VI Diecezjalny Dzień Kobiet: Hiobowe świadectwo pani Bogusi

baja

dodane 02.03.2019 16:59

Bogumiła Szymko przyjechała na VI Diecezjalny Dzień Kobiet z Międzyborowa. Opowiedziała swoją trudną historię. Kobiety pod koniec przerwały tę opowieść brawami.

Świadectwem miłości na różnych płaszczyznach podzieliła się Bogumiła Szymko Magdalena Gorożankin /Foto Gość Świadectwem miłości na różnych płaszczyznach podzieliła się Bogumiła Szymko

Jestem prostą kobietą i nigdy nie przemawiałam do takiego wielkiego zgromadzenia - zaczęła. - Mam kompletną pustkę w głowie, ale wiem, że Pan Bóg był zawsze ze mną.

Pani Bogusia pochodzi z rodziny katolickiej, była bielanką, modliła się na różańcu. Potem wyszła za mąż, wiodła w miarę szczęśliwe życie. Do pewnego momentu. - Tuż po Komunii zmarł mój starszy syn - opowiadała. - Kiedy leżał w trumnie, był taki zimny, taki twardy... Moje kochane dziecko! Nic nie pomagało, że byłam blisko Boga. Cierpiałam każdym kawałkiem mojego ciała!

- Pan Bóg przerwał tę udrękę i pobłogosławił nas kolejnymi dziećmi. Kiedy wydawało się, że okrzepłam, zaczęło do mnie docierać pytanie o moją wiarę, o przykazanie miłości. Zdałam sobie sprawę, że lubię ludzi, więc druga część przykazania miłości jest łatwa, ale pierwsza?! Jak ja kocham Boga? Kim jest Bóg w moim życiu? Czy moja wiara jest prawdziwa? Czy to nie tylko fasada, obrzędy, wiara tradycyjna? "Panie Boże, zrób coś, ja chcę Cię poznać" - powiedziałam sobie podczas pielenia ogródka. Pan Bóg odpowiedział natychmiast. Serio. Przyszedł ksiądz ze Spały i przyniósł propozycję Domowego Kościoła do naszej parafii podczas rekolekcji wielkopostnych. Pewnie gdyby nie ten Domowy Kościół, to nie wiem, czy bym żyła. Bardzo mi był potrzebny ten czas. Bo wkrótce... zmarł mój drugi syn. Najpierw było zdumienie: "No, jak to? Drugi?". I wyobraźcie sobie, że jeszcze tego samego dnia podczas adoracji Najświętszego Sakramentu usłyszałam w środku głos Boga: "Nie martw się. Wszystko jest dobrze". Naprawdę, dzięki tej osobistej relacji z Bogiem, którą nawiązałam w Domowym Kościele, ja już zupełnie inaczej przeżywałam śmierć dziecka. Pierwszy syn miał 9 lat, drugi prawie 27. To trudne sytuacje. Mój mąż wkrótce zachorował na raka. Po niespełna dwóch latach zmarł. Ja go pielęgnowałam, on chciał już odejść, byliśmy niby pogodzeni z wolą Bożą. Po jego śmierci okazało się, że był moją drugą połową, nie umiałam wręcz oddychać. Do tego doszły kłopoty materialne - przeciekał dach, zepsuł się piec centralnego ogrzewania... W pewnym momencie poczułam, jak ciernie duszą te ziarna rzucone w ziemię - opowiadała łamiącym się momentami głosem.

Spokój przyszedł, gdy zaczęła dziękować. Mimo buntu, bólu i cierpienia. Dziś towarzyszą jej słowa Matki Teresy z Kalkuty, zwłaszcza te, że chciałaby patrzeć na ludzi oczami Jezusa. - Zaczynam nie widzieć w ludziach zła. Bo każdy z nas jest dobry - mówiła. - Jeśli ktoś na nas patrzy z miłością, to jesteśmy lepsi. I tak widzi nas Bóg. Zrozumienie tego zajęło mi sporo czasu. A jeżeli jest cierpienie, to Pan Bóg go nam nie zabiera, tylko do niego przychodzi i jest z nami w nim. I nas niesie.

Czytaj także: