Krótki film o zabijaniu

Jacek Dziedzina

GN 24/2019 |

dodane 13.06.2019 00:00

Amerykański show-biznes łączy siły w walce z antyaborcyjnym prawem. Czy poszczególne stany ulegną tej presji?

Bob Iger, szef wytwórni Disneya, zapowiada, że jego filmy przestaną być produkowane w stanie Georgia, gdzie przyjęto prawo ograniczające dopuszczalność aborcji. JUSTIN LANE /epa/pap Bob Iger, szef wytwórni Disneya, zapowiada, że jego filmy przestaną być produkowane w stanie Georgia, gdzie przyjęto prawo ograniczające dopuszczalność aborcji.

Alabama, Indiana, Ohio, Georgia, Kentucky, Missisipi… Gdy kolejne stany zaczęły wprowadzać radykalne ograniczenia lub zakaz aborcji w niemal każdym przypadku, kwestią czasu było uruchomienie gigantycznej machiny, która takie próby zechce zdusić – nomen omen – w zarodku. W tych sprawach proaborcyjne lobby może zawsze liczyć m.in. na szeroko rozumiany przemysł rozrywkowy. I nie chodzi tylko o przewidywalne wystąpienia hollywoodzkich gwiazd, ale przede wszystkim o szantaż i próbę nacisku ze strony wielkich koncernów filmowych. Tyle tylko, że to miecz obosieczny: stany, na które przemysł rozrywkowy próbuje wywrzeć presję, na co dzień stwarzają mu idealne warunki finansowe do prowadzenia działalności. Czy w przypadku aborcji świat show-biznesu rzeczywiście będzie zdolny wycofać swoje produkcje z rajów podatkowych i tym samym poświęcić niemałe zyski dla idei?

Disney nie dla dzieci?

O tym, że coraz większa liczba stanów, zwłaszcza w południowej części USA, wprowadza ustawy znacznie ograniczające możliwość przeprowadzania aborcji, już pisaliśmy. Przypomnijmy więc tylko, że to pospolite ruszenie ma szerszy kontekst i jest obliczone na ciąg dalszy. Ruchy pro-life liczą na zaskarżenie tych ustaw przez ruchy pro-choice i przeniesienie sporu do rozstrzygnięcia przez Sąd Najwyższy, którego wyrok (korzystny, jak spodziewają się obrońcy życia, dla nienarodzonych dzieci) będzie obowiązujący dla wszystkich stanów. Tym samym odwrócony zostałby wyrok z 1973 roku, który zalegalizował aborcję na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Teraz jednak doszedł pozasądowy wątek: determinacja różnych środowisk, by wymusić na władzach stanowych wycofanie się z nowego prawodawstwa, jeszcze zanim sprawę rozstrzygną sądy i właśnie Sąd Najwyższy. A najskuteczniejsze w takich naciskach są wielkie koncerny, zwłaszcza związane z show-biznesem. I oto na przykład szef wytwórni Disneya dał do zrozumienia, że jego filmy przestaną być produkowane w stanie Georgia. Tam nowe prawo przewiduje zakaz aborcji od momentu, gdy stwierdzone zostanie bicie serca u dziecka (wyjątkiem mają być przypadki zagrożenia życia matki, gwałtu czy kazirodztwa). Gdy gubernator stanu ogłaszał uchwalenie nowego prawa, powiedział m.in.: – Prawo ponownie potwierdza, co jest naszym priorytetem, oraz to, kim jesteśmy jako państwo.

To jeszcze bardziej rozsierdziło środowiska proaborcyjne oraz wspierające je koncerny. Jest prawdziwą ironią (czy raczej cynizmem) losu, że szef wytwórni, której marka kojarzy się przede wszystkim z produkcjami dla dzieci, stanął na czele kampanii mającej zmusić władze Georgii do rezygnacji z prawa do narodzin przyszłym odbiorcom Disneyowskich produkcji. To nie pierwszy przypadek, kiedy Disney chce poprzez szantaż wymusić na Georgii zmianę prawa. Już trzy lata temu władze tego stanu próbowały uregulować kwestie wolności religijnej – chodziło o to, by właściciele firm mieli prawo odmówić świadczenia określonych usług społecznościom LGBT, powołując się na swoje przekonania religijne, a kapłani nie byli zmuszani do udzielania „ślubów” parom jednopłciowym. Kampania, jaką rozpętały takie koncerny jak Disney czy Marvel, ale też całe Hollywood, sprawiła, że ustawa nie została przyjęta. Czy tym razem będzie podobnie?

Bracia broni

Wydaje się, że w kampanię zaangażowały się jeszcze większe siły. Obok Disneya stanął również Netflix, popularna na całym świecie platforma filmowa, z kilkudziesięcioma milionami abonentów. To on jako pierwszy zagroził władzom Georgii, że zrezygnuje z produkowania na tym terenie swoich filmów, jeśli stan nie wycofa przyjętego niedawno prawa. Wkrótce w ich ślady poszli pozostali giganci, m.in. HBO, Warner Bros., NBC, Universal i kilka innych koncernów. Kluczowy jest jednak fakt, że większość tych firm zainwestowała gigantyczne pieniądze właśnie w stanie Georgia (i w paru innych z podobnym prawodawstwem). Są one zatem źródłem utrzymania ogromnej liczby mieszkańców i stanowią siłę napędową tamtejszej gospodarki, z czym z pewnością będą liczyć się gubernatorzy w kontekście kolejnych wyborów władz stanowych. Właściciele firm tworzących przemysł filmowy mają świadomość, że ich branża ma kluczowe znaczenie dla takich stanów jak Georgia. – Będziemy obserwować, jak sytuacja się rozwija – tymi słowami Chris Ortman, rzecznik Motion Picture Association of America, dał do zrozumienia, że również oni gotowi są zbojkotować Georgię i wycofać stamtąd swoje inwestycje.

Przeciąganie liny

Z jednej strony jest to realna groźba i sytuacja jest patowa: władze wszystkich tych stanów są zdeterminowane, by walczyć o ochronę życia. Z drugiej – władze muszą się liczyć z tym, że mieszkańcy odsuną je przy najbliższych wyborach stanowych, jeśli tysiące ludzi nagle stracą pracę. Należy jednak zapytać, czy Netflixowi i innym potentatom wystarczy determinacji, by dopiąć swego i wyprowadzić swoje interesy z miejsca, w którym mnożą swoje zyski. A Georgia pozwala zarobić, bo od kilkunastu lat m.in. stanowy system podatkowy (każdy stan w USA ma własny system) jest ustawiony tutaj w taki sposób, że premiuje wytwórnie filmowe. Nie licząc Kalifornii, gdzie znajduje się Hollywood, czy Nowego Jorku, gdzie powstaje najwięcej po tym pierwszym produkcji filmowych, to właśnie Georgia gości u siebie największą liczbę aktorów, producentów i reżyserów wraz z trzecią co do wielkości infrastrukturą konieczną do produkcji. Niewykluczone wprawdzie, że w razie rozkręcenia proaborcyjnej kampanii na szerszą skalę – co jest niemal pewne – zgłoszą się bardziej liberalne stany, które zaoferują przemysłowi filmowemu jeszcze lepsze warunki fiskalne i tym samym zachęcą do przeniesienia produkcji z Georgii na ich teren. Wtedy – można przypuszczać – groźby składane przez szefów wytwórni nie okażą się tylko straszeniem. Na razie jednak obserwujemy oddolny ruch ludzi, którzy są gotowi zrezygnować z korzystania z usług firm wymuszających na konserwatywnych stanach zmianę polityki pro-life. I o ile najtrudniej jest uderzyć w takich gigantów jak Disney – bo nie zawsze widzowie w kinach będą sprawdzać, czyja to produkcja – o tyle wydaje się to łatwiejsze w przypadku takich platform jak Netflix – wystarczy zrezygnować z abonamentu, by przestać finansować jego działalność.

Bojkot konsumencki

Na taki ruch decydują się tysiące ludzi (może już miliony?) na całym świecie, o czym informują siebie nawzajem na portalach społecznościowych. W mediach amerykańskich było o tym głośno, jeszcze zanim pojawił się temat nacisków na władze stanowe w Georgii. Netflix już wcześniej nie krył się z promocją wszystkiego, co najbardziej nośne we współczesnej poprawności politycznej. Swego czasu abonentów serwisu oburzyła ideologizacja drugiego sezonu serialu „Anna, nie Ania”, adaptacji „Ani z Zielonego Wzgórza”. Ni stąd, ni zowąd pojawił się tam wątek homoseksualny, wprowadzony sztucznie, bez żadnego pokrycia w treści książki. Tysiące abonentów zaczęło rezygnować z serwisu, gdy ten otwarcie zaczął promować aborcję. W jednym z odcinków show „The Break” Michelle Wolf pod jednoznacznym tytułem „Hołd dla aborcji” nie tylko rzucała hasłami w rodzaju „Aborcjo, pozdrawiam cię!” czy zachętą: „Jeśli chcesz dokonać aborcji, uczyń to”, ale mówiła również: „Bóg błogosławi aborcję, Bóg błogosławi Amerykę”.

Trudno powiedzieć, na ile bojkot abonentów okaże się skuteczną formą nacisku na gigantów filmowych. Gdyby była to zdecydowana większość odbiorców, zapewne przyniosłoby to zamierzony skutek. Pewnie jednak zbyt optymistyczna jest wersja zakładająca, że większość użytkowników Netflixa podziela poglądy władz stanowych Georgii. Gdyby jednak zdarzył się cud i spadająca oglądalność dała się odczuć w przychodach firmy, moglibyśmy mówić o szansie na zatrzymanie działań proaborcyjnych potentatów. Możliwe jest również, że przeważy jednak argument organizacyjno-finansowy: w Georgii po prostu nadal opłaca się produkować filmy. Niektórzy z twórców już zadeklarowali, że wprawdzie nie dołączą do hollywoodzkiego bojkotu Georgii i będą kontynuować produkcję rozpoczętych seriali, ale zarazem obiecali, że część zysków przeznaczą na walkę z ustawą chroniącą życie. Przy zaangażowaniu tak potężnej machiny medialno-rozrywkowej to prawdziwy cud, że już połowa Amerykanów (według ostatnich badań) odrzuca aborcję w jakichkolwiek przypadkach. Ta wiedza może mieć wpływ na determinację konserwatywnych stanów, by tym razem nie ulec naciskowi przemysłu filmowego.•

Tagi: