Wola nieba

GN 24/2019 |

dodane 13.06.2019 00:00

O przerwanej karierze, chorobie syna i zaufaniu mówi Marek Citko.

Wola nieba Tomasz Gołąb /Foto Gość

Szymon Babuchowski: Podobno Pana ulubioną księgą biblijną jest Księga Hioba. Dlaczego?

Marek Citko: Spodobała mi się postawa Hioba: cokolwiek się działo, zawsze miał zaufanie i umiał się pogodzić z wolą Boga. Utkwiło mi to w głowie, choć czytałem tę księgę jeszcze przed moimi problemami: kontuzją i operacją syna. Czasami żartuję, że człowiekowi, który ma takie zaufanie, jest w życiu łatwiej, bo nigdy się niczym nie przejmuje. Umie przyjąć to, co go spotyka. Czasami jest to trudne, bo emocje bywają silniejsze od naszego rozumu i przekonań, ale przyjąłem taką postawę i staram się tak postępować.

Czy kiedy kontuzja ścięgna Achillesa przerwała nagle tak świetnie rozwijającą się karierę, łatwo było Panu powiedzieć: „Bóg dał, Bóg zabrał”?

Wtedy było łatwo, bo byłem pewny, że to będzie krótsza przerwa. Nawet lekarze dziwili się, że czeka mnie operacja, a ja jestem pogodny, uśmiechnięty. Miałem wtedy taki szalony okres: mecze, wyjazdy, wywiady. Zero czasu dla siebie. A kontuzja i pobyt w szpitalu spowodowały, że ten czas znów się pojawił. Przeczytałem w końcu Trylogię, mogłem spotykać się ze znajomymi. I choć miałem świadomość, jak poważna jest to kontuzja, cieszyłem się wolnym czasem. Wiadomo, kiedy przedłużał się okres leczenia, człowiek się denerwował. Bardzo już chciałem wrócić na boisko. Ale mówiłem: wola nieba. Wiedziałem, że na pewno kiedyś wrócę, bo Pan Bóg ma dla mnie taki plan, a nie inny. Więc czekałem spokojnie.

Szczytu formy nie udało się już jednak osiągnąć. Zaważyły na tym m.in. błędy lekarzy. Czy nie zrodził się wtedy żal: do samego siebie, działaczy, lekarzy, a może nawet Pana Boga?

Nie. Myślę, że już wtedy byłem na tyle zahartowany, że nie szukałem winnych dookoła. Uważałem, że widocznie w perspektywie wieczności jest to dla mnie dobre. Wiadomo, że to trudne, bo każdy chce być zdrowy, piękny, bogaty, odnosić sukcesy, ale nigdy nie miałem w sobie takiej odwagi, żeby złorzeczyć Bogu. Zawsze bojaźń Pańska była u mnie z tyłu głowy. Starałem się dostrzegać, że wszystko jest po coś: dla mojego zbawienia, może także dla zbawienia innych wokół mnie – znajomych, przyjaciół, rodziny. Z takim podejściem człowiek łatwiej znosi problemy. Nie ucieka w alkohol, używki, nie chodzi znerwicowany, nie przeklina. Tak to wtedy odczuwałem: skoro tak ma być, to OK, przyjmuję to. Patrzę dalej z optymizmem.

Skąd u Pana to zaufanie? To jest łaska, czy może da się taką postawę wypracować?

Czytałem dużo książek religijnych, książek o świętych, a przede wszystkim „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis. Ta ostatnia naprawdę przewartościowała mój świat, moją wiarę. Tam jest zawarta głębia wiedzy o naszej wierze, podana prostym językiem. Ta książeczka była dla mnie fundamentem. Później także postawa różnych świętych ugruntowała mnie w przekonaniu, że najłatwiej jest w życiu Panu Bogu zaufać. Wtedy jesteśmy też mniej uciążliwi dla innych. Nie jęczymy, nie narzekamy, że np. nie osiągnęliśmy sukcesu. To są dwa różne światy: perspektywa wieczności i perspektywa ludzkiego sukcesu. Jeżeli człowiek ustawi sobie w głowie właściwą optykę, odpowie na pytanie: co jest dla niego ważniejsze: sukces tu, na ziemi, czy sukces w niebie – to spokojnie podchodzi do życia. Nie oczekuje nie wiadomo czego. Cieszy się dniem dzisiejszym, chwilą, pogodą.

Czy te dwie perspektywy kłóciły się w Panu?

Nie. Od dziecka, a zwłaszcza po przeczytaniu książeczki Tomasza à Kempis, mam w sobie przekonanie, że moim celem jest zbawienie. To jest mój priorytet. A inne rzeczy, które mnie spotykają przy okazji, dobre i złe – przyjmuję.

I nie zależało Panu na ziemskim sukcesie?

Zależało. To też nie jest tak, że nie mam marzeń; że nie chciałbym niczego osiągnąć. Ale jeżeli Pan Bóg ma inny pomysł na mnie, to to przyjmuję. Nauczyłem się też, żeby aż tak daleko nie planować. Bo Pan Bóg wie lepiej. Dlatego cieszę się po prostu dniem dzisiejszym, bo jutro, pojutrze może już mnie tu nie być. Każdy dzień trzeba tak przeżyć, jakby to był ostatni dzień. I tak staram się robić: w każdym momencie swojego życia być przygotowanym, że mogę zginąć. Wtedy tej śmierci już tak się nie boisz.

Musiał Pan z czegoś zrezygnować, idąc w stronę Boga?

Nie odczuwam tego, żebym musiał z czegoś rezygnować. Wprost przeciwnie: wiem, że im żywsza jest moja wiara, im więcej czasu poświęcam Panu Bogu – tym życie jest pełniejsze. Może nie mam więcej czasu, ale jestem spokojniejszy, radośniejszy.

I wiadomość o ciężkiej chorobie serca nie narodzonego jeszcze wtedy syna też przyjął Pan z takim spokojem? Nie buntował się Pan?

Nie, przypomniała mi się postawa Abrahama, który umiał się pogodzić z wolą Bożą. Wiedział, że Pan Bóg tego od niego wymaga. Ja jestem takim człowiekiem, że jak coś się dzieje źle, to nie panikuję, nie narzekam, tylko staram się działać. Więc jak pojawiła się ta diagnoza, to pomyślałem: OK, wola nieba. Co ma być, to będzie. Zaufajmy Panu Bogu, ale trzeba się też modlić, bo Pan Jezus powiedział: „Proście, a otrzymacie”. Wiedziałem, że modlitwa ma moc, więc poprosiłem wszystkich, których mogłem – moich przyjaciół, księży, siostry zakonne i znajomych – żeby się modlili.

Ułożył Pan też swoją modlitwę.

Tak, napisałem taką prywatną modlitwę zaufania – tak, jak czułem, od serca. Odmawiałem ją codziennie. Modliłem się o udaną operację i o zdrowe serce dla syna, ale mówiłem też, że pogodzę się z tym, co będzie. Na końcu dodawałem: wola Twoja. Cokolwiek będzie, to dziękuję.

Jak Pan zareagował, kiedy lekarz doradzał Państwu aborcję?

Decyzja była od razu na „nie”. Dziecko miało być roślinką i leżeć całe życie w łóżku, ale nie miałem odwagi bawić się w Pana Boga i zabierać komuś życia. Byłem gotowy na to, że trzeba będzie się synem opiekować. Jeśli miałoby to oznaczać rezygnację z piłki, zrezygnowałbym.

Konrad ma teraz 16 lat. Jak się czuje?

Super! Jest w stanie grać w piłkę przez godzinę, dwie godziny pływać na basenie, nurkować. Raz w tygodniu gra w tenisa. Wie, że ma odpoczywać, ale uprawia sport amatorsko i czuje się bardzo dobrze. Od początku też się uśmiechał – odbieraliśmy to jako wdzięczność, radość z tego, że żyje. Nadal jest takim uśmiechniętym chłopakiem.

Patrzy Pan na to, co się wydarzyło, w kategoriach cudu, Bożej interwencji?

Na pewno tak, bo wszystkie operacje przebiegły idealnie. A diagnoza była poważna: niedorozwój lewej komory serca, HLHS – tak się ta choroba nazywa. Tak naprawdę pół serca wtedy nie funkcjonuje. A mimo to syn rozwija się dziś idealnie – wyniki co roku są lepsze. Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw. Może to doświadczenie było potrzebne naszej rodzinie, żeby dać świadectwo innym rodzicom. A przede wszystkim lekarzom, żeby w Pana Boga się nie bawili i nie wydawali wyroków.

Pracuje Pan dziś jako menedżer piłkarski. Żałuje Pan współpracy z Jakubem Meresińskim, który o mały włos nie pociągnął na dno Wisły Kraków?

Na pewno tak. Każdy popełnia błędy – mój błąd był taki, że zaufałem; nie sprawdziłem człowieka do końca. Ale czasu nie cofnę. Nie będę się codziennie biczował ani szukał winnych dookoła. Myślę, że udało mi się to ponaprawiać. Na szczęście klub funkcjonuje nadal i jest w Ekstraklasie.

Trudno w środowisku piłkarskim przyznawać się do wiary?

Zacząłem to robić, kiedy grałem w Widzewie, a więc w wieku 20–21 lat. Każdy, kto mnie zna, wie, że nie boję się o tym mówić. Znajomi czasami pytają o to, rozmawiają ze mną o wierze. Niektórzy szydzą, zaczepiają, ale kiedy zaczniemy rozmowę na argumenty, to nie mam z tym problemu.

I nie czuje się Pan z tym osamotniony?

Nigdy nie patrzyłem w tych kategoriach. W każdym środowisku trzeba mieć trochę odwagi, żeby się publicznie przyznać do wiary. To dziwne, bo przecież żyjemy w kraju katolickim. Może niektórzy boją się przyznać, bo za tym powinny także pójść czyny. A kiedy zgrzeszą, popełnią błąd, będą wyśmiewani. Ale ostatnio także sportowcy nie boją się przyznawać do wiary. Robert Lewandowski brał udział w akcji „Nie wstydzę się Jezusa”, Kamil Stoch też otwarcie mówi o swojej wierze. Dotyczy to także zagranicznych sportowców, np. Jürgen Klopp wyznał ostatnio, że jest chrześcijaninem i najważniejszą dla niego osobą jest Jezus Chrystus. W czasach, kiedy grałem, to faktycznie należało do rzadkości. Ale być może teraz więcej osób będzie się musiało przyznać, po której jest stronie, bo widzimy coraz większą walkę duchową – z wartościami, z rodziną.

A Pan gdzie szuka oparcia w tej walce?

W modlitwie, Eucharystii, Komunii Świętej. Staram się chodzić do kościoła nie tylko w niedziele, ale codziennie. A jak mi się nie uda, to przynajmniej co drugi, trzeci dzień. Także Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego – to jest to, co daje siłę.

Jakie ma Pan teraz marzenia?

Żeby osiągnąć zbawienie. Modlę się też o to dla mojej rodziny. •

Marek Citko

Były piłkarz, w latach 1996–1997 reprezentant Polski. Największe sukcesy odnosił z Widzewem Łodź, z którym m.in. dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski i występował w Lidze Mistrzów. W 1996 r. zwyciężył w plebiscycie na najlepszego sportowca kraju. Obecnie pracuje jako menedżer.

Tagi: