Obudzić swoją kobiecość

Ludwika Kopytowska

dodane 02.02.2017 14:11

Zapytałam kiedyś moją przyjaciółkę: "Beatko, czy ty nigdy nie chodzisz w spodniach?" A ona tak na mnie spojrzała i powiedziała: "Anetko, a czy kiedyś widziałaś Matkę Bożą w spodniach?" Wywiad z Anetą Ciężarek, założycielką sklepu dla kobiet: "Twe sukienki. Sklep bez spodni".

Obudzić swoją kobiecość Marta Dzbeńska-Karpińska Fotografia Aneta Ciężarek

Ludwika Kopytowska: Wchodzę w internet, a tu taka strona "Twe sukienki. Sklep bez spodni", czyli co, dżinsów tam nie kupię?

Aneta Ciężarek: (śmiech) No i jak pani zdaniem to wygląda?

Zdziwiłam się. Bez spodni, a więc nie dla panów. Co to za taki sklep dziwny?

Nie z tej epoki.

Dlaczego?

To teraz takie dziwne - promowanie kobiecości, spódniczek, sukienek. Jest problem, bo jest ogromny bunt w kobietach. Ja to sama przeżyłam. Zanim założyłam pierwszą spódnicę minęły trzy lata, od momentu kiedy zrozumiałam, kim tak naprawdę jestem - kobietą. Pamiętam, jak moja serdeczna koleżanka, kiedy chodziłam jeszcze na spotkania Akademii Obrońców Życia w Krakowie, zawsze pięknie wyglądała. Zawsze. Zwyczajnie, nie jakaś elegancka pani. Choć matka kilkorga dzieci, zawsze chodziła w sukienkach albo w spódnicach. Delikatna biżuteria, bardzo delikatny makijaż, minimalny, ale zawsze przyciągała wzrok. I kiedyś ją zapytałam: "Beatko, czy ty nigdy nie chodzisz w spodniach?" A ona tak na mnie spojrzała i powiedziała: "Anetko, a czy kiedyś widziałaś Matkę Bożą w spodniach?"

Niby takie infantylne, ale to zdanie odmieniło moją kobiecość. Oczywiście nie byłam w stanie sobie wyobrazić Matki Bożej w spodniach. I od tej pory zaczęłam się zmieniać. I trzy lata po tym wydarzeniu założyłam pierwszą spódnicę. Kupowałam i przymierzałam wcześniej spódnice, bo do sukienek miałam jeszcze duży dystans, ale w końcu ją założyłam i pokazałam się w niej publicznie. I to było bardzo trudne.

Dlaczego?

Był we mnie bunt, taki bunt nastolatki, chociaż byłam już kobietą dojrzałą. Ale nie mogłam przyjąć do wiadomości, jak kobieta może założyć spódnicę. I to samo się objawia, kiedy rozmawiałam z innymi kobietami, dokładnie to samo jest.

Skąd taki bunt?

Zostałyśmy mocno skażone. Komuś chyba bardzo na tym zależy, żeby kobiety nie były kobiece. Ta siła zła, która objawia się także poprzez atak na rodzinę, życie, kobiety, seksualność, skromność. Wydaje mi się, że tu chodzi o to, aby zrównać płcie. Kobiety są teraz bardziej męskie: krótkie włosy, spodnie, koszula męska. Wiele kobiet tak się nosi.

Jakby Pani powiedziała, że kobieta nie powinna nosić krótkich włosów i męskich koszul, to by Panią feministki zjadły na miejscu.

Nie tylko feministki, bo katoliczki też.

Katoliczki też?

Często większość konfliktów mam właśnie z kobietami chrześcijankami, katoliczkami. To jest taki pierwszy bunt, który się u tych osób pojawia - wygoda. To jest najważniejsze. Są takie komentarze, że Maryja przecież żyła dwa tysiące lat temu, a teraz mamy XXI wiek i Jej strój jest po prostu słaby. Poza tym kobiety mówią: "Jak ja mogę nosić spódnice, kiedy ja mam dzieci w domu?" Wiem, że można, bo znam świadectwa kobiet i matek, które noszą. Kobiety też uważają, że nie mają figury do spódnic, że wszystkie niedoskonałości będzie widać. Ale zawsze można przecież coś fajnego dopasować i ubrać. Dlatego powstał nasz sklep.

Wychodzimy do kobiet w każdym wieku, mamy różne rozmiary. Zauważyłam, że kobiety mają problem z zaakceptowaniem swojej figury. Jedna urodziła dzieci, no i tu trochę za dużo. Ale mają też problem z małymi rozmiarami, jak 34, nie mogą znaleźć żadnej ładnej sukienki czy spódnicy skromnej, przede wszystkim. Wszystko to, co mamy w sieciówkach odkrywa nas - duże dekolty, odkryte ramiona, za krótkie. Jedna z pań powiedziała na naszym ostatnim evencie: To jest fantastyczne miejsce, wy tu macie wszystko w jednym.

Jak to się stało, że powstał ten sklep?

Właściwie to nie był mój pomysł. To był pomysł dany z nieba, ja to tak nazywam. Dokładnie pamiętam datę i godzinę, kiedy to było. To był 28 maja 2016 roku w samo południe, w sobotę. To chyba była odpowiedź na moje modlitwy, ponieważ ja bardzo pragnę wrócić do Polski. Od dłuższego czasu modliłam się o to, co mogłabym robić w Polsce, czym mogłabym się zająć. Tym bardziej, że jestem działaczką w obronie życia poczętego, aktywną osobą, więc to chyba była ostatnia rzecz, o której pomyślałam, że będę się zajmowała. Ja to tak nazywam "szmatkami". Nie byłam w stanie tego zaakceptować przez kilka tygodni, albo i miesięcy. No jak to, mam się zajmować szmatkami? Trochę to było dla mnie takie... Nie wiem, no dobra, jestem kobietą, ale to takie...

Babskie?

Takie babskie, takie infantylne wręcz, prawda? Wszystkie kobiety lubią ładne rzeczy i ładnie się ubierać.

Ale wszystko tak naprawdę zaczęło się od Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy i Strażniczki Polski, której jestem czcicielką i jestem upoważniona do misji apostolskiej. Trzy lata temu w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej poznałam pisarkę panią Ewę Storożyńską, która napisała książkę "Matka Boża Łaskawa, a cud nad Wisłą". Tak się zaczęła moja przygoda z Matką Bożą. Myślę, że to jest głównie Jej zasługa. Ona po prostu w jakiś sposób mnie wybrała, bo ja nie wiem, czym na to zasłużyłam.

I właśnie wtedy taka myśl do mnie przyszła, poczułam w sobie: "Aneta, przecież ty możesz założyć sklep z sukienkami". To była właśnie ta sobota, 28 maja. I zaraz automatycznie druga myśl: "Zadzwoń do Emilki". To moja przyjaciółka w Warszawie. I tak zrobiłam. To się działo jakoś poza mną, nie kontrolowałam tego. Wykonałam telefon do Emilki i mówię do niej: "Tak bardzo chcecie, żebym wróciła do was, żebyśmy razem byli i działali, i wpadłam na taki pomysł". Emilka była cudowna, była tak zafascynowana pomysłem, że zaczęła działać niemal natychmiast. Od maja do września powstało logo, pomysł, strona internetowa, fanpage na facebooku.

Od maja do września kupowałam rzeczy w Norwegii i wysyłałam kurierem do Polski, woziłam w walizkach. Tony rzeczy. Nasze przyjaciółki w Warszawie zorganizowały we wrześniu konferencję "Być kobietą urzekającą" i tam po raz pierwszy zaprezentowałyśmy nasze stroje. W listopadzie był kolejny event w takiej uroczej herbaciarni. Następny event był w styczniu tego roku i przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Przyszły tłumy kobiet. Wtedy właśnie powstał pomysł, że będziemy tworzyć klub dla dam połączony ze sklepem.

Klub dla dam, nieźle to brzmi.

(śmiech) Właśnie, organizujemy eventy w takich ładnych stylowych apartamentach, ponieważ jeszcze nie mamy możliwości otworzyć sklepu stacjonarnego. Takie apartamenty wynajmujemy na Starym Mieście w Warszawie i tam przez cały dzień trwają takie spotkania, przy kawie i herbacie. Na miejscu jest stylistka, pani, która robi bardzo delikatny makijaż, fryzurę. My preferujemy skromność. Kobiety były zachwycone.

Myślę, że mamy wszystkie taką potrzebę przebywania. Nie tak, że idziemy na zakupy i jesteśmy traktowane jak rzecz. Tu jest coś więcej. Panie pisały do nas w mailach, bo zapisy na spotkania odbywają się mailowo, i pytały się, czy mogą u nas zostać cały dzień, od tej 12-tej. do 18-tej.

Chciały po prostu sobie "pobyć".

Pobyć, odpocząć. To jest bardzo ważne, ja sama mam z tym problem. Nasze życie nabrało takiego tempa, że jesteśmy ciągle zalatani i tylko załatwiamy sprawy. A tu możemy usiąść, napić się kawy, porozmawiać, bez telefonu i internetu.

Na evencie były mamy z dziećmi, co nam absolutnie nie przeszkadza, jesteśmy jak najbardziej za. Na przykład była mama z dwójką cudownych dziewczynek, 7 i 5 lat. Dziewczynki były zachwycone. Mnóstwo pięknych pań, wszystkie w spódniczkach, sukienkach. Były zachwycone tą kobiecością. Pani stylistka zrobiła mamie maseczkę, a dziewczynki dostały krem do rąk, żeby też się mogły posmarować. Czuły się takie docenione, jak takie małe kobietki. Były ciasteczka, była czekolada... To było cudowne.

Nasz sklep jest misją. To nie jest biznes. Dla mnie osobiście jest to taki bilet powrotny do ojczyzny. W moich modlitwach była prośba, że jeżeli wrócę, chciałabym mieć taką pracę, w której mogłabym służyć Panu Bogu i ojczyźnie. To był taki warunek, taki mój kontrakt z Panem Bogiem (śmiech). I ten sklep to chyba była właśnie ta odpowiedź. Ja jestem bardzo upartą osobą i jeżeli wiem, że coś jest zgodne z moim sumieniem, idę "po trupach". Wiem, że jest taka potrzeba kobiecości i dlatego nasz sklep jest głównie misją. Na przykład, to nie jest tak, że "O, jak ja przyjdę do sklepu, to muszę zaraz coś kupić, a mój budżet mi nie pozwala". Nie. Mam taki apel do pań: proszę przyjść, pobyć z nami, porozmawiać, odpocząć, a te panie, które mają problem z założeniem sukienki czy spódnicy, po prostu przymierzyć. Wystarczy, że kobieta zobaczy jak wygląda i poczuje się inaczej. A później może zmieni zdanie i do nas wróci po porady?

Wydaje mi się, że dotknęła tutaj Pani ważnego aspektu psychologicznego, bo kiedy kobieta coś przymierza ładnego, to od razu inaczej się czuje. Ogląda siebie, jak ładnie wygląda i jej wygląd buduje ją też od środka.

Dokładnie mogę to powiedzieć z własnego doświadczenia. Najpierw nosiłam krótkie spódniczki, nie mini, ale krótkie, jednak wciąż czułam niedosyt. Coś było jeszcze źle, źle się czułam, one były za krótkie, ograniczały ruchy, trzeba się było poprawiać. Gdy pierwszy raz założyłam spódnicę na gumce uszytą przez moją koleżankę.... Może to teraz tak nieładnie zabrzmi, takie chwalenie się, ale kiedy zobaczyłam się w lustrze, to proszę mi wierzyć, nie mogłam wyjść z podziwu jak ja pięknie wyglądam. Ja nigdy czegoś takiego nie nosiłam, nawet nie przymierzałam. I właśnie kiedy nosimy takie luźne spódnice, my w nich nie idziemy, my płyniemy. Inaczej mówimy, inaczej się zachowujemy, nasza kobiecość nie jest ograniczona. Jesteśmy takie... wolne. Wolne, a jednocześnie zakryte, tajemnicze. I odkąd zaczęłam się tak ubierać nigdy nie spotkałam się ze spojrzeniem mężczyzny, w którym wyczułabym erotykę, pożądanie, seksualność. Teraz spojrzenia mężczyzn wyrażają szacunek i taki... podziw.

Ciekawe spostrzeżenie. Czy oprócz przymierzania i kupowania ubrań są jeszcze jakieś inne atrakcje podczas spotkań?

W naszym sklepie oprócz eventów zapraszamy też gości, na przykład ostatnio była u nas Marta Cywińska, doktor nauk humanistycznych i tłumaczka literatury francuskojęzycznej. Zrobiła nam piękny wykład o kobiecości, przeczytała nam wiersz po francusku... To było niesamowite przeżycie. Na 8-9 marca planujemy kolejne wydarzenie w Warszawie na Starówce: "Dzień Kobiet w sukience". Naszym gościem specjalnym będzie pani Zofia Pilecka - jeszcze nie potwierdziła na 100 proc. swojej obecności, ale liczę, że przybędzie. Poprosiłam panią Zofię, aby opowiedziała nam o swojej cudownej mamie Marii, żonie Rotmistrza Pileckiego. Reakcja pani Zofii była taka: "Łał, moja mama naprawdę była damą."

Nie wiem, kto to powiedział, ale bardzo mi się to podoba: "Jakie kobiety, takie narody". To jest mocne, ale taka jest prawda. Odkąd ja się zmieniłam, od momentu mojego nawrócenia, kiedy zaczęłam żyć w stanie łaski uświęcającej i odkryłam swoją kobiecość zrozumiałam, jaką siłę Pan Bóg daje siły kobietom. Ile my tak naprawdę możemy zrobić. I to nie tylko dla naszych bliskich, ale dla całego społeczeństwa. Jesteśmy odpowiedzialne za wychowanie przyszłych pokoleń. I to nie tylko matki, ale i my kobiety, które jesteśmy niezamężne, singielki, przyjaciółki. Ciąży na nas wielka odpowiedzialność. To nie są żarty, kiedyś za to wszystko odpowiemy.

I jeszcze jedną rzecz chciałam powiedzieć na koniec: większość kobiet uważa, że liczy się to, co mamy w sercu, a nie to jak wyglądamy. Nieważne, że ja wchodzę w dresie do kościoła, ważne jest, że Pan Bóg wie, co ja mam w sercu. To jest bzdura. Ludzie nie mają świadomości, gdzie wchodzą i do kogo. Kiedy byłam latem na Mszy świętej, i to w Polsce, nie w Norwegii, pół Mszy przepłakałam.

Dlaczego?

Kobiety ubrane były jak na plażę, wszystko było widać... Albo kobieta w spodniach na Mszy świętej - to w ogóle nie wygląda. Dlatego my poprzez nas sklep chcemy zachęcić kobiety do tego, aby spróbować inaczej, że można inaczej. Zachęcić nawet do całkowitego zrezygnowania ze spodni.

Duchowość jest najważniejsza, ja tego nie neguję. Często ludzie mnie źle odbierają i mówią, że to próżność inwestowanie w swój wygląd. Ale ja uważam, że naszą duchowość musimy jakoś uzewnętrznić. Za wzór obrałam sobie Maryję.

Aneta Ciężarek to działaczka pro life od 12 lat mieszkająca w Norwegii. Wspiera polską lekarkę Katarzynę Jachimowicz w walce o prawo do klauzuli sumienia. Ostatnio wystąpiła w programie Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać" u boku redaktora "Gościa Niedzielnego" Jarosława Dudały.

Zobacz galerię zdjęć ze styczniowego eventu "Kobieta w sukience".