Pokolenie COVID-19

Jacek Dziedzina

GN 26/2020 |

publikacja 25.06.2020 00:00

Czas zamkniętych świątyń nie był stracony dla duchowości. Na Zachodzie wiele osób deklaruje, że pandemia umocniła ich wiarę lub pomogła odnaleźć Boga.

W Stanach Zjednoczonych wiele kościołów zostało zamkniętych z powodu koronawirusa. EUGENE GARCIA /epa/pap W Stanach Zjednoczonych wiele kościołów zostało zamkniętych z powodu koronawirusa.

Kiedy kościoły i inne miejsca kultu na skutek obostrzeń związanych z epidemią świeciły pustkami, w umysłach milionów ludzi na całym świecie dokonywały się życiowe przełomy. Jak trwoga, to do Boga? Zapewne i ten „sprawdzony” od wieków mechanizm ma swój udział w tych procesach, które próbują teraz uchwycić, zmierzyć i opisać socjologowie. Mechanizm, który nawet naukowcy uznają za najbardziej skuteczny lek na lęk. Mimo wszystko jednak uzyskany przez różne ośrodki badawcze obraz padającej na kolana ludzkości nie daje się wytłumaczyć tylko starym porzekadłem. Pandemia koronawirusa i „zamknięcie świata” w niemal każdym obszarze życia sprawiły, że deklaracje o umocnieniu lub odnalezieniu wiary są czymś zupełnie nowym w porównaniu z innymi, „tradycyjnymi” sytuacjami granicznymi. Kolejne lata i badania pokażą, ile z deklarowanych dzisiaj zmian w stosunku do wiary przełoży się na trwałą przemianę. Warto jednak uniknąć pokusy posądzania tych deklaracji o słomiany zapał. Lepiej podejść do tego tak jak do każdych rekolekcji: po ich zakończeniu większość uczestników jest przekonana, że zaczyna nowe życie, a przynajmniej ma poczucie jakiegoś nowego otwarcia, kolejnej szansy; codzienność okazuje się trudniejsza i porekolekcyjny ogień stopniowo przygasa, jednak doświadczenie czasu łaski pozostaje jakimś punktem odniesienia, do którego można wracać, tworzy fundament, na którym można coś budować. W podobny sposób warto spojrzeć na to, co deklarują mieszkańcy krajów, w których takie badania są przeprowadzane. Nawet jeśli nie od razu przełoży się to na trwałe i mierzalne narzędziami socjologicznymi przemiany, to z pewnością można powiedzieć, że coś w świecie drgnęło.

Wiara i wierzenia

Kraje anglosaskie zazwyczaj wyprzedzają resztę świata w badaniu wszelkich trendów i przemian społecznych – tak też jest i tym razem: zwłaszcza ośrodki w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dostarczają ciekawych danych do analizy. Oba kraje są zarazem zupełnie różne, jeśli chodzi o punkt wyjścia: Amerykanie generalnie traktują wiarę jako ważną część życia, Brytyjczycy zaś uchodzą za jedno z najmniej religijnych społeczeństw na świecie. Aby uniknąć prostego podziału na pobożnych Amerykanów i niewierzących Brytyjczyków, warto pamiętać, że choć w Stanach Zjednoczonych wiara bardzo często jest osobistym wyborem (dotyczy to zwłaszcza różnych wspólnot ewangelikalnych), to zarazem jest pewnym kodem kulturowym, częścią tożsamości, czego nie kwestionują nawet luźno związani z religią obywatele (dlatego też deklarujący niewiarę polityk nie miałby szans zostać prezydentem). Ten „państwowy” charakter przywiązania do religii jest z jednej strony pomocny, z drugiej – szkodliwy dla rozwoju żywej wiary, wynikającej z osobistych doświadczeń i osobistego wyboru. Inaczej mówiąc: jest czymś niezwykłym, że niemal każdy Amerykanin wypowiada słowa: „Niech Bóg błogosławi Amerykę”, ale to niekoniecznie zawsze przekłada się na wyznanie osobistej wiary i zaufania Bogu. Dlatego też badania, które chciałbym tu przywołać, są ważne nawet dla bardziej religijnych niż Europa Stanów Zjednoczonych.

Wygaszanie nie działa

Pew Research Center w Waszyngtonie jest jednym z pierwszych na świecie ośrodków, które na dużej próbie badawczej starały się zbadać wpływ pandemii na wiarę. Na podstawie uzyskanych danych można powiedzieć jednoznacznie: co czwarty Amerykanin potwierdza, że jego wiara stała się silniejsza na skutek pandemii koronawirusa. Tylko 2 proc. badanych uznało, że ich wiara w tym czasie osłabła. Jeśli przyjąć, że dobór próby badawczej jest maksymalnie reprezentatywny dla całego społeczeństwa (a Pew Research cieszy się pod tym względem międzynarodową renomą), to owe 25 proc. „bardziej wierzących” w liczbach wymiernych stanowi ok. 60 mln dorosłych osób. Można więc założyć, że dla tylu ludzi w Stanach Zjednoczonych Bóg stał się kimś bliższym w ich osobistym – nie tylko narodowym – życiu.

Pew Research po prezentacji ogólnych danych przedstawia je w rozbiciu na poszczególne wyznania. I tu okazuje się, że wśród deklarujących umocnienie wiary najwięcej jest chrześcijan, a wśród nich – przede wszystkim wiernych różnych denominacji protestanckich, głównie baptystów czy zielonoświątkowców i innych szczególnie silnych na południu USA (56 proc. z nich zadeklarowało umocnienie wiary). Wśród katolików 27 proc. uznało, że pandemia umocniła ich wiarę. W społeczności żydowskiej do silniejszej wiary przyznaje się 7 proc. respondentów. Natomiast 2 proc. deklarujących się dotąd jako ateiści uznało, że wiara w Boga stała się czymś ważnym. Można więc powiedzieć, że najbardziej umocniła się wiara tych, którzy już wcześniej deklarowali się jako wierzący – ale to też obala przekonanie czy obawy różnych środowisk, że zamknięcie kościołów będzie miało wpływ na wygaszanie wiary. Dane amerykańskie pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Dla 46 proc. dorosłych respondentów (a można przyjąć, że przekłada się to na 46 proc. całego społeczeństwa), którzy przed pandemią uczęszczali na nabożeństwa co najmniej raz lub dwa razy w miesiącu, wiara stała się czymś jeszcze ważniejszym niż dotąd. Biorąc pod uwagę fakt, że wśród praktykujących nawet regularnie dużą część stanowią osoby robiące to bardziej z przyzwyczajenia i tradycji, deklaracje umocnienia wiary mogą sugerować przejście z tego etapu na bardziej duchowe i osobiste przeżywanie wiary. Zresztą czas pustyni, jaki wiązał się z zamknięciem niemal każdej aktywności, także religijnej, okazał się dobry również dla tych, którzy uważali siebie lub byli uważani za osoby głęboko wierzące. „Może zabrzmi to dziwnie, ale COVID-19 okazał się jednym z największych błogosławieństw w moim duchowym życiu” – mówi cytowany przez „Financial Times” katolicki ksiądz Matt Williams z Quincy w stanie Massachusetts. „Modlę się teraz więcej niż kiedykolwiek w ciągu moich 16 lat kapłaństwa. To doprowadziło mnie do głębokiej przemiany. I nie możemy teraz ot, tak po prostu wrócić do tego, co było wcześniej. To byłoby głupotą z naszej strony” – dodaje ks. Williams.

Wyspy na rekolekcjach

Jeszcze ciekawiej prezentują się dane z Wielkiej Brytanii. Ogólnokrajowe badania przeprowadziła tam Savanta ComRes, renomowana firma zajmująca się badaniami rynkowymi. Dobór próby badawczej był również bardzo staranny, mający na celu jak najlepsze odzwierciedlenie zróżnicowania społecznego. Wyniki mogą zaskoczyć wszystkich, którzy Brytyjczyków spisali już na straty pod względem religijnym: blisko 45 proc. badanych stwierdziło, że prowadzi jakieś życie modlitewne (26 proc. modli się regularnie), a w tej grupie aż 33 proc. zaczęło modlić się właśnie na skutek pandemii koronawirusa (w tym 5 proc. przyznało, że modli się po raz pierwszy w życiu). Zdecydowana większość uznała też, że modlitwa ma moc zmiany świata. Prawie 24 proc. dorosłych Brytyjczyków w czasie, gdy kościoły i inne świątynie są zamknięte (otwarcie ma nastąpić w lipcu), ogląda lub słucha nabożeństw w radiu, w telewizji lub w internecie. To są wręcz sensacyjne dane, jeśli weźmiemy pod uwagę, że liczba praktykujących w Wielkiej Brytanii od dawna nie przekracza 5 proc. Co ważne, duże zainteresowanie transmisjami nabożeństw jest także u młodych: aż 34 proc. osób w wieku 18–34 lat twierdzi, że oglądało nabożeństwa religijne (lub słuchało ich) w telewizji bądź on-line od momentu lockdownu. Również w tej grupie respondentów częściej padają deklaracje na temat regularnej modlitwy niż w grupie osób powyżej 55. roku życia. Zaskakujące jest także to, że bardziej otwarci na duchowe przeżycia są mężczyźni niż kobiety, choć zazwyczaj to płeć piękna przoduje we wszystkich statystykach dotyczących religijności: więcej panów niż pań deklarowało udział w transmisjach nabożeństw. Blisko 20 proc. Brytyjczyków w czasie pandemii sięgnęło po różne religijne teksty, podobna liczba prosiła kogoś innego o modlitwę.

