Takie zwyczajne przemienianie

Andrzej Macura

Zabierając się do pracy warto postarać się o odpowiedni do jej wykonania zestaw narzędzi.

Takie zwyczajne przemienianie

Wśród wielu maili codziennie przychodzących na moje redakcyjne skrzynki jeden przykuł moją uwagę. Informacja od ojca Szewka o obchodach rocznicy beatyfikacji ojców Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego. Co w tym nadzwyczajnego? Ano nic. Tylko dziwnie się poczułem. Dzisiejsi błogosławieni byli parę lat starsi ode mnie. Miałem wielu znajomych, także księży, w ich wieku. W 1991 roku, gdy ojcowie Michał i Tomasz zginęli,  wszyscy byli gdzieś na początku swojej kapłańskiej drogi. Tym się od Błogosławionych różnili, że zdecydowana większość z nich nie zdecydowała się wyjechać na misje. Ale serca mieli pewnie podobnie jak oni naładowane ewangelicznymi ideałami, angażując się we wszelakie, nieraz trudne duszpasterskie inicjatywy. Tylko los (wiem, wiem, opatrzność Boża) sprawił, że nie stanęli w sytuacji takiej jak o. Michał i o Zbigniew. Ale jestem przekonany, że gdyby do niej doszło, większość z nich zachowała by się  podobnie. Przecież kiedy szli do seminarium, a część z nich nawet wtedy, gdy przyjmowała święcenia, nikt nie myślał, że zbrodniczy i wrogo nastawiony do wiary system komunistyczny tak nagle upadnie....

Nie zamierzam wcale umniejszać postawy ojców Zbigniewa i Michała. Tylko uświadomiłem sobie (który to już raz?) jak zwyczajna i codzienna jest ludzka świętość. Tylko los (opatrzność) sprawia, że nie żąda się od niej natychmiastowej ofiary z życia. Czasem przygłuszona zmęczeniem czy, po latach, nawet zgorzknieniem, ciągle jednak jest, oddając swoje życie kropla pop kropli.... I nie tylko ta kapłańska, ale też tylu świeckich, oddających swoje życie na służbę rodzinie....

A piszę o tym, bo mam często wrażenie, że my, żyjący w Polsce chrześcijanie drugiej dekady XXI wieku, jakoś tak się miotamy. Przerażają nas pustoszejące kościoły, spadek powołań i młodzi, rezygnujący z lekcji religii. Jeszcze bardziej różne ataki na wiarę, które pokazują, że dla wielu nasze skarby nie są warte więcej niż śmieci. I gorączkowo pytamy co z tym fantem zrobić? Jak na nowo ten świat zewangelizować? Jak przekonać, że warto wierzyć w Chrystusa? Jak skłonić, by ludzie padli przed Nim na kolana i zaczęli Go szczerym sercem wielbić?

Nie mam nic przeciwko duszpasterskim planom. Tak sobie tylko myślę, że nawet ci, którzy z różnych względów się w ich realizację nie angażują mają w zanadrzu potężne, a niedocenianie narzędzie do ewangelizowania: swoje życie. Jeśli codzienność w domu, szkole, pracy jest inspirowana Ewangelią, wtedy chrześcijanie, czy zdają sobie z tego sprawę czynie, stają się solą ziemi i światłem świata. I przemieniają go. Jeśli kończy się na gadaniu, a stylem bycia (czytaj egoizmem, chciwością, kłótliwością i paroma innymi)  nie różnimy się od innych.... No wiadomo: najlepszy nawet karabin nie przyda się do budowania domu czy przycinania gałęzi w sadzie.