Niemiecki sąd: dzieci odebrane rodzicom nie są ofiarami

dodane 14.04.2019 16:22

Dzieci porwane w czasie II wojny światowej i poddane germanizacji nie mają prawa do odszkodowania – zdecydował Wyższy Sąd Administracyjny w Muenster.

Niemiecki sąd: dzieci odebrane rodzicom nie są ofiarami

W ten sposób potwierdzono wcześniejsze orzeczenie sądu w Kolonii. Sprawę założył 84-letni Hermann Lüdeking, który jako dziecko został porwany do ośrodka Lebensborn a następnie wychowany w niemieckiej rodzinie. Jego historię opisał niemiecki dziennik „Badische Zeitung”.

Lüdeking, który został porwany w 1942 r. czuje się poszkodowany, bo po dziś dzień nie zna swojej prawdziwej tożsamości, zaś jego przybrana matka nigdy nie traktowała go jak prawdziwego syna. Domaga się 2,5 tys. euro „symbolicznego” odszkodowania od niemieckiego państwa.

- Oni czekają na to, że wszyscy wymrzemy. Nie chodzi mi o pieniądze, kwota jest nieważna, chodzi tylko o to, by uznali naszą krzywdę oraz to, że byliśmy ofiarami - mówi Lüdeking. 84-latek jest jednym z tysięcy dzieci, których Niemcy porywali z Polski i innych krajów okupowanych przez III Rzeszę. Celem było zasilanie „aryjskiej rasy” i realizacja poleceń szefa SS Heinricha Himmlera, który postanowił „ściągać germańską krew ze wszystkich zakątków świata, rabować ją i kraść, gdzie to tylko będzie możliwe”.

Chodziło o to, by siłą zmuszać dzieci do nauki niemieckiego i wcielając do niemieckich rodzin, robić z nich Niemców. Do germanizacji wybierano przede wszystkim dzieci o jasnych włosach i niebieskich oczach, a także spełniające inne kryteria „aryjskości”, jak na przykład proporcje różnych części czaszki. Niemieccy urzędnicy porywali dzieci z domów, na ulicach, podczas akcji pacyfikacyjnych na przykład na Zamojszczyźnie i z sierocińców. Liczba ofiar szacowana jest na 50 - 200 tys.

Herman Lüdeking w momencie porwania miał niespełna 6 lat i nazywał się Roman Roszatowski. Do ośrodka Lebensbornu, w którym przebywał zgłosiła się Maria Lüdeking, zasłużona działaczka nazistowskiego Związku Niemieckich Dziewcząt, której syn poległ na froncie. Romek stał się Hermannem Lüdekingiem.

Przybrana matka nigdy nie chciała powiedzieć, czy wie coś na temat jego biologicznych rodziców. Hermann do dziś nie zna ich tożsamości, choć próbował ją ustalić. Uważa, że odszkodowanie należy się zrabowanym dzieciom nie tylko za wyrywanie ich z naturalnego środowiska i brutalne traktowanie w ośrodkach Lebensbornu, ale także za szkody moralne wynikające z wieloletnich zmagań w poszukiwaniu swojego pochodzenia.

– Nie miałem szczęśliwego dzieciństwa i do dziś nie wiem kim jestem - podkreśla mężczyzna.

Sąd Administracyjny w Kolonii, do którego w 2015 r. wpłynął pozew ze stowarzyszenia „Zrabowane dzieci – porwane ofiary”, pisze w uzasadnieniu wyroku, że bez wątpienia ofiarom „poprzez przymusową germanizację zostały wyrządzone znaczne krzywdy”.

Sąd zauważa jednak, że nie jest instancją, która może dodać kolejne kategorie ofiar do tych, którym już przysługuje prawo do odszkodowań. A są to wedle rządowych wytycznych osoby prześladowane przez nazistów „z powodu swoich społecznych lub osobistych zachowań lub z racji szczególnych cech osobistych (jak np. upośledzenie umysłowe)”.

Zdaniem sądu porwane i siłą germanizowane dzieci nie należą do tej grupy. Sąd odwołał się do odmowy, jaką ofiary dostały w 2013 r. od ministerstwa finansów. Urzędnicy tłumaczyli w niej, że ofiary porwań i przymusowej germanizacji „nie były prześladowane z racji swojego zachowania lub cech”.

Teraz 84-latek, który ma zaledwie 900 euro emerytury musi ponieść koszty procesu – 2500 euro, na co go – jak zaznacza – nie stać. Według Christopha Schwarza ze stowarzyszenia „Zrabowane dzieci – zapomniane ofiary” niemieccy politycy obawiają się, że temat germanizacji otworzy kolejne puszki Pandory, jak choćby „uwikłanie Jugendamtów w działalność nazistowskiego reżimu”.

(wpolityce.pl)