Dlaczego ubywa powołań?

Andrzej Macura

Samo postawienie tego pytania nasuwa już pewną odpowiedź.

Dlaczego ubywa powołań?

Coraz mniej młodych w Europie i Ameryce północnej decyduje się pójść drogą kapłaństwa i życia zakonnego. Suche dane (po polsku TUTAJ, po włosku, szerzej TUTAJ) pokazujące, że księży i osób konsekrowanych na tych kontynentach cały czas ubywa, nie pozwalają mieć w tym względzie żadnych wątpliwości. Ale o ile bez życia konsekrowanego Kościół jakoś się obejdzie, to na pewno do istnienia potrzebuje kapłanów. Ciągły spadek ich liczby musi niepokoić i rodzić pytania o kondycję religijną społeczeństwa Zachodu.

W Polsce, generalnie,  księży wydaje się nie brakować. Spada jednak liczba przygotowujących się do kapłaństwa. Widać to zwłaszcza, gdy porównać obecne dane z tymi sprzed lat. A to znaczy, że gdy odejdą do wieczności najbardziej liczne i aktywne dziś kapłańskie roczniki, nie będzie miał kto ich zastąpić. Co wtedy zrobimy?

Niespecjalnie lubię, kiedy przyczyn zmniejszenia liczby powołań upatruje się w jakichś zjawiskach społecznych: ogólnie zmniejszającej się liczbie poważnie traktujących swoją wiarę, w kryzysie rodzin, dzisiejszym zagubieniu religijnym i moralnym ludzi młodych albo i większych możliwościach zrobienia kariery gdzie indziej. Jako wierzący na serio traktuję fakt, że powołanie wynika z... powołania. Przez Boga. Upatrywanie jego źródeł w zjawiskach społecznych odziera je z jego nadprzyrodzoności i sprowadza decyzję o pójściu do seminarium do zwykłego wyboru zawodu. W konsekwencji podważając sensowność traktowania kapłaństwa jako powołania. I chyba jedynym czynnikiem społecznym, którym można tłumaczyć zmniejszającą się liczbę przygotowujących się do kapłaństwa bez godzenia w nadprzyrodzoność tego wyboru, jest niż demograficzny: jest nas mniej, więc i kapłanów mniej będzie potrzeba.

Konsekwentne pozostanie na płaszczyźnie traktowania wyboru kapłaństwa jako wyniku Bożego wezwania rodzi jednak bardzo poważne pytania. Dlaczego Bóg wzywa dziś mniej młodych ludzi? Dlaczego nie wzywa tam, gdzie brak kapłanów wyraźnie już szkodzi trwaniu Kościoła? Nie sądzę, by można było powiedzieć, że nie ma z kogo wybierać. Aż tak źle z wiarą młodych ludzi, zwłaszcza w Polsce, nie jest. Nie sądzę też, by można było powiedzieć, że wzywa, tylko młodzi Mu odmawiają. Przepraszam, Bóg, gdyby chciał, na pewno znalazłby drogę do serca ufających mu ludzi. Nie tego, to innego. To dlaczego tych powołań tak mało?

Nie znam oczywiście odpowiedzi na to pytanie, bo nie czytam Bogu w myślach. Wydaje mi się jednak, że jako Kościół powinniśmy się poważnie zastanowić, czy przypadkiem nie jest tak, że powołań jest w sam raz, tylko my, ludzie, je marnujemy. I nie mam tu na myśli seminaryjnego sita, przez które wielu kandydatów do kapłaństwa ostatecznie nie przechodzi. Wiem, że to Kościół ocenia prawdziwość powołania i jeśli nie chcemy dopuścić do kapłaństwa ludzi przypadkowych, tak powinno być. Myślę raczej o marnowaniu powołania tych, którzy już są wyświęconymi kapłanami. Nie wchodząc w szczegóły: chodzi o proporcje między liczbą księży pełniących posługę duszpasterską a liczbą tych, którzy zajmują się innymi, nie wymagającymi święceń sprawami. Nie dałoby się rozsądniej szafować skarbem, jakim jest dla Kościoła powołania do kapłaństwa?