Droga jest jedna

Joanna M. Kociszewska

Nie ma sensu zaklejanie plastrem ropiejących ran. Ale też nie ma sensu ich rozdrapywać, zakażając nienawiścią kolejne pokolenia.

Droga jest jedna

Początek lipca oznacza od kilku lat modlitwę za ofiary rzezi wołyńskiej. W 1943 roku – 11 lipca, w niedzielę – Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) dokonała skoordynowanej akcji mordowania Polaków na Wołyniu. To symboliczna data i szczyt tragedii, znacznie bardziej rozciągniętej w czasie. To wielki ciężar, który waży na relacjach polsko-ukraińskich do dziś. Także dlatego, że ciągle nie została wypowiedziana cała prawda, a ciała pomordowanych leżą w masowych grobach, a nie na cmentarzach. Niestety, wydaje się, że obie strony się przed tą prawdą bronią...

Warto zwrócić uwagę na homilię o. Jacka Salija, wygłoszoną w Łucku – dawnej stolicy Wołynia. Mówi ją człowiek, który mógł w tych masowych grobach leżeć. On i jego rodzice. Ale wartość jego słów nie ogranicza się tylko do tej jednej krzywdy, tego jednego konfliktu. Można je zastosować do każdego konfliktu, zwłaszcza trwającego długo. Tego w skali miedzypaństwowej i tego w skali rodzinnej.

Zło, które się dzieje, zło, które mi wyrządzono, powinno być dla mnie wezwaniem do dobra. Niestety, często reaguję na to wezwanie odwrotnie: odpowiadam złem. Krzywdy obu stron konfliktu się nie bilansują, nie znoszą nawzajem. Moje łzy i łzy mojego przeciwnika są tak samo gorzkie. Krzywda jest krzywdą, zbrodnia jest zbrodnią, wina jest winą.

Pierwszym krokiem do pojednania jest wypowiedzenie prawdy: uznanie nawzajem swoich win. Swoich, nie drugiej strony. Trzeba wypowiedzieć ją do końca i podjąć wysiłek naprawy tego, co jeszcze zrobić można.

Zło musi być rozliczone, ciałom niesprawiedliwie zamordowanych należy oddać szacunek i złożyć do grobów; cała prawda o dokonanych zbrodniach powinna być nazwana i uznana. Jednak cały ten proces niech się dokonuje z myślą o tym, żeby przyczyniać się w ten sposób do wzajemnego pojednania. Rozliczanie tak zawzięte, że pogłębiałoby tylko wzajemną wrogość, na pewno Bogu podobać się nie może. Jednak niedobre byłoby również pojednanie budowane na udawaniu, że nie było tego zła, które przecież było, albo na udawaniu, że to zło wcale nie było takie wielkie - mówi o. Salij.

Nie ma pojednania bez prawdy. Ludzkie krzywdy nie dadzą się zagłaskać. Nie ma sensu zaklejanie plastrem ropiejących ran. Ale też nie ma sensu ich rozdrapywać, zakażając nienawiścią kolejne pokolenia.

Nienawiść też można dziedziczyć. Odziedziczona często wikła bardziej, większej odwagi wymaga od dzieci czy wnuków, by zerwać z rodzinną tradycją, sprzeciwić się pamięci własnych rodziców czy dziadków. Oni by nie przebaczyli – można usłyszeć. Cóż, być może za ziemskiego życia tego zrobić nie potrafili. Ale trzeba wierzyć, że po tamtej stronie życia, u Boga lub czekając na spotkanie z Nim, znając już prawdę, właśnie tego najbardziej pragną.

Minęło już ponad siedemdziesiąt pięć lat. Niewielu jest tych, którzy mogą pamiętać. Żyją ich dzieci, które nie miały szans poznać dziadków i pradziadków, ciotek i wujków, i którzy nawet nie wiedzą, gdzie są ich groby. Żyją też zapewne dzieci i wnuki tych, którzy mordowali. Może nigdy o tym nie wspomnieli. Jak naruszyć ich pamięć? Jak zmierzyć się z winą? Jak pogodzić swoją pamieć o dobrym człowieku z tym, czego się o nim dowiaduję? I... co teraz mam zrobić?

Droga jest jedna: prawda i pojednanie. Nie da się jej pokonać w jednej chwili. Ale im szybciej na nią wejdziemy, tym lepiej.