Piorun go nie zabił

ks. Roman Tomaszczuk

dodane 14.10.2016 13:14

Powinien zginąć nie tylko on, ale też jego córka i nienarodzony wnuk.

Piorun go nie zabił Jarek i Iwona Szymańscy

Meteorolodzy przekonują: „Pioruny często uderzają w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od zasięgu występowania burzy. "Grom z jasnego nieba" może nas trafić nawet tam, gdzie tego się najmniej spodziewamy, przy czystym niebie. 

Czasem dochodzi też do wyładowania atmosferycznego bez pomocy chmury burzowej. Dzieje się to podczas kolizji skrajnie różnych mas powietrza na bardzo niewielkim obszarze, dosłownie kilkunastu metrów oraz tam, gdzie mamy do czynienia z nagromadzeniem się ładunków elektrycznych. Wyładowania tego typu są rzadkie i zwykle ani się ich nie słyszy, ani też nie widzi”.

Tym, razem  było widać i słychać.

Niewielu pamięta jaka była pogoda 25 czerwca w Burkatowie. Ci którzy znają Jarka Szymańskiego – wiedzą to doskonale: było słonecznie, początek wakacji, doskonały dzień na relaks. Taki też był plan: grillowanie.

Gospodarzami byli Iwona i Jarek, popołudniu dołączyli do nich: ich córka i grupa przyjaciół. Na ruszt wrzucono: kiełbaski, karkóweczkę i pstrąga. - Po niego właśnie podszedłem - wspomina Jarek. - Był dla córki, więc ona też była blisko. Na tarasie siedziała reszta.

- Zobaczyłam światło, błysk, trudno to opisać, krystaliczna światłość, biały ogień. Rozległ się potężny huk - opisuje Iwona. Inni pamiętają to samo. - Modliłam się gorąco: Panie nie zabieraj ich, nie teraz. Oddałam swoje życie jezusowi, wiele się dzieje Bożego w naszym życiu. Odkrywamy Miłosiernego, a jednak prosiłam: nie dzisiaj! Jeszcze nie! - przyznaje.

Zarówno Jarek jak i córka, Małgosia rażeni piorunem zesztywnieli i upadli na ziemię. Odrzuciło ich. Stracili przytomność.

W całym zdarzeniu brał udział jeszcze ktoś: rosnący pod sercem mamy Wojtek. Małgorzata była w ósmym miesiącu ciąży.

SMS o treści: „Proszę o modlitwę w intencji Jarka i jego córki w 8 miesiącu ciąży, którego w okolicy Świdnicy poraził piorun. Mama i dziecko - stan dobry, a Jarek jest na oddziale poparzeń w Poznaniu” - obiegł lotem… błyskawicy, najpierw kościelne środowiska regionu, ale wkrótce także Polski i połowy świata.

- Według wszelkich reguł medycznych tego dnia, o tej godzinie powinno zakończyć się moje życie, ale też życie mojej córki i mojego nienarodzonego jeszcze wnuka - mówi Jarek, gdy staje przed kolejną grupą wiernych, by dać świadectwo miłości.

- Jezus dał nam drugą szansę, wierze, że to z powodu planów co do naszego życia - dodaje, a potem opowiada o swoim leczeniu w Poznaniu. Wspomina ordynatora, który podczas porannego obchodu zatrzymywał się każdego dnia przy jego łóżku, żeby rzucić jedno zdanie: To cud.

- Ten człowiek musi mieć wielkie poparcie tam w górze, bo nie powinno go być wśród żywych - wyjaśniał zdziwionym studentom.

- Ja natomiast za odchodzącymi wołałem wyciągając na wierzch mój szkaplerz: - To jest moje poparcie, to jest moja ochrona - wspomina Jarek.

- Nikt nie potrafi wyjaśnić mojego szybkiego powrotu do zdrowia - mówi rażony piorunem. - Zaraz po zdarzeniu, miałem spalone włosy na głowie i pręgę, która szła w dół, z kolei na brzuchu mojej córki pręga miała kształt krzyża. Podłużne znamię widać też na skórze naszego wnuka, ale z tygodnia na tydzień, od dnia narodzin, 4 września, jest coraz słabsze - relacjonuje, a jego żona, Iwona sięga po telefon. Na zdjęciach widać wyraźnie naznaczony brzuch ciężarnej.

Kiedy Szymańscy dają świadectwo swojej miłości do Jezusa, wspominają jeszcze o jednym: nie zawsze tak było.

Więcej, od niedawna tak jest. Wcześniej nie mieli wiary żywej, od czasu swego nawrócenia widzą jednak działanie Boga w swoim życiu, a piorun to jeszcze jeden dowód, że Bóg chce się nimi posługiwać.

- Dlatego każdemu kto chce słuchać chętnie opowiadamy o tym zdarzeniu - mówi Iwona. - To co się stało umocniło i tak naszą wielką miłość do Jezusa i Jego Matki, ufamy, że Jego miłosierdzie dotyka każdego człowieka - podsumowuje.