Bóg nie jest księgowym

Marcin Jakimowicz

GN 24/2019 |

dodane 13.06.2019 00:00

Co zrobić, gdy człowiek łapie się na tym, że modlitwa staje się uciążliwym obowiązkiem?

Bóg nie jest księgowym canstockphoto; montaż studio gn

Zmówiłem już dziesiątkę w intencji dziecka poczętego (jeszcze tylko trzy miesiące do zakończenia duchowej adopcji), a potem Koronkę do Bożego Miłosierdzia (zobowiązałem się, zapisując się do Kręgu Miłosierdzia). „Pod Twoją obronę” dla noszących szkaplerz i margaretka za księży. Uff! Koniec! Czy ta modlitwa była coś warta? A może była jedynie bezmyślną paplaniną? Czy nie lepiej modlić się własnymi słowami? A może zarzucić te formułki i już do nich nie wracać?

Same małe dzieci

Grupa turystów zwiedzała ukrytą w górach alpejską wioskę. Przy jednej z chat spotkali staruszka. Siedział na ławce i palił fajkę. „Czy w tej wiosce urodzili się jacyś wielcy ludzie?” – zapytali protekcjonalnym tonem. „Wielcy ludzie? Nie! Tylko same dzieci” – odparował staruszek. Ta anegdota kojarzy mi się z długodystansowym spojrzeniem i wiernością w modlitwie. „Lubimy dania z mikrofali, a Bóg woli marynaty” – usłyszałem niedawno. Życie duchowe to nie sprint, ale bieg na długim dystansie.

Świat nucący pod nosem „Free your mind” zwiewa z szufladek, wymyka się z utartych, gotowych wzorców. „Schemacie–kacie” − pisał Edward Stachura. Nam, katolikom, zarzuca się nieustannie „klepanie zdrowasiek”. Jak modlić się „formułkami”, by „pałało w nas serce”?

– „​Którą zdrowaśkę zmówiłam?” – czy s. Bogna często łapie się na takim pytaniu? – zaczepiam s. Młynarz, doktor teologii duchowości. – Tak. Codziennie modlę się Różańcem. Czasem robię to w różnych okolicznościach, na przykład prowadząc samochód, więc nie jest mi obce to doświadczenie „pogubienia się” w zdrowaśkach. Nie traktuję tego jednak jako dramatu. Mój Bóg nie jest księgowym. Staram się być wierna zasadom, bo one są potrzebne mnie, nie Jemu, jednak tego, że czasem „dziesiątka” ma dziewięć, a innym razem jedenaście Pozdrowień Anielskich, nie traktowałabym w kategoriach rzeczy istotnych. Formuły modlitewne są ważne: przypominają duchowe „rozruszniki”, bo wkładają nam w usta słowa piękne, mądre, pełne ducha, szczególnie gdy modlimy się psalmami czy, jak w Różańcu, tekstem z Ewangelii. Poruszają naszego ducha, mobilizują go do modlitwy. Jest to jednak jedynie środek do celu, którym jest spotkanie z Bogiem. Są narzędziem, z którego trzeba nauczyć się korzystać. Przy braku umiejętności nawet najlepszym narzędziem można zrobić sobie krzywdę. Przytoczę tu biblijną historię węża miedzianego. Był zrobiony na polecenie Boga, by być środkiem uzdrowienia dla pokąsanych przez węże Izraelitów. Jego wizerunek, na który patrzyli, pomagał im spotkać się z uzdrawiającą mocą Boga. Jednak w Drugiej Księdze Królewskiej czytamy, że pobożny król Ezechiasz kazał zniszczyć wizerunek węża, bo… lud zaczął oddawać mu chwałę! To, co jest środkiem do celu, może stać się bożkiem! Tak samo jest ze sposobami modlitwy. Służą nam do spotkania z Bogiem, ale gdy przywiązujemy do nich zbytnią wagę lub traktujemy je magicznie, stają się przeszkodą.

Zdeterminowana determinacja

– Święta Teresa z Ávila rozróżnia modlitwę myślną (prosta forma, która rodzi się w naszym sercu) i modlitwę ustną (wypowiadanie głośno pewnej formułki). Mistyczka stawia sprawę zdecydowanie: jeśli wypowiadam formułkę, a moja myśl za nią nie idzie, to nie nazywam tego modlitwą – opowiada ks. Szymon Kiera, duszpasterz z Chorzowa. – Bardzo poruszyły mnie te słowa, skonfrontowały z wypowiadanymi modlitwami. Czy idą za nimi myśli i serce? Ile razy odmawiałem Różaniec, a moje myśli biegały we wszelkich możliwych kierunkach? Jasne, że łatwiejsza jest modlitwa własnymi słowami: jesteśmy na nich skupieni, bo sami je tworzymy. Jezus zapytany przez uczniów o to, jak się modlić, wypowiedział pewną gotową formułę: „Ojcze nasz”, a jednak o wiele częściej zwracał uwagę na wytrwałość w modlitwie, jako wzór modlitwy ukazując natrętną wdowę, naprzykrzającą się sędziemu. „Czyż Bóg nie weźmie w obronę tych, którzy dniem i nocą wołają do Niego?” Teresa podpowiadała: z drogą modlitwy jest jak z pracą w ogrodzie. Najpierw czeka cię harówka na jałowej ziemi i wyrywanie chwastów. Musisz starać się o to, by rośliny, które Bóg w tobie zasadził, wzrastały. Teresa mówi w tym kontekście o „zdeterminowanej determinacji”. Myślę, że w tych słowach kryje się cała odpowiedź na twoje pytanie – uśmiecha się ks. Szymon.

Strata czasu?

– Co zrobić, gdy modlitwa staje się uciążliwym obowiązkiem? – pytam s. Bognę. – To jest właśnie ta sytuacja, gdy pośród wszystkich formułek, które sobie narzuciliśmy, gubimy Bożą obecność. Ciągle musimy wracać do tej prawdy, że modlitwa nie jest obowiązkiem, ale przywilejem. Ja mogę się modlić i potrzebuję tego. Potrzebuję spotkania z moim Bogiem i sięgam po narzędzia, które mi w tym pomagają. Poczucie, że modlitwa stała się jedynie ciążącym obowiązkiem, jest wezwaniem do przemyślenia jej struktury. Niekoniecznie trzeba wszystko wyrzucić i zmienić, ale spytać o motywację i proporcje. Nie przeciwstawiałabym sobie modlitwy formułami i modlitwy spontanicznej. Czy naprawdę musimy karmić naszą duszę tylko serkiem lub tylko kiełbasą? Niech to będzie smaczna kanapka z jednym i drugim, i jeszcze wieloma innymi składnikami. Nasza tradycja daje nam przebogate możliwości!

– Tyle że mam często wrażenie zmarnowanego czasu, „odklepania”, odhaczenia modlitwy – przerywam siostrze Młynarz. – To normalne odczucie? Czy Panu Bogu naprawdę podoba się takie „tracenie czasu”?

– Dla Boga trzeba „marnować” czas – nie ma wątpliwości s. Bogna. – Czas to jest nasz drogocenny olejek. W naszych czasach coraz droższy. Nawet jeśli na modlitwie nie towarzyszą nam inne uczucia poza tym jednym: poczuciem, że spędziło się czas tylko dla Boga i „odmówiło się to, co trzeba”, to jest w tym wartość. To wyraz mojej wierności. Mówię Bogu, że jest dla mnie ważny, że czekam na Niego właśnie tu, w tej godzinie, w tej formie modlitwy. Te chwile wierności zrodzą wielkie owoce, jeśli nie popadniemy w minimalizm, czyli przekonanie: „tu już nic więcej się nie wydarzy”. Wydarzy się! Czekaj na to!

Przeżuwanie słowa

– Dla mnie lekcją wierności jest codzienny brewiarz. Każdego dnia muszę przebrnąć przez mnóstwo tekstów – opowiada ks. Kiera. – Fizycznie nie da się ogarnąć ich wszystkich myślą czy sercem. Co mi pomaga? Po pierwsze, wierzę w to, że słowa Boga przenikają mnie, a po drugie, ważne jest to, czego nauczyłem się na rekolekcjach prowadzonych przez s. Briege McKennę. Gdy kapłani odmawiali wspólnie brewiarz, po każdym psalmie robili przerwę, a prowadzący rekolekcje proponowali: „Wypowiedzcie głośno wers, który was poruszył”. Bardzo mi to pomogło. Odmawiam rano jutrznię i wyławiam jeden wers. Chwytam się go kurczowo, zapamiętuję na cały dzień, wracam do niego, „przeżuwam” go. Dziś zapamiętałem zdanie Izajasza: „Dusza moja pożąda Ciebie w nocy, duch mój poszukuje Cię w mym wnętrzu”. Z tym chodzę. Pobudza to moje serce do czujności.

Zbilansowana dieta

Współczesny świat (a często i młode wspólnoty) bardzo stawia na spontaniczność. Liczy się jedynie modlitwa własnymi słowami. Ile można „ujechać” na takiej spontaniczności?

– Żadne skrajności nie są dobre. Modlitwa formułkami i modlitwa spontaniczna to dwa skrzydła, na których wznosimy się do Boga – podsumowuje s. Bogna. – Trochę górnolotne porównanie, ale spróbuj polecieć za pomocą jednego skrzydła… Modlitwa formułami napędza naszego ducha i formuje nasze serce, byśmy nie „zdziczeli” w jakiejś dziwnej pobożności, czysto subiektywnej i zakręconej wokół nas samych. Jednak gdy serce jest rozpalone, rodzi się w nim modlitwa niepowtarzalna, bardzo osobista, jedyna w swoim rodzaju. Bóg chce ją usłyszeć! Przecież chodzi o naszą osobistą relację z Bogiem, a nie o klony znanych świętych, którzy już są w niebie. Dalej, ta modlitwa może przybrać kształt, dla którego w ogóle słowa są niewystarczalne. Ale to osobny temat. Z drugiej strony, to jedyne w swoim rodzaju poruszenie Ducha, które odczuwamy wewnątrz, szuka sposobu wyrazu i znajduje je w Biblii, w modlitwach, które przekazała nam Tradycja Kościoła. I nagle odnajduje w nich nowy sens i świeżość. I tak te formy modlitwy karmią siebie nawzajem i podtrzymują naszego ducha w Bożej obecności. My naprawdę w Kościele mamy ogromne bogactwo form modlitwy i warto z niego czerpać. Oczywiście, rozumiem, że jeśli ktoś doświadczył mocnego spotkania z Bogiem w jakiejś formie, to chce tego więcej i więcej. Ale nawet najlepszym tortem można się przejeść. Zbilansowana dieta jest najlepsza!

Kończyłem ten tekst, gdy zadzwoniła znajoma. Powiedziała mi, że przeżyła ostatnio tak wiele zawirowań, że niemal straciła wiarę: „Chciałam przestać się modlić, ale zobowiązałam się do dziesiątki w ramach adopcji dziecka poczętego i nie chciałam tego zawalić. Jedynie te »formułki« sprawiły, że wytrwałam przy Bogu”. •

Tagi: