Niekochane ojcostwo

Franciszek Kucharczak

GN 25/2019 |

dodane 20.06.2019 00:00

Tatusiowie nie mają czasu dla dzieci? Każdy człowiek znajduje czas na to, co kocha.

Relacja ojca z dzieckiem wywiera ogromny wpływ na całe jego późniejsze życie. roman koszowski /foto gość Relacja ojca z dzieckiem wywiera ogromny wpływ na całe jego późniejsze życie.

Letni wieczór. Ojciec z 10-letnim synem stoi na balkonie, wpatrując się w niebo rozświetlone czerwoną poświatą zachodzącego słońca. Przez jakiś czas nic nie mówią, ale chłopiec czuje, że tata ma czas. – Tato, a co byś ty zrobił, gdyby ci kolega zrobił świństwo? – zaczyna. Nawiązuje się rozmowa o szkole, o relacjach z kolegami. Syn zaczyna się żalić, mówi o swoich dziecięcych problemach, a ojciec zaskoczony widzi, jak jego dziecko mocno przeżywa te rzeczy, które dla niego były tylko nieistotnymi dziecięcymi bzdurami. Kiedy w oczach chłopca pojawiają się łzy, ojciec ogarnia go ramieniem i… sercem. Opowiada o swoich doświadczeniach z dawnych lat (syn zdziwiony: „ty też tak miałeś?). Obaj odkrywają, że są sobie potrzebni i że są naprawdę ojcem i synem. Godzinę później ojciec słyszy, jak syn mówi do swojego młodszego brata: „Jakbyś miał jakiś problem, to pogadaj z tatą, on ci pomoże”.

Strach przed dzieckiem

To nieprawda, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Tak z nią wychodzisz, jak do niej podchodzisz. „Tak bowiem jest: kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie” – zauważa św. Paweł. To ma zastosowanie do wszystkiego, ale do rodziny zwłaszcza. Zasadniczy wpływ rodziców na dzieci to truizm, podobnie jak stwierdzenie, że dla rodziny trzeba mieć czas. Każdy to niby wie, ale i tak statystyki wciąż pokazują, że rodzice czasu dla dzieci mają żałośnie mało. Zwłaszcza ojcowie.

Dlaczego? „Bo są zapracowani” – brzmi standardowa odpowiedź. A jednak wielu tych zapracowanych ojców znajduje czas na siedzenie przed telewizorem, na imprezowanie, na śmiganie po internecie, na tysiąc rzeczy, do których ich ciągnie.

To nie w braku czasu problem, bo każdy człowiek znajduje czas na to, co kocha. Często bardzo dużo czasu.

Ojcostwo natomiast coraz powszechniej nie jest kochane – ot i cała rzecz. Nie kochają ojcostwa matki i żony, nie kochają dzieci i wreszcie nie kochają go sami ojcowie. Jak kochać bycie ojcem w cywilizacji antykoncepcyjnej, która odpowiedzialnością nazywa w pierwszym rzędzie „zabezpieczenie” się przed potomstwem? Od dawna zabezpieczaliśmy się przed insektami, myszami, szczurami. Dziś głównym wrogiem stają się dzieci. Do tego stopnia, że jeśli ktoś nie dopełni w „zabezpieczaniu” należytej staranności, cywilizacja narzuca mu się z ofertą zabicia małego człowieka, zupełnie jakby był karaluchem, którego rozgniata się obcasem.

Jakie to odległe od mentalności ludzi wszystkich wcześniejszych wieków, dla których spłodzenie i zrodzenie potomstwa było kwestią pierwszoplanową, było powodem do dumy i oznaką błogosławieństwa. Dziś ewentualnie akceptuje się tylko te dzieci, które są „chciane”, czyli zaplanowane na zimno i powołane do życia jako element samorealizacji.

W tych warunkach ojcostwo przestało być darem, który przychodził wraz z dzieckiem, a stało się czymś, co człowiek bierze sobie tylko wtedy, gdy ma na to ochotę. A coraz rzadziej ma, między innymi dlatego, że diabelska machina nihilizmu zapędziła zastępy Piotrusiów Panów przed monitory i ekrany smartfonów, gdzie spędzają długie godziny, śliniąc się do coraz bardziej wyrafinowanej pornografii. Statystyki są przerażające: około 80 proc. Polaków regularnie lub sporadycznie ogląda pornografię.

Trudno w takich okolicznościach oczekiwać odpowiedzialnych postaw ojcowskich i zaangażowania się w twórcze relacje z dziećmi. A to przecież zaledwie jeden z powodów kryzysu ojcostwa.

Truteń

Ponieważ zmienia się model społeczny, wynikający głównie z faktu, że kobiety coraz częściej pracują zawodowo, został zachwiany odwieczny schemat: „mężczyzna poluje, kobieta gotuje”. Ta sytuacja, choć sama w sobie moralnie neutralna, spowodowała u wielu mężczyzn poczucie, że właściwie nie są w domu potrzebni. Wielu wycofało się z życia rodzinnego, pocieszając się alkoholem, narkotykami albo szukając potwierdzenia swojej męskości w ramionach innych kobiet.

Jednym z efektów wycofania się ojca stała się w wielu domach nadmierna rola matki. Nadopiekuńcze, wszystko kontrolujące rodzicielki w dzieciach znajdują rekompensatę za mężów, którzy wycofali się z roli męża i ojca. Często jest tak, że dzieci stają się powiernikami matek i niosą przez życie ich problemy, co utrudnia im wchodzenie w dorosłość. Matczyne frustracje i żale wylewane pod adresem ojca stają się częścią życia dzieci i już na starcie wrogo je do niego nastawiają. Wskutek tego ojciec kojarzy im się jak najgorzej, a skojarzenie to pcha dzieci do wybierania życiowych rozwiązań jak najdalszych od ojcowskich, ale niekoniecznie dla nich szczęśliwych.

Dziewczyny z takich domów są bardziej od innych zagrożone zaangażowaniem się w związki z nieodpowiednimi mężczyznami, podświadomie szukając w nich ojca, którego brakowało im w dzieciństwie. Chłopcy natomiast, pozbawieni odniesienia do zdrowego ojcowskiego autorytetu, częściej od innych wykazują niechęć do zawierania trwałych związków. Dominuje skłonność do zabawy w życie, która pokrywa kompleks niższości. Do tego dochodzi psychiczna bezradność i dążenie do ciągłego potwierdzania swojej wartości poza domem i rodziną. U dorosłych przeradza się to w pogoń za zawodowymi awansami. Wybujałe ambicje każą stawiać na pierwszym miejscu karierę i podporządkowują jej życie rodzinne.

Matka zastępcza

Kryzys ojcostwa ma, rzecz jasna, bezpośredni związek z kryzysem rodziny i małżeństwa. Dzieci, które nie rosną przy kochających się rodzicach, które są świadkami ciągłych awantur i wysłuchują wzajemnych rodzicielskich pretensji, niosą we własną dorosłość wykrzywiony obraz relacji małżeńskich. Sytuację pogarsza upowszechnienie się „nowego modelu rodziny”.

Słyszymy o „rodzinach patchworkowych”, czyli „wielorodzinnych”, powstałych w wyniku rozwodów i wynikających z nich nowych konfiguracji partnerskich. Są tam mamy z „wujkami” i „ciocie” z ojcami, są dzieci z różnych związków, zdezorientowane co do swojej tożsamości i rodzinnej przynależności. Słyszymy też o konkubinatach, rodzinach niepełnych, a nawet o „rodzinach homoseksualnych”. Rola matki w tych układach, choć nadszarpnięta, wciąż pozostaje dość jasno określona: matka nosi dziecko w czasie ciąży, karmi je po urodzeniu, w pierwszym okresie jest przy nim prawie stale. Ale jaka w tym wszystkim ma być rola ojca? Kim staje się mężczyzna, któremu żona może powiedzieć: „W razie czego to jest jeszcze bank nasienia”?

Próby „zagospodarowania” ojców w kulturze feministycznej ograniczają się w gruncie rzeczy do sprowadzenia ich do roli zastępczych matek. Mają robić to samo co matki i najlepiej by było, gdyby po prostu byli matkami. Nawet w popularnej terminologii na określenie urlopu ojcowskiego pojawił się językowy koszmarek w postaci „urlopu ojcierzyńskiego” bądź „tacierzyńskiego”. Gdybyż tylko feministki mogły skutecznie nałożyć na mężczyzn przymus laktacyjny! Nieomal słychać pod adresem Boga pretensje feministek o to, że nie dał mężczyznom piersi, którymi mogliby karmić.

Wie mniej

„Miej szacunek dla siwych włosów” – mówiono kiedyś. Ten szacunek brał się z faktu, że człowiek starszy to był ktoś, kto wiedział więcej. Już z natury stawiało to ojca w korzystnej sytuacji – nawet gdy szwankował w innych dziedzinach, to jego autorytet budowało życiowe doświadczenie. On po prostu lepiej się znał. W obliczu błyskawicznych i coraz szybszych zmian technologicznych również ta reduta autorytetu padła: dziś w oczach ludzi młodych człowiek starszy to jest ten, który wie mniej. Nie zamieszcza zdjęć na Instagramie, nie wie co to Twitter, a nieraz nawet nie umie obsługiwać komputera. A jeśli nawet to wszystko ma i sobie z tym radzi, to za kilka lat nie nadąży. I gdy będzie chciał wykonać jakąś przerastającą go operację, będzie musiał prosić o pomoc młodych – którzy, oczywiście, będą nadążać. Pewnie nie będzie to duży problem dla tych, którzy mają dobre relacje z dziećmi, ale dla pozostałych będzie to kolejny kamyczek do ogródka pod tytułem „ojciec jest zbędny”.

Ojciec zawsze ważny

„Zadaję ludziom jedno pytanie: »W czym chcesz być podobny do swojego ojca?«. I proszę mi wierzyć, w 99 proc. słyszę: »W niczym«” – mówił ongiś paulin o. Maksymilian Stępień w jednym z wywiadów dla „Gościa”.

Czy nie jest tak? Nie, czasami tak nie jest. Szczęśliwe dzieci, które w czymś jednak chciałyby być podobne do taty. I szczęśliwi ojcowie, których dzieci uznają ich autorytet. To się zdarza. Ale co z pozostałymi?

Ewangelia daje każdemu z żyjących możliwość odbicia się z każdego punktu, choćby to było dno z kilkoma metrami mułu. To wcale tak nie jest, że postchrześcijańska cywilizacja wygrała i teraz czeka nas totalna przebudowa zasad, po której słowo „ojciec” stanie się archaizmem.

„Mama to nie jest to samo co tato” – to jest zawsze aktualne. I dzieci zawsze będą potrzebować ojca, choć niekoniecznie jako eksperta od internetu. Nigdy nie przestanie być potrzebny ojciec bliski sercem, taki, który słucha i po prostu jest dla dziecka gotów poświęcić mu tyle czasu, ile ono potrzebuje. Taki, który zapewnia dziecku bezpieczeństwo, a nie zabezpiecza się przed nim. Taki, który nie tylko płodzi, lecz duchowo rodzi.

„Ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie” – pisze Paweł do Koryntian. To jest ojcostwo właściwe, dostępne każdemu mężczyźnie, który przyjmuje niespodziankę Ducha Świętego i się nawraca. Taki ojciec będzie dla dzieci zawsze ostoją i punktem odniesienia, bo mądrość płynąca z doświadczenia wiary nigdy się nie starzeje i nie traci aktualności.

Ale jest coś jeszcze. Utracona godność ojca jest do odzyskania nawet wtedy, gdy sam ojciec, zniszczony nałogami albo kompletnie zagubiony moralnie, nie potrafi już wydobyć się ze swojego „dołu zagłady”. Wtedy – i nie tylko wtedy zresztą – ruch jest po stronie dzieci. Dzieci, poranione fizycznie i duchowo przez ojców, zawsze mogą zdobyć się na wysiłek przebaczenia i pojednania. Mimo wszystko. Bez względu na okropności, jakich doświadczyły od nich one same i ich matki – mogą przebaczyć.

Znamienny jest fakt, że przykazanie dotyczące czci wobec ojca i matki pojawia się zaraz po trzech pierwszych dotyczących czci wobec Boga. Nie ma tam aneksu: „o ile zasłużyli”.

„Czynem i słowem czcij ojca swego, aby spoczęło na tobie jego błogosławieństwo” – czytamy w Księdze Syracha. „Błogosławieństwo ojca podpiera domy dzieci” – mówi dalej mędrzec. O każdego ojca chodzi, bo rodzice są w swojej funkcji w jakiś sposób podobni do Boga, nawet jeśli życiem zacierają Jego obraz. Czas ten obraz oczyścić.•

Tagi: