Jak Bóg chce! Dziś wspomnienie matki Reginy Protmann

ks. Dariusz Sonak

dodane 18.01.2020 07:47

- Wciąż potrzebujemy ludzi, którzy będą zajmować się ewangelicznymi "maluczkimi". Tych, którzy będą nieść światło, jak matka Regina. Potrzebujemy ludzi jej charyzmatu - mówi s. Łucja Jaworska CSC.

Jak Bóg chce! Dziś wspomnienie matki Reginy Protmann ks. Dariusz Sonak /Foto Gość Siostry posługują chorym w lidzbarskim domu.

W XVI w. młoda i zamożna 19-letnia Regina Protmann postanowiła zostawić swój dom rodzinny i z dwiema koleżankami zaczęła mieszkać przy starej kamienicy obok kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Braniewie. A wszystko po to, by pójść za Jezusem i służyć ubogim, chorym i cierpiącym. Jej zawołaniem były słowa: "Jak dobry Bóg chce!". W liturgii jej wspomnienie przypada dzisiaj. Do dziś siostry katarzynki, które założyła, są najbardziej rozpoznawalnym zgromadzeniem zakonnym w naszej diecezji.

Błogosławiona Regina wyznaczyła swoim duchowym córkom zadanie troski o chorych. Jeden z domów wpisujących się w ten charyzmat znajduje się w Lidzbarku Warmińskim. Tam siostry zajmują się osobami w podeszłym wieku.

- Z tej posługi czerpię radość, mogę być w pewnym sensie mamą dla tych starszych ludzi. W ten sposób Pan Bóg wykorzystuje mój potencjał macierzyński. I jak to w miłości jest: nie tylko daję, ale też dużo czerpię. Zasiana miłość wraca do mnie bardzo szybko - mówi s. Anna Lis CSC, pielęgniarka. W domu posługuje już 15 lat. - To już spory kawałek czasu. Dla mnie to praca i służba. Z jednej strony to nasze źródło utrzymania. Z drugiej - konkretna służba drugiemu człowiekowi. To jest nasz dom i możemy być w każdej chwili z naszymi chorymi - dodaje.

Lidzbarski dom sióstr istnieje od 1587 r. i jest to jeden z najstarszych konwentów, który założyła sama bł. Regina. Od początku siostry posługiwały chorym. W 2005 r. otworzyły całodobowy dom opieki dla osób starszych. - Nieraz zastanawiam się: "Dlaczego tutaj?". Tutaj mogę po prostu dawać. Widzę kruchość ludzkiego życia w starości. Mam świadomość, że ci ludzie bez opieki osób trzecich nie potrafią już egzystować i wykonać najprostszych czynności - mówi s. Klaudia Gontarska CSC, przełożona domu. To jest pierwsza placówka, w której posługuje w charakterze pracy nad chorymi i dyrektor domu opieki. - Wszystko z naszej strony jest służbą. Bez Boga wszystko by poległo. Często, kiedy przychodzą trudniejsze chwile, przypominam sobie, że to On zarządza i wtedy wszystko jakoś się układa - tłumaczy.

Oprócz sióstr w domu opieki zatrudnione są również osoby świeckie. - Zadomowiłam się tutaj na dobre - mówi Sabina Ciereszko. - Nie ukrywam, że jest to praca ciężka fizycznie i psychicznie. Czasem potrzeba ludzkiej cierpliwości. Moja obecność tutaj to dla mnie dar od Pana Boga. Wciąż się uczę tutaj pokory. Szczególnie gdy ktoś już nie może mówić i jesteśmy obok cierpienia - dodaje.

Siostry pod swoją opieką mają obecnie 23 osoby w różnym stanie zdrowia. - Jestem zadowolona z troski, jaką jesteśmy tutaj otoczeni. Przede wszystkim mogę rozmawiać o moich problemach, o tym, co mnie niepokoi nie tylko pod względem zdrowia, ale tego, co jest moją bolączką. Na co dzień siostry są dla nas dużym wsparciem i pomocą - mówi 89-letnia pani Aleksandra, podopieczna. - To już jest nasz dom i nasza rodzina - dodaje pani Nadzieja.

- Tak naprawdę wszystko tutaj kreci się wokół podopiecznych. Ocieramy się o wiele problemów związanych z funkcjonowaniem domu. Czasem zastanawiamy się, jak ogarnąć finanse od pierwszego do pierwszego - opowiada s. Klaudia.

Siostry podkreślają, że jednak największą trudnością, z jaką się spotykają, jest bezradność w obliczu cierpiącego człowieka. - Gdy widzę, jak nasi podopieczni zaczynają ciężko chorować i ludzkie możliwości pomocy już nie wystarczają, proszę Boga, by On w to wszedł - opowiada s. Anna. - Na szczęście nie wszystko ode mnie zależy i Pan Bóg ma duże pole do działania. Momenty odchodzenia naszych podopiecznych to lekcja pokory - oddaję Mu wszystko, bo wtedy mogę przyjąć też moją bezsilność - tłumaczy.

- Chciałoby się towarzyszyć opiekuńczo w sposób pogodny. Niby jesteśmy przygotowane, że nasi podopieczni odchodzą i dobrze to wiemy, że idą przecież do Boga. Jednak gdy przychodzą takie momenty, nie jest to łatwe - mówi s. Klaudia. - Sens istnienia tego domu to nasza matka Regina. Była bardzo wrażliwa na ludzkie cierpienie i biedę. To ona jest "winowajczynią" tego domu. Gdy stany naszych domowników zaczynają się pogarszać, proszę ją o wsparcie i wołam: "Matko Regino, pomóż!". Wiem, że ona tutaj czuwa - dodaje.

Matka Regina swoim duchowym córkom, oprócz troski o chorych, wyznaczyła w charyzmacie edukację dziewcząt oraz troskę o kościoły. Dlatego siostry można spotkać jako katechetki, opiekunki w przedszkolach czy też w zakrystiach. W kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Olsztynie taką posługę pełni s. Paula Formela CSC. - Nasza założycielka wyznaczyła nam troskę o kościół i Kościół - mówi s. Paula. - Troska o to, co do liturgii jest potrzebne - szaty, naczynia liturgiczne czy też ołtarz. Wiem, że służę Jezusowi, który zaraz przyjdzie podczas Mszy św. Kontakt z ludźmi i praca z nimi to troska o Kościół z wielkiej litery - tłumaczy.

Siostra ceni sobie kontakt z ludźmi. - Przez zakrystię przewija się wiele osób. Jedni przychodzą zamówić intencję, drudzy - po opłatek przed wigilią, a trzeci na stałe wpisują się w to miejsce, czyli lektorzy, młodzież ze scholi. Do nich posyłała nas matka Regina. Spełniam się w tym i nic więcej czasem nie trzeba. Po prostu kocham posługę w zakrystii - dodaje.

Dzisiaj na świecie istnieją 4 prowincje katarzynek: polska, niemiecka i dwie brazylijskie, a w nich ponad 550 sióstr, z czego 132 w prowincji polskiej. W ojczystej prowincji katarzynki mają obecnie 24 domy w Polsce, 3 w Rosji i jeden na Białorusi. Siostry katarzynki pracują także w Afryce na misjach od 1983 roku. Najpierw zaczęły od Togo, a później doszły Kamerun i Benin. Aktualnie w tych trzech krajach pracuje pięć sióstr z Polski - cztery w Togo, jedna w Kamerunie. Poza nimi zgromadzenie ma tam afrykańskie katarzynki i jest ich 38.

- Matka Regina, gdy zakładała nasze zgromadzenie, widziała potrzeby ludzi i to był dar dla niej od Boga. Dzieliła się nim do końca swoich dni - mówi s. Łucja. - Bieda, opuszczone dzieci, rozłam spowodowany reformacją, zaniedbana edukacja i potrzeba służby w kościołach. Ona to wszystko widziała - wymienia. - Okazuje się, że dzisiejsze czasy są bardzo podobne. Wyzwania, jakie nam postawiła, nie tracą na znaczeniu, choć w niektórych obszarach przybierają inną już formę. Wciąż potrzebujemy ludzi, którzy będą zajmować się ewangelicznymi "maluczkimi". Tych, którzy będą nieść światło jak matka Regina. Potrzebujemy ludzi jej charyzmatu - dodaje.