Film o autentycznym kapłanie

Karol Białkowski

publikacja 29.09.2020 20:14

Podczas XII Międzynarodowego Festiwalu Filmowego "Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci" w Gdyni główną nagrodę w konkursie polskiego dokumentu otrzymał film "Orzech - zawsze chciałem być z ludźmi". O produkcji rozmawiamy z Damianem Żurawskim, który wraz z Magdaleną Piejko obraz wyreżyserował.

Damian Żurawski ORZECH - trailer 2016

 

Karol Białkowski: – Spodziewałeś się takiego sukcesu w Gdyni?

Damian Żurawski: – Nie, w ogóle. Zgłosiliśmy nasz film rzutem na taśmę i raczej nie braliśmy pod uwagę, że coś zwojuje. Wydawało nam się, że dla ludzi, którzy nie znają ks. Stanisława „Orzecha” Orzechowskiego będzie to film lokalny. Zgłosiliśmy się, bo obraz wpisywał się w kryteria festiwalu. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliśmy, że zostanie wybrany przez jury jako najlepszy film dokumentalny 2020 r. Do festiwalu zostało zakwalifikowanych łącznie ok. 100 filmów, z tego oczywiście tylko część dokumentalnych. Okazało się, że wygrał film, który nie idzie tylko w formę, ale treść – ukazuje autentycznego człowieka i prawdę. Wydaje mi się, że dzięki temu poruszył jury. Ludzie, którzy go oglądali, śmiali się i płakali, czyli było wszystko, o co chodzi w filmie. A tak naprawdę nie wygrał film, tylko Orzech, bo to w nim zakochali się widzowie. Po projekcji słyszeliśmy takie głosy: „jakie mieliście szczęście, że spotkaliście w życiu takiego duszpasterza” i dodawali, że chcieliby go poznać bliżej, a pewnie niektórzy nawet pójść do niego do spowiedzi.

– Nie mogę nie zapytać o inspirację do stworzenia tego filmu. Jak to się stało, że ks. Stanisław „Orzech” Orzechowski znalazł się na srebrnym ekranie?

– Wychodząc z tego duszpasterstwa, mieliśmy ogromny dług do spłacenia. Zobaczyliśmy człowieka, który służy całym sobą jak Jan Paweł II. W tym miejscu i pod jego wpływem dokonało się przewartościowanie naszego myślenia. „Orzech” tyle w nas bezinteresownie „zainwestował”, że my, mając swoje talenty dziennikarskie i filmowe, postanowiliśmy pokazać go szerszemu gronu. To był nasz obowiązek, by ten film zrobić i byliśmy zdziwieni, że jeszcze nikomu się to do tej pory nie udało. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że bardzo wiele osób zabierało się do realizacji takiego przedsięwzięcia, ale ksiądz nie dopuszczał do siebie nikogo z kamerą, nie miał zaufania. Gdy poszedłem do niego 10 lat temu i zapytałem „Orzecha”, czy mogę zrobić o nim film, to odpowiedział mi, że nie. Pięć lat temu poszedłem drugi raz, ale już zupełnie bezinteresownie, przyjacielsko. Wtedy powiedział mi, że obserwował mnie i że nosi mnie w sercu, że ma do mnie zaufanie. Wtedy naturalnie zaczęły się zdjęcia. I to chyba dobrze, że realizacja filmu dojrzewała tak długo, bo dzięki temu udało się stworzyć obraz z dużo większym rozmachem i większym dystansem.

M.in. o wrażeniach po obejrzeniu filmu samego Orzecha" czytaj dalej na kolejnej stronie.

Film o autentycznym kapłanie   Karol Białkowski /Foto Gość Damian Żurawski przed wejściem do DA "Wawrzyny".

 

– „Orzech” widział już film?

– Tak. Zorganizowaliśmy ekskluzywny pokaz tylko dla niego w poniedziałek zaraz po ogłoszeniu wyników festiwalu (28 września – przyp. red.). Był bardzo wzruszony podczas oglądania. Przypominał sobie różne wątki poruszone w filmie i chciał, by mu go odtworzyć kolejny raz i jeszcze kolejny. Chciał to ponownie sobie przypomnieć. Gdy wychodziłem od niego, to podziękował mi i po raz kolejny powiedział, że nosi mnie w sercu. Rozmawiałem z osobami, które produkowały ten film, i teraz mamy już pewność, że to dzieło Pana Boga. Ta wygrana w Gdyni – to nie jest zasługa samego filmu. Pan Bóg ewidentnie sobie to wymyślił i wybrał robotników do realizacji. Więc my po prostu zrobiliśmy swoje – to, co do nas należało.

– Pięć lat od pierwszych współczesnych zdjęć, to trochę sporo przy tworzeniu filmu.

– Te współczesne zdjęcia do filmu powstawały przez ostatnich 5 lat. W zasadzie gdy umarł inny z wielkich duszpasterzy, o. Jan Góra OP, pomysłodawca Lednicy, to przeważyło. Pomyślałem: przecież my tu mamy swojego wrocławskiego o. Górę. Zdałem sobie sprawę, że też nie zdążyliśmy jeszcze opowiedzieć o nim światu, a gdyby Pan Bóg Go powołał do siebie, to nie będziemy mieli już takiej możliwości za jego życia i to będzie nasza porażka

– Produkcja tego filmu chyba nie była łatwa. Da się dziś zrobić film bez gwarantowanego budżetu?

– Materiał zacząłem zbierać jako filmowiec, korzystając z prywatnego sprzętu. Nie mieliśmy pieniędzy, ale zapał i poczucie misji. Trailer, który od jakiegoś czasu krąży w internecie, montowałem przez wiele godzin sam. Dzięki temu już po jego opublikowaniu otworzyły się ludzkie serca, za czym poszły wpłaty celowe na wyprodukowanie filmu oraz później stopniowo innych darczyńców i instytucji. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień ostatecznie udało się sfinansować całe przedsięwzięcie przy współpracy wielu profesjonalistów z branży filmowej.

– „Orzech – zawsze chciałem być z ludźmi” to dokument wielowątkowy. Myślisz, że udało wam się przedstawić tego kapłana w pełni przez 70 minut trwania filmu?

– Magda Piejko, odbierając festiwalową nagrodę w imieniu wszystkich, którzy ten film robili, powiedziała ze sceny, że w filmie jest tylko cząstka, że o Orzechu może powstać cała seria filmów. Tworząc nasz obraz, ograniczyliśmy się do kilku tematów – Bóg, rodzina, małżeństwo, spowiedź, kapłaństwo, pielgrzymka, stan wojenny, ojcostwo, poczucie humoru. To tematy, które dla nas były ważne, ale na nie też zwracali uwagę nasi rozmówcy. Ludzie mówili o Orzechu jako o ojcu, o pielgrzymce jako rekolekcjach w drodze, o duszpasterstwie jako domu, o wspólnocie jako rodzinie. Te wątki się powtarzały i rozwijały. Przyjęliśmy, że to Duch Święty prowadzi. Nie poruszyliśmy wszystkiego. Ks. Orzechowski podczas oglądania filmu przyznał jednak, że na tak wiele lat – ponad 80 – i człowieka czynu, jakim jest, nie sposób pokazać wszystkich inicjatyw, które podejmował, w jednym filmie.

O tym gdzie można zobaczyć najnowszy film o "Orzechu" czytaj dalej na kolejnej stronie.

 

– Ukazanie się filmu przypada na trudny czas dla kinematografii i ograniczeń związanych z pandemią. Jak planujecie dystrybuować swoją produkcję i gdzie będzie można go zobaczyć?

– Premierę planowaliśmy już na listopad 2019 r., na 80. urodziny „Orzecha”, ale wówczas słabo się czuł i musieliśmy ją przesunąć. Potem przyszedł czas pandemii i zamknięte kina, następnie wakacji, gdy premier się nie robi. Teraz przyszedł czas jesiennych festiwali, w którym zwiększyło się zainteresowanie takimi produkcjami. Wrocławska premiera będzie miała miejsce 18 października o 18.00 na otwarcie Międzynarodowego Festiwalu Filmów Katolickich „Niepokalanów 2020” w Dolnośląskim Centrum Filmowym. Będzie to pokaz dla zaproszonych gości i mediów, ale w kolejnych dniach planujemy publiczne otwarte projekcje. Liczymy też na to, że obraz pojawi się w kinach studyjnych w miastach całej Polski. Przyjdzie też czas na emisję telewizyjną, a kiedyś będzie też dostępny w internecie. Chcemy, by ten film docelowo dotarł do jak największej liczby odbiorców. Jednak jego walory artystyczne oraz docenienie przez festiwalowe jury wymaga, żeby film w pierwszej kolejności pokazywać na dużym ekranie, w komfortowych warunkach, w kinach.

– Myślisz, że znajdą się chętni w innych częściach naszego kraju, by poznać bliżej ks. Stanisława Orzechowskiego?

– Jury, które nagrodziło film, jest z zupełnie innych części Polski. To nas przekonało. Dlatego planujemy pokazy w kinach studyjnych. Do nich przychodzą widzowie zainteresowani czymś poważniejszym, co jest autentyczne. Ten film to nie jest „tania popcornowa rozrywka”, ale jest to propozycja dla tych, którzy chcą przeżyć coś głębszego i nad czymś się zastanowić. Zawsze jest taka nisza. Dlatego te pokazy będą z całą pewnością ekskluzywne i nie będzie ich bardzo wiele. Wierzymy, że to będzie również takie antidotum na filmy, które pokazują Kościół od ciemnej strony. Wychodzimy z założenia, że o Kościele trzeba pokazywać całą prawdę. W naszym filmie odbiorcy zobaczą autentycznego kapłana z krwi i kości, który przyjął na barki swoje powołanie i pozostał mu wierny; kapłana, który dla tysięcy ludzi jest świadkiem wiary. Jestem przekonany, że dla wielu stał się świadectwem, dzięki któremu odnaleźli swoje miejsce w Kościele.