Prawdziwy boom przeżywają na Wyspach kursy Alpha – mające tam od lat uznanie i swoją markę, teraz stały się jeszcze bardziej popularne. To prawdziwy paradoks, bo dzieje się tak mimo zakazu większych zgromadzeń czy nawet spotkań przy stole. Okazuje się, że i tutaj zadziałała siła internetu. I tak na przykład kurs Alpha dla małżeństw, który zazwyczaj gromadzi maksymalnie 100 osób w londyńskim kościele Holy Trinity Brompton, teraz zgromadził… 5500 osób uczestniczących w kursie on-line. – Nie byłem zwolennikiem kursów prowadzonych drogą internetową, ale teraz widzę, że nie mogłem się bardziej mylić: to działa lepiej niż w tradycyjnej formie. Ludzie są bardziej otwarci na rozmowy o wierze, może czują się bardziej zrelaksowani, siedząc u siebie w domu – mówi Nicky Gumbel, współtwórca kursów. I zapowiada, że nawet po ustaniu pandemii i przywróceniu normalnej działalności Alpha nie zrezygnuje również z wersji on-line.

Jesteście potrzebni

Do tematu profesjonalnie podeszły również ośrodki w Irlandii. Niedawno ukazał się szczegółowy raport (dostępny, jak dwa omówione wyżej, w całości w sieci) pokazujący wzrost zainteresowania wiarą tylko w maju tego roku. Raport ma znamienny tytuł: „Ludzie nadal nas potrzebują”, co ma oddawać ducha optymizmu, jaki wyłania się z głosów duchowych liderów i duszpasterzy różnych wyznań (bo w tym wypadku była to ankieta rozesłana właśnie do nich). Optymizm o tyle warty odnotowania, że mowa o kraju, w którym Kościół przeżył prawdziwe tornado związane z sekularyzacją, przyspieszoną przez serię ujawnionych, a ukrywanych przez dekady skandali. Główny autor badań, dr Gladys Ganiel z Queen’s University w Belfaście, napisał m.in.: „Wielu przywódców religijnych odnotowało wzrost praktyk religijnych związany z przejściem do internetu. Zauważyli zaskakującą liczbę ludzi, którzy szukają w internecie nabożeństw i innych wydarzeń, zaznaczając, że są to często osoby, które normalnie nie weszłyby do budynku kościoła. Niektórzy liderzy z nurtów ewangelikalnych pisali wprost o zbawieniu ludzi lub nawróceniu się na chrześcijaństwo podczas pandemii”. A jeden z księży katolickich napisał, że doświadczenie pandemii dało mu poczucie, iż ludzie na nowo szukają duchowego wsparcia: „Po tylu strasznych latach doświadczenia, że nie jesteśmy do niczego potrzebni, okazuje się, że Kościół ma większe znaczenie, niż nam się wydawało. To dało nam wielką nadzieję na przyszłość”.

W Polsce na razie nie dysponujemy badaniami przeprowadzonymi na taką skalę jak w USA, Wielkiej Brytanii czy nawet Irlandii. Można jednak mieć nadzieję, że również u nas pojawią się pogłębione badania dotyczące wiary w czasie pandemii. O stałej obserwacji tego, co dzieje się w tym temacie, zapewnił mnie ks. Wojciech Sadłoń, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, należy więc spodziewać się, że z czasem ukaże się raport poświęcony właśnie tej sprawie. Jak dotąd pewną przymiarkę do poważniejszych badań wykonał portal Onet.pl. Sondaż przeprowadzony na jego zlecenie wykazał, że prawie 40 proc. Polaków myśli o sensie życia częściej niż przed pandemią, a blisko 30 proc. deklaruje, że w przeżyciu tego czasu pomaga im wiara w Boga. To jednak – według tego samego sondażu – tylko częściowo przekłada się na praktyki, bo jedynie 7 proc. mówi, że modli się więcej. To z pewnością wymaga jeszcze pogłębionych badań i analiz. Czas pustyni, jaki zafundowała ludzkości Opatrzność, w wielu krajach już okazał się czasem łaski i odnowy wiary. Polska, mimo „zadowalających” statystyk, też potrzebuje tej przemiany. •

Źródła: pewresearch.org, comresglobal.com, tearfund.org, „Financial Times”, ionainstitute.ie, irishchurches.org