Wytrwaj do końca

GN 2/2021 |

publikacja 14.01.2021 00:00

O tym, jak w pełnych zamętu czasach nie stracić wiary, opowiada ks. prof. Leszek Misiarczyk.

Wytrwaj do końca henryk przondziono /foto gość

Marcin Jakimowicz: „To koniec czasów” – słyszę coraz częściej... Wiele konferencji krążących po necie w czasie pandemii jest podszytych lękiem.

Ks. Leszek Misiarczyk: Próby bicia na alarm, że bliski jest koniec świata, służą jedynie wzbudzaniu niepotrzebnego lęku. Nikt nie wie, kiedy będzie koniec świata, i choć dzisiaj zarówno świat, jak i Kościół doświadczają ogromnego kryzysu, nie wiemy, czy jest to właśnie ten ostateczny, przed powrotem Chrystusa na ziemię.

My tu gadu, gadu, a właśnie mija 8. rocznica końca świata z 2012 roku… Ileż osób dało się nabrać…

W rozdziale 24. Ewangelii Mateusza Jezus mówi o znakach zapowiadających zburzenie Jerozolimy i swoje powtórne przyjście na ziemię. Ostrzega uczniów, że najpierw pojawią się fałszywi mesjasze, pseudozbawiciele, którzy wielu wprowadzą w błąd, narody będą walczyć ze sobą, miejscami nastąpi głód, zarazy i trzęsienia ziemi, ale to będzie tylko początkiem boleści (Mt 24,4-8). W dalszej części Chrystus zapowiada prześladowania uczniów, zachwianie się wielu w wierze, wzajemną nienawiść, wzrost nieprawości i osłabienie miłości: „Wówczas wielu zachwieje się w wierze; będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić”. Temat ten powraca dziś w rozmowach rodzinnych, przyjacielskich, a niekiedy również w publicystyce i mediach społecznościowych. Dominują w nich, to prawda, nuty apokaliptyczne, czyli podszyte lękiem pytanie: „Czy zbliża się już powtórne przyjście Chrystusa na ziemię, czy jeszcze nie?”.

Ale przecież każde pokolenie może zastanawiać się, czy to już ta „miara znaków”, którą wieściła Apokalipsa…

Jasne. Nie trzeba być absolwentem teologii, wystarczy uważna lektura Ewangelii, by przekonać się, że Jezus w swoim nauczaniu łączy temat znaków zapowiadających zburzenie Jerozolimy ze swym powtórnym przyjściem. Choć zburzenie Jerozolimy miało już miejsce w 70 roku, i w tym aspekcie wypełniła się zapowiedź Chrystusa, to jednak nadal bardzo trudno jest oddzielić to, co w Ewangeliach dotyczy tamtych wydarzeń, od zapowiedzi przyszłych, które będą miały miejsce przy końcu świata. Stąd w historii Kościoła miały miejsce różne błędne próby aplikacji tych tekstów do konkretnych sytuacji historycznych…

Jednym ze znaków zapowiadanych przez Chrystusa jest utrata wiary…

Trudno zaprzeczyć faktom, że w Europie, a ostatnio również w Polsce, maleje liczba osób praktykujących swą chrześcijańską wiarę. Potwierdzają to nie tylko statystyki czy analizy socjologiczne, ale zwykła obserwacja uczestnictwa wiernych we Mszy św. niedzielnej czy świątecznej lub w innych nabożeństwach. Dla mojego pokolenia, pamiętającego okres Solidarności i pielgrzymek papieskich, w których uczestniczyły dziesiątki tysięcy wiernych, jest to szczególnie bolesne. Zjawisko nie jest jednak nowe. Już święty Jan Paweł II pisał w adhortacji Ecclesia in Europa, że „europejska kultura sprawia wrażenie »milczącej apostazji« człowieka sytego, który żyje tak, jakby Bóg nie istniał”. Zjawisko to również dotarło do nas…

Katecheci opowiadają, że młodzi nie są przeciw; im jest wszystko jedno, są kompletnie „obok”.

W Europie Zachodniej czy USA to odchodzenie od praktykowania wiary odbywa się milcząco, bez jakiejś spektakularnej akcji czy promowania ateizmu. Po prostu dla dużej części ludzi Bóg czy zbawienie wieczne nie są rzeczywistościami, którymi warto się zajmować. Nie negują istnienia Boga, ale żyją tak, jakby On nie istniał. Walka ideowa została przeniesiona na poziom prawno-organizacyjny. Wyjątek