publikacja 21.04.2016 00:00
Czy amerykańscy demokraci to „rosyjska partia” w Waszyngtonie? To, co zawsze czuło się intuicyjnie, teraz znajduje potwierdzenie w niepokojących śladach. Hilary Clinton może mieć powiązania z bliskim Kremlowi bankiem. A to tylko wierzchołek góry lodowej.
Sipa USA /east news
John Podesta (z prawej), który kiedyś był szefem sztabu wyborczego Billa Clintona, a teraz jest doradcą Baracka Obamy (z lewej), jest podejrzewany o związki z największym rosyjskim bankiem, reprezentującym nieoficjalnie interesy Kremla
O ile „rosyjskie partie” w Europie nie są nowym zjawiskiem, to w przypadku Stanów Zjednoczonych dla niektórych podobne rewelacje mogą być zaskoczeniem. W Europie przywykliśmy trochę, że różne grupy czy partie były lub są, wprost lub pośrednio, finansowane przez Moskwę. Kiedyś dotyczyło to głównie partii lewicowych, dziś rośnie w siłę nowa europejska prawica, która nie ukrywa swoich co najmniej sympatii, jeśli nie bezpośrednich powiązań z Moskwą (np. kredyt udzielony francuskiemu Frontowi Narodowemu przez rosyjski bank). Jeśli jednak „długie ramię Moskwy” okazuje się skuteczne również za Atlantykiem, na terenie swojego głównego światowego konkurenta, to sprawa jest jeszcze grubsza. A dla nas – zwyczajnie niebezpieczna. Jeśli bowiem jedyny, jak wierzą niektórzy, gwarant naszego bezpieczeństwa może być podatny na naciski Moskwy, to gwarancję można wsadzić do garażu z przepłaconymi i zepsutymi F-16.
I można by skwitować to lekceważącym: „Rosjanie działają sprawnie na rynku, a Amerykanie się zagapili”, gdyby nie pewne okoliczności. Nie byłoby tego przejęcia 20 proc. amerykańskich złóż uranu przez Rosjan, gdyby nie przychylność głównych departamentów amerykańskiej administracji, w tym Departamentu Stanu, zarządzanego przez Hilary Clinton. Mało tego, ze śledztwa „New York Timesa” wynika, że przejmowanie Uranium One przez Rosjan było rozłożone na kilka lat i że w tym czasie małżeństwo Clintonów (formalnie ich fundacja) miało otrzymać ponad 2 mln dolarów bezpośrednio od szefa spółki, który... systematycznie dostawał zapłatę od przejmujących akcje Rosjan. Trudno nie dopatrywać się w tych transferach „prowizji” za korzystne decyzje wydawane przez panią Clinton. Zastanawia jeszcze jeden „drobiazg”. Otóż dokładnie w czasie, gdy Rosjanie zaczęli przejmować Uranium One (2009 rok), Barack Obama wyszedł ze swoją koncepcją „resetu” w relacjach z Rosją. Wróć: nie żadną „swoją koncepcją”, tylko koncepcją, którą podpowiedziała mu właśnie Hilary Clinton.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł