, a przyjemność w towar, którym się powszechnie handluje. Z czasem handel ten staje się potężną gałęzią przemysłu - od wszechobecnych reklam starających się upchnąć dowolny produkt używając skojarzeń seksualnych, przez sieci sklepów z skrupulatnie zamalowanymi oknami wystaw, masową dystrybucję pornografii w internecie, aż po potworność handlu żywym towarem i współczesne niewolnictwo, w którym człowiek znów staje się wyłącznie rzeczą. Nie można o tym nie mówić. To zbyt poważna sprawa, zbyt głęboka rana naszej współczesności, by o niej milczeć.

Erotyka, wielki dar Stwórcy dany człowiekowi, bo przecież „na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27), jeżeli nie ujmiemy jej w służbę miłości, zaczyna służyć egoizmowi – samozaspokojeniu. Inni ludzie stają się rzeczami. W takim świecie seks oddziela się od miłości erotycznej i staje się powszechnie dostępnym towarem oferowanym dla coraz młodszego grona konsumentów, także dzieci.

Dlatego walka każdego ucznia i uczennicy Chrystusa z wszechobecnymi pokusami, walka, w której się nie poddają, w której dążą do życia w czystości, jest walką o ocalenie miłości w naszym świecie. Jest niezgodą na to, aby ze słów „wierność” i „małżeństwo” oraz „tkliwość”, „intymność”, „zaufanie”, „wzajemne powierzenie się sobie”, nie wyparowało ich znaczenie, by nie stały się pozbawionymi treści frazesami.

Panie Jezu z szat obnażony, prosimy Cię, by Twoje poniżenie umacniało nas w dążeniu do czystej miłości, dodawało nam wiary, że taka miłość jest w naszym życiu możliwa i owocowało budowaniem przyjaźni, której Ty jesteś Początkiem i Końcem.

Stojąca pod krzyżem Matko Pięknej Miłości, dopomóż nam w budowaniu dobrych i wiernych relacji, abyśmy potrafili tworzyć rodziny, które - wzajemnie się umacniając na drodze wzrastania w miłości - przemieniały swoje otoczenie czyniąc nasz świat bardziej ludzkim.

Stacja XI: Pan Jezus przybity do krzyża

„Jak umiera sumienie?” – zapytano trapistę Michała Zioło. „Sumienie umiera powoli” – odpowiedział. To prawda. Sumienie obumiera stopniowo. To proces. Na głęboką deformację sumienia potrzeba dłuższego czasu. I naszego przyzwolenia. Sumienie samo się nie zdeformuje.

Najpierw wystarczy zachęcić do popełnienia niewielkiej niegodziwości. A potem cierpliwie i konsekwentnie podbijać stawkę. Sumienie umiera powoli.

Chrystusowa modlitwa zanoszona na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią» (Łk 23,34) jest potwierdzeniem tego faktu – nie wiedzą, bo mają zdegenerowane sumienie.

Zapewne wiele lat wcześniej bolało ich serce, gdy obserwowali torturowanie i poniżanie niewinnego, bezbronnego człowieka. Ale teraz już nie wiedzą co czynią bijąc, wbijając gwoździe w ręce i nogi, szydząc i opluwając, bluźniąc i obnażając swoją ofiarę. Więcej, pewnie są przekonani, że działają w słusznej sprawie, że służą sprawiedliwości.

Sumienie umiera powoli. Ten proces jest jak nowotwór. Najpierw ma fazę ukrytą. Wystarczy jednak parę rakowych komórek, których organizm nie zniszczy, aby zaczęły się mnożyć. Dopiero później następuje śmiercionośna faza przerzutów, w której rak zżera kolejne organy. Dlatego deformacja sumienia jest niebezpiecznym schorzeniem. I tak jak w onkologii: najważniejsza jest profilaktyka i pierwsze stadia choroby. Sam grzech, choćby największy, nie zdeformuje sumienia.

Najgorsza i śmiertelnie niebezpieczna jest nasza zgoda na fałsz. Choćby niewielki. Wytłumaczenie sobie, że mój grzech właściwie grzechem nie jest, że inni postępują podobnie, że nowocześni ludzie nie myślą w takich kategoriach. I wystarczy konsekwentnie rozwijać tę sztukę samousprawiedliwiania, by rakowe komórki zaczęły się mnożyć. Reszta jest już kwestią czasu.

W ten sposób w minionym stuleciu – najokrutniejszym w historii - miliony przeciętnych, zwykłych, całkowicie normalnych obywateli Niemiec i Związku Radzieckiego, Chin i Kambodży, Jugosławii i Rwandy oraz wielu innych krajów świata dopuściło się niepojętych wręcz potworności, zamieniło się w okrutników nie posiadających sumienia.

Potwornego zła nie czynią potworni ludzie. Zwykli ludzie je czynią. Wystarczy włączyć zagłuszanie głosu sumienia, wzmocnić mechanizmy samousprawiedliwienia i cierpliwie poczekać.

Dlatego módlmy się słowami austriackiego teologa Karla Rahnera – "Panie Jezu, wypowiedz także nad moim grzechem słowo przebaczenia, słowo Twej niepojętej miłości. Powiedz, wstawiając się także i za mną: Ojcze, przebacz mu, bo nie wie, co czynił. Wprawdzie wiedziałem. Wszystko wiedziałem. Nie znałem jednak Twojej miłości.”

Stacja XII: Pan Jezus umiera na krzyżu

„Najokrutniejsza i zarazem najobrzydliwsza to katusza – pisał o krzyżowaniu Cycero – samo słowo krzyż należy trzymać z dala nie tylko od ciała, lecz również od myśli, oczu i uszu obywateli Rzymu. Już samo rozprawianie, w obecności ludzi przyzwoitych, o takiej śmierci, stosownej jedynie niewolnikom i jakże bardzo poniżającej, jest rzeczą  niemoralną oraz niestosowną” (Pro Rabirio).

Nawet poganie obawiali się rozmawiać o krzyżu. Cóż więc powiedzieć w tej chwili, kiedy na drzewie krzyża zawisło zbawienie świata.? „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3,16). Tak umiłował świat, że dopuścił, by Jego Jednorodzony Syn konał z głośnym wołaniem „Eloi, Eloi, lama sabachthani" (Mk 15, 34) – prastarą modlitwą osamotnionych, pogrążonych w ciemnościach, czcicieli Boga: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? „Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha” (Mk 15,37).

„Panie, naszą chorobą ludzi sytych, dobrze mieszkających, wygodnie urządzonych, jest lęk przed śmiercią.

Ty, który umarłeś i zmartwychwstałeś, naucz nas kochać śmierć. Ona jest naszą drugą kołyską.

Pomóż nam iść ku niej pewnym krokiem, gdyż prowadzi nas do życia doskonałego. Obudź w nas ciekawość wieczności. Tam w górze wszystko będzie Miłością.

Otocz nasze czyny i uczucia tą aurą miłości, która jest zapowiedzią raju. Wówczas już tutaj będziemy żyli radośnie” (Guy Gilbert, Na całość)

Stacja XIII: Zdjęcie z krzyża

„Ojcze, w ręce Twoje powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). W tej ostatniej chwili, gdy Twoje oczy już gasną, a ból zamienia się w kojące wszystko odrętwienie, powierzasz swego ducha Ojcu, ciało zaś powierzasz w ręce Matki. To są te same dłonie, które Cię otulały w grocie w Betlejem, te same ramiona, które Cię osłaniały, gdy - jako uchodźcy – chroniliście się w Egipcie przed siepaczami Heroda. Teraz te same ręce przygarniają Twe stygnące ciało, które nieubłaganie począł ogarniać rigor mortis. Bezwładne, martwe ciało jedynego syna. Miecz bólu przenikający serce Matki (por. Łk 2,35)

I tak właśnie pośród Jej samotności, bólu i opuszczenia powstaje Kościół  – jeden, święty, powszechny i apostolski. To tu dokonuje się odkupieńcza ofiara Chrystusa. Tu z Jego przebitego boku wypływa krew oraz woda – symbole Chrztu i Eucharystii. I tutaj Maryja zostaje naszą matką – Matką Kościoła. Od Męki, aż do niedzielnego poranka, to Ona zostaje Kościołem. Całym Kościołem. To ona przenosi wiarę Kościoła przez mroki piątkowej i sobotniej żałoby, w czasie gdy uczniowie Chrystusa rozpierzchli się i poukrywali.

Te chwile zagubienia i lęku Chrystusowych uczniów odsłaniają nam, dwa tysiące lat później, swoje teologiczne znaczenie. Przypominają, że Kościół to nie urzędy oraz instytucje, nie kanoniczne przepisy, teologiczne leksykony, czy programy duszpasterskie, lecz osobiste relacje łączące z Chrystusem i spajające między sobą wiernych. Kościół rodzi się bowiem dzięki intymnym więzom istniejącym pomiędzy Chrystusem i Jego Matką oraz z ich przedłużenia na krzyżu: „oto Matka twoja” (J 19, 27). To są więzy miłości, więzy pełne osobistej czułości i troski, to są więzy rodzinne. Tego się nie da wystudiować, wyćwiczyć, czy zaprogramować. W tym można jedynie uczestniczyć, zanurzyć się. To można jedynie doświadczać.

Panie Jezu Chryste, dziękujemy Ci za wielki dar Twego Mistycznego Ciała – Kościoła. I prosimy, byś pomógł nam szanować i budować jego jedność. Byśmy nigdy nie dali w nas zwyciężać duchowi podziałów, lecz byśmy w wielości i różnorodności stanowili jedno,  tak by świat poznał że jesteś Synem Bożym  (por. J 17,21) i Odkupicielem.

Prosimy Cię też za tymi, którzy na sposób klerykalny albo też antyklerykalny postrzegają Kościół, dostrzegając w nim głównie instytucje oraz przepisy, by odkryli, że cały Kościół utkany jest z więzów miłości.

A nade wszystko prosimy o dar świętości dla nas, abyśmy obfitowali w odwagę i mądrość niezbędne do stałego odnawiania Twojego Kościoła - Ludu Bożego wędrującego przez wieki do swej odwiecznej ojczyzny.

Stacja XIV: Jezus złożony do grobu

Droga w dół jest jeszcze krótsza od tej, która wiodła na Wzgórze Czaszki. Zaledwie kilkadziesiąt metrów. Ale jest to droga w ciemności. To, że wraz z ukrzyżowaniem Nauczyciela zgasły nadzieje wielu Żydów na wyzwolenie Izraela, innych na darmo rozdawany chleb i kolejne cudowne uzdrowienia, a jeszcze innych na zaszczytne miejsca, już przestało się liczyć. Większość z nich szybko powróciła do codziennych zajęć. Niektórzy oddali się kolejnym marzeniom.

Tylko ci najbliżsi Mistrzowi nadal są przygnębieni, ale teraz przede wszystkim troszczą się o własną skórę. Naprawdę ciężko jest jedynie tym paru osobom, które skalistą ścieżką niosą w dół Chrystusowe Ciało. Przygina je jednak ku ziemi nie jego ciężar. „Miłość moja jest mym ciężarem” (Amor meus - pondus meum) – pisze św. Augustyn (Wyznania XIII, 9). Miłość wyrywa nas z naszego „ja”, jest zgodą na utratę samokontroli, dlatego zawsze jest również ciężarem. Im większa miłość, tym większy zazwyczaj to ciężar . Dlatego jeśli nie chcesz dźwigać takiego brzemienia, jeśli pragniesz unikać wszelkiej udręki, to nie kochaj nigdy i nikogo.

Właśnie tej potęgi  miłości oraz śmierci, będących teraz przytłaczającym ciężarem, doświadczało tych kilka osób tworzących kondukt zstępujący ze wzgórza Golgoty. Miłość jest wielką potęgą – wiedziała o tym idąca z Synem aż do grobu Jezusowa Matka, wiedziało towarzyszących Jej parę kobiet, Nikodem i Józef z Arymatei. Doświadczali  jednak również, balsamując wonnymi olejkami martwe ciało, że wszechpotężna jest śmierć.

Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że najczystsza miłość wymyka się nie tylko sile grawitacji, lecz przekracza także fundamenty znanej nam biologii. Że tak jak ongiś w betlejemskiej grocie odwieczne Słowo stało się człowiekiem, tak teraz w grocie u podnóża Golgoty miłość Ojca stanie się życiem Syna, że tak jak ongiś życie rodziło się „wśród nocnej ciszy”, tak teraz, gdy  „wielka cisza spowiła ziemię” (starożytna homilia na Świętą i Wielką Sobotę anonimowego autora z III w.) zrodzi się nowe życie, że miłość okaże się potężniejsza nawet od śmierci.

I dlatego, gdy znad pustego grobu spojrzymy na krzyż umieszczony na szczycie Golgoty,  to dopiero z tej perspektywy możemy dostrzec, że drzewo poniżenia, hańby oraz męki, przemienia się w drzewo życia - staje znakiem zwycięstwa miłości nad śmiercią.