Gdy lekarz żałuje aborcji...

Agata Puścikowska

GN 43/2017 |

publikacja 26.10.2017 00:00

Dla części lekarzy przerwanie ciąży to zwykły zabieg. Inni cierpią. Choć w ukryciu.

Gdy lekarz  żałuje aborcji... canstockphoto

W dyskusjach o przerywaniu ciąży najczęściej opisuje się trójkąt: matka, ojciec i zabite dziecko. Bardzo rzadko dodając, że za „zabiegiem” kryje się też personel medyczny. Lekarze, położne, pielęgniarki. O ile jednak temat położnych, które cierpią z powodu aborcji, wybrzmiewa, o tyle o lekarzach mówi się niewiele. Sami zresztą, z niewielkimi wyjątkami, rzadko chcą głośno mówić o swoich doświadczeniach i szpitalnych przeżyciach. A już absolutnym tematem tabu jest cierpienie po dokonanych zabiegach. Zarówno w środowisku, jak i w przestrzeni publicznej. Dlaczego? Czy można mówić o syndromie aborcyjnym u lekarzy ginekologów? A jeśli tak, to kogo dotyczy i jak się objawia?

Jak wymazać z pamięci?

Doktor Krystyna jest ginekologiem-położnikiem z prawie dwudziestoletnim stażem. Prosi, by zmienić jej dane osobowe, bo mimo że w szpitalu, w którym pracuje, pozwolono jej nie dokonywać aborcji, publiczne mówienie o syndromie aborcyjnym lekarzy „może wywołać niepotrzebne emocje”. – Nigdy nie robiłam zabiegów, choć kiedyś podchodziłam do sprawy dość bezrefleksyjnie. W szpitalach aborcje obserwowałam z dystansu, trochę jak „nie mój problem” – opowiada. – Kończyłam specjalizację, wiedziałam, kto wykonuje zabiegi legalne w moim szpitalu. Wiedziałam też, kto robi je poza szpitalem, nielegalnie. Pewien lekarz żył z tego i świetnie mu się wiodło. Mówił innym: „Jeśli skierujecie do mnie, płacę”. Czyli „odpalał” jakąś część pieniędzy. Wydawało mi się to dość obrzydliwe...

Do czasu. Do doktor Krystyny przyszła znajoma pacjentka. Była w pozamałżeńskiej ciąży. Prosiła o „pomoc” i „rozwiązanie problemu”. „Problem” na obrazie USG miał już małe ręce i nogi, i był zdrowy. – Pacjentka wiedziała, że nie robię aborcji. Próbowałam namówić ją do zmiany decyzji, ale nie chciała słuchać. W końcu zagroziła, że jeśli nie podam jej „porządnego adresu”, to wykona zabieg u jakiegoś „rzeźnika” i stanie jej się krzywda. Podałam namiary na mojego kolegę. Starałam się przekonać samą siebie, że postąpiłam słusznie.

Po kilku dniach ta sama pacjentka przyszła do szpitala na zabieg oczyszczenia macicy po poronieniu. – Musiałam ją przyjąć. Na USG tym razem zobaczyłam ciemność. Kilka dni wcześniej fikało dziecko. Do dziś pamiętam, a minęło wiele lat, jak wyglądała wtedy pacjentka, jak była uczesana i w co ubrana. I pamiętam, że dziecka w jej brzuchu już nie było…

Ten widok i wstrząs pani Krystyna próbowała przez długi czas wymazać z pamięci. – Wyparłam to. Nie chciałam myśleć. Tamten widok i cała sprawa wróciły z mocą kilka lat temu. Może miało na to wpływ urodzenie własnego dziecka, a potem drugiego… – zastanawia się doktor Krystyna. – Przypominam też sobie szokującą rozmowę z lekarzem, który kierował na zabiegi do innych specjalistów, jednocześnie przyznając: „Co z tego, że nie robię sam? Kieruję. To tak samo, jakbym skrobał”.

Pani Krystyna nie zdecydowała się na rozmowę z psychologiem. Nawet wtedy, gdy obraz z USG wracał do niej bardzo często. Wybrała spowiedź. Dopiero trzeci ksiądz zrozumiał, w czym problem. Poprowadził spowiedź generalną i wyspowiadał tak jak z przeprowadzenia aborcji. – Dopiero wtedy uzyskałam spokój sumienia, choć często myślę o tej matce i jej dziecku. Kiedyś, po śmierci, zobaczę je. Nie wiem, co mu powiem…

Bohater eugeniczny?

Położna Barbara pracuje na Pomorzu. Boi się rozmawiać otwarcie i pod nazwiskiem, bo, jak mówi, w środowisku najważniejsza jest „solidarność”. Strach głośno powiedzieć prawdę nawet wśród tych, którzy są przeciwni aborcji. Obecnie w szpitalu wykonuje się wyłącznie aborcje eugeniczne – legalne. Niegdyś, gdy pani Barbara zaczynała pracę, wykonywane były też aborcje „z przyczyn społecznych”. Wtedy musieli je przeprowadzać wszyscy lekarze w asyście wszystkich położnych. – Potem część lekarzy przestała. Myślę, że dzięki większej świadomości środowiska medycznego. Nastawienie społeczne ludzi też jest coraz bardziej negatywne.

Jak reagowali lekarze aborcjoniści na swoją pracę? – Bardzo różnie. Mam jednak wrażenie, że reakcje i zachowania tak naprawdę odzwierciedlały ogólny system wartości i sposób bycia. Widziałam podejście zupełnie bezrefleksyjne, widziałam klasyczne wyparcie. Widziałam problemy emocjonalne. Ale zauważyłam też czerpanie ogromnych korzyści z zabiegów i zwykłą chciwość. Obserwowałam również zachowania autodestrukcyjne. Tyle reakcji, ilu lekarzy.

Pani Barbara mówi również o współczesnych zachowaniach w przypadku aborcji eugenicznych. – Tak naprawdę nikt tego nie lubi. Bo jak lubić odbieranie życia dziecku? I to dużemu? Często jednak lekarze i położne tłumaczą to sobie „pomocą” matce, prawem do wolnego wyboru. Spora część środowiska chyba szczerze popiera aborcję eugeniczną, a przynajmniej „wolny wybór”. Niektórzy uważają nawet, że dokonują czynu nieomal bohaterskiego: przecież nikt nie chce, by cierpiało chore dziecko na świecie. Prawda?

Lekarz ginekolog z miasta na zachodzie kraju: – Asystowałem przy aborcjach eugenicznych. W końcu odszedłem ze szpitala, mam prywatną praktykę. Nie byłem w stanie dalej wmawiać sobie, że wszystko jest w porządku, a ja pomagam kobiecie. Nie mogłem spokojnie spać, bałem się o własną rodzinę, miałem objawy depresyjne, lęki. W końcu trafiłem do psychologa, który jednak nie bardzo potrafił mi pomóc. Ten po czasie skierował pacjenta do specjalisty od… stresu pourazowego. – Okazało się, że moja praca wywołała objawy porównywalne na przykład z walką na wojnie. Dopiero na takiej terapii, krok po kroku, porządkowałem swoje wspomnienia, a potem życie.

Jak reagują jego koledzy po fachu na (nadal) wykonywane aborcje eugeniczne? – Nie wierzę, że można z tym żyć normalnie. Chociaż wielu tak twierdzi. Zresztą… o TYM w szpitalach niemal wcale się nie mówi. TO się robi, potem sprząta, wypisuje w dokumentach i wychodzi się do domu. Czasem „przypadek” omawia się w pokoju lekarskim. Ale byle szybciej...

Gdzie po pomoc?

Nie wszyscy lekarze cierpią z powodu dokonywanych aborcji. Jednak część z nich potrzebuje wsparcia. I nie zawsze wie, gdzie szukać pomocy. Bywa również, że problemów emocjonalnych czy w funkcjonowaniu na co dzień wcale nie łączą z wykonywaną pracą.

Doktor Krystyna: – Lekarze gromadzą w sobie emocje, na zewnątrz zachowując kamienną twarz. Być może rzeczywiście część nie ma dużej wrażliwości i traktuje terminację ciąży jako „obowiązek służbowy”. Bywa jednak, że ból zagłusza się używkami, zdradami czy nawet jakimś szalonym hobby.

Gdzie się więc ratować? I jak? – Kiedyś przyszedł do mnie pacjent skarżący się na problemy w rodzinie, na trudności relacyjne – opowiada dr Sabina Zalewska, psycholog. – Szukaliśmy więc problemów w rodzinie, lecz okazało się, że relacje małżeńskie i z dziećmi były bardzo dobre. Mimo to pacjent miał objawy stanów depresyjnych. Szukaliśmy więc drugiego dna. W końcu pacjent opowiedział o swojej pracy: był ginekologiem-położnikiem.

Jednymi z objawów, które go zaniepokoiły, były chęć wycofania, ucieczki w siebie, poczucie strasznej pustki. – W tej jego pustce dominował jeden obraz: wracały do niego sceny z gabinetu, w którym dokonywał aborcji. Opowiadał wręcz: „te dzieci patrzą na mnie otwartymi oczami” – wspomina Zalewska. – To, co przez lata robił, było sprzeczne z systemem wartości, w którym został wychowany i z którym się wewnętrznie zgadzał. Żył więc wiele lat w rozdarciu: musiał robić rzeczy, które uważał za zło. Opowiadał też, że jest to szerszy problem wśród lekarzy, jednak młodzi medycy zmuszają się, by go zracjonalizować. Pacjent skarżył się też, że jeśli w środowisku ktoś się buntuje, spotyka go swoisty ostracyzm.

Jak skończyła się tamta terapia? – Skierowałam pacjenta do psychologów specjalizujących się w stresie pourazowym. Bo to właściwy adres dla lekarzy, którzy przeżywają traumę poaborcyjną.

Oprócz terapii w gabinetach psychologicznych istnieje też możliwość odbycia rekolekcji dla osób, które doświadczyły aborcji. Rekolekcje Winnica Racheli to inicjatywa, która w Polsce pojawiła się stosunkowo niedawno. Rekolekcje są organizowane cyklicznie, w kilku miejscach w kraju. Współorganizatorką wydarzenia jest s. Beata Witerska SAC. – Nasze rekolekcje są skierowane do wszystkich osób dotkniętych problemem aborcji. Głównie oczywiście do matek, ale jeśli zbierze się grupa lekarzy czy położnych, przeprowadzimy ich przez traumę. Zarówno psychologicznie, jak i duchowo. Indywidualnie i dyskretnie.

Według s. Beaty, która jest też wykwalifikowaną pielęgniarką, środowisko medyczne nie chce rozmawiać o aborcjach, bo to otwarcie wielkiej rany. A otwarcie rany zawsze najpierw boli. – My, środowisko medyczne, uczeni jesteśmy zdystansowania względem pacjenta. Świat medyczny broni się przed emocjami i cudzym cierpieniem. Nosi maski i tarcze, a na tarczach jest wypisane: „wykonujemy prawo”. W ten sposób łatwiej zwyczajnie żyć. Jednym udaje się tak przeżyć całe życie. Inni cierpią.

Siostra Kinga Skórska SAC, psychoterapeutka, również współtworzy Winnicę Racheli: – Podobną sytuację różni ludzie przeżywają bardzo różnie. Jedne matki wypierają aborcję, inne są rozbite i wpadają w stany depresyjne. Podobny mechanizm występuje u lekarzy – mówi s. Kinga. – Wiele osób dotkniętych aborcją po prostu broni się przed wspomnieniami i bólem, bo inaczej nie potrafiłoby funkcjonować.

Siostra Kinga dodaje, że obecnie odchodzi się od terminu „syndrom aborcyjny”, a wymienia się szereg problemów, które mogą wynikać z aborcyjnej traumy. Nie wszyscy pacjenci doświadczają tych samych objawów. – Istnieją też cechy wspólne po przeżytej traumie aborcji. Przypominają zespół stresu pourazowego. Jestem pewna, że można pomóc pacjentom uporać się z tym problemem. Jeśli tego chcą.