Nie bójcie się

Andrzej Macura

Poczekałem, zobaczyłem. Czas siąść i napisać.

Nie bójcie się

Lubiłem kiedyś piłkę nożną. To taka gra totalna, wymagająca zaangażowania i współpracy sporej grupy zawodników, w której zazwyczaj do końca wynik jest niepewny, a Dawid od czasu do czasu zwycięża Goliata. Lubiłem. Bo ostatnio coraz częściej oglądanie piłkarskich widowisk mnie irytuje. Nie, nie chodzi tylko o słabe zaangażowanie części drużyn w grę, o gwiazdorstwo i parę innych. Przede wszystkim brzydzę się tym teatrzykiem, kiedy niby to faulowany piłkarz przewraca się na murawę i wije się, jakby kopnął go słoń, a na powtórce widać, że jeśli w ogóle został dotknięty nogą przeciwnika, to nieznacznie. Szlachetna rywalizacja? Gra oszustów, dla których wynik własnej drużyny liczy się bardziej niż przyzwoitość.

Patrząc na to, co ostatnio dzieje się w Polsce mam podobne odczucia – że to nie uczciwe ścieranie się racji, ale kiepski teatrzyk. I nie chodzi mi tym razem o świat polityki, w którym tego rodzaju inscenizacji też sporo. Raczej o to, co robią środowiska wspierające LGBT. Postawiły na widowisko, w którym siebie samych obsadziły w roli ofiar. Wiadomo, ofiara wzbudza u widza współczucie. Wszystkimi więc siłami – łącznie z ohydnymi, bo polegającymi na bluźnierstwach prowokacjami – chcą doprowadzić do tego, by można było je tak postrzegać. Mając wsparcie sporej części mediów nagłaśniają każdy incydent, w którym mogą być przedstawieni jako krzywdzeni. Nie mając oporów w ich wyolbrzymianiu czy wręcz posługiwaniu się kłamstwem (np. wprost mówiąc, że pedofilia to problem jedynie Kościoła, jak to publicznie stwierdził  pewien prominentny homoseksualista).  W tych samych mediach przemilcza się natomiast albo umieszcza w ledwo widocznym miejscu informacje, w których przedstawiono incydenty inspirowane propagandą LGBT. Propaganda w czystym wydaniu. Propaganda, w której chodzi o przerobienie społeczeństwa tak, by wyraziło zgodę na nazywanie małżeństwem tego, co z natury małżeństwem nie jest. Tak runie przecież ostatni mur pozwalający takim ludziom otrzymywać dzieci do adopcji (specjalnie tak piszę, nie o pozwoleniu na adopcję). Z wszystkimi możliwymi tego konsekwencjami.

Najsmutniejsze, że ta propaganda działa. I że ulega jej także część „światłych” katolików, którzy znajdują okoliczności łagodzące nawet dla bluźnierstw, nie znajdując ich jednocześnie dla tych, którzy zbyt gwałtownie przeciwko presji środowisk LGBT występują.  Coraz więcej będzie więc takich, którzy z obawy przed zarzutem o niewierność Ewangelii będą się bali odezwać. Dołączają do tych, którzy bojąc się innych zarzutów, dziś w tej sprawie też już wolą milczeć.

A milczeć nie można. Trzeba jasno powiedzieć: gender to nie żadna nauka, a zbiór (nie)pobożnych życzeń, nie mających w nauce oparcia większego niż marksizm-leninizm. Co zresztą dawno już wobec jej kluczowych tez wykazano. Nieudane próby znalezienia „genu homoseksualizmu” żywcem przypominające poszukiwania mitycznego jednorożca są tylko jednym z wielu w tym względzie przykładów. Trzeba też równie jasno mówić: nie tylko w prawie Bożym, ale także w prawie naturalnym małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Bo tylko seksualne współdziałanie kobiety i mężczyzny może być źródłem nowego życia. Co oznacza też, że wszelkie wrodzone ku homoseksualizmowi predyspozycje byłyby zawsze drogą doboru naturalnego eliminowane. I choć także lesbijkom, gejom, biseksualistom i transseksualistom należy się szacunek jako osobom, stworzonym na obraz i podobieństwo Boże i mającym szansę skorzystać z odkupieńczej śmierci Chrystusa, to przecież nie znaczy to, że chrześcijanin ma ignorować jasne w tej kwestii, i wpisane w naturę człowieka prawo Boga.

No i jeszcze jedno: niektórzy sprzeciwiający się propagandzie gender posuwają się za daleko? Zgadzam się. Chrześcijanin nie powinien stosować ani przemocy fizycznej, ani słownej (poza wyjątkami jasno określonymi w katechizmie jako obrona własna). Ale to właśnie takim ludziom szczególnie trzeba mądrej duchowej troski, a nie obrażania się na nich i bezceremonialnego besztania. Zwłaszcza ze strony tych, którzy z racji przyjętych święceń są duszpasterzami.