Dlaczego ministranci nie chcą chodzić po kolędzie?

Maciej Rajfur

dodane 21.01.2019 16:25

To, co jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia, dzisiaj staje się faktem.

Dlaczego ministranci nie chcą chodzić po kolędzie? Józef Wolny /Foto Gość Jeszcze nie tak dawno powszechnie uważano kolędę za pewną formę wynagrodzenia za cały rok służby

Z kilku parafii archidiecezji wrocławskiej płynie sygnał, że brakuje ministrantów na kolędę. Z jednej strony maleje liczba chłopców służących przy ołtarzu w ogóle. To efekt powszechnej laicyzacji. Ale nie w tym rzecz.

Ci, którzy nadal udzielają się w służbie liturgicznej, nie chcą po prostu chodzić z księdzem po kolędzie do domów w swoich parafiach. Powodów jest kilka i mają one różne źródła. To o tyle zaskakujące, że jeszcze nie tak dawno powszechnie uważano kolędę za pewną formę wynagrodzenia za cały rok służby, ale również i ważne zadanie wsparcia kapłanów.

Obecnie pieniądze zebrane podczas wizyty duszpasterskiej już nie są atrakcyjne, a element ważnej pomocy dla księdza również nie gra dużej roli. Problem pojawia się głównie w dużych miastach.

- Myślę, że wiele zależy od rodziców, którzy mogą odpowiednio wychowywać i ukierunkować myślenie chłopca o służbie przy ołtarzu i o kolędzie. Współcześnie rodzic często zarzuca dziecko masą dodatkowych zajęć przez cały tydzień. Oprócz tego ma ono jeszcze szkołę i naukę. Czuje presję na mocny osobisty rozwój, spełnia oczekiwania dorosłych i często czuje się przytłoczone tym wszystkim. A gdzie tu wcisnąć kolędę? - pyta retorycznie ks. dr Marcin Kołodziej.

Wikariusz w kościele pw. Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie dodaje, że właśnie w jego parafii pojawił się problem z obecnością ministrantów na kolędzie.

- Druga strona medalu to brak chęci ze strony chłopaków. Te parę złotych, które zarobią, nie są dla nich zachęcające. Nie robią na nich wrażenia, bo niestety często rodzice oferują im znacznie więcej. „Po co masz iść i się męczyć - my ci damy tyle samo” - mówi ks. dr Kołodziej.

Ks. Jakub Deperas nie chce narzekać na swoich ministrantów. Część z nich prosto ze szkoły z językiem na brodzie i bez obiadu wybiera się z księdzem po kolędzie. Ale niestety, coraz więcej osób po prostu odmawia.

- Pamiętam, jak 10 lat temu czekałem na ten czas i brałem wszystkie wyjścia, jakie mi ksiądz zaproponował, ciesząc się z każdego osobno. Dzisiaj oni już do tego tak nie podchodzą. Przyszło do ołtarza pokolenie, dla którego niewiele rzeczy okazuje się atrakcyjnych - uważa ks. Deperas.

Wikariusz parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Bolesnej na wrocławskiej Różance dodaje, że oprócz tego brakuje swoistego ducha służby, którego czuli również rodzice posyłający swoich synów do służby liturgicznej.

- Nie chodzi tylko o kasę, ale o pomoc, wsparcie dla księdza. To kwestia podejścia. Mało kto dziś to czuje. Po drugie, dzieci musiałaby mieć po prostu więcej wolnego czasu. One mają każde popołudnie jakoś zagospodarowane. Może to cecha jedynie wielkomiejska? Pochodzę z małej miejscowości, tam tak nie było - przyznaje ks. Jakub.

Jak dotąd, zawsze udawało mu się namówić choć jednego ministranta i na szczęście nigdy nie wychodził do domów parafian sam.

W źródłach problemu wymienia nadopiekuńczość rodziców, którzy nie puszczą dziecka po kolędzie z obawy przez mrozem, deszczem, ciężką pracą.

W tej sprawie społeczeństwo kieruje się tzw. mentalnością supermarketową, o której mówił niejednokrotnie papież Benedykt XVI.

- Chcemy brać z Kościoła, a przy tym nic nie dawać. Czyli wkrada się usługowość. Rodzice nie potrafią dziecku, i co gorsza sobie, dobrze tego wytłumaczyć. Ministrant nie jest tym, który idzie, by tylko zarobić, ale po prostu pomóc. Chodzi o budowanie pięknej relacji z parafią, o służbę ludziom - wyjaśnia ks. Marcin Kołodziej.

Coraz bardziej wygodny styl życia przekłada się także na płaszczyznę praktyk religijnych. Wizyta duszpasterska stała się dla młodych chłopców żmudnym i nudnym „łażeniem” z księdzem po domach. Wcześniej była przygodą spotkania z drugim człowiekiem, modlitwy w jego domu, odwiedzeniem znajomych z parafii.

Inaczej także traktowano ministrantów od drugiej strony - domowników. Przychodził zwiastun Bożego błogosławieństwa, które zaraz zawita do naszych czterech ścian. Dlatego należy go ugościć z serdecznością, dobrym słowem, szczodrym gestem.

- Wciąż spotykamy się z niezwykłą troską i zaangażowaniem ze strony parafian, ale z roku na rok jest tego coraz mniej. Pamiętam, jak w dzieciństwie przychodziłem z kolędy i nie mieściłem w kieszeniach cukierków, owoców, słodkości. Miałem wspomnienia niezwykle uprzejmych rozmów. Poznawałem wspaniałych ludzi. Dzisiaj słyszę najczęściej: „Szczęść Boże, który ksiądz idzie? Aha, dzięki” - opowiada lektor Dominik Kwaśniewicz, który przy ołtarzu służy już 12 lat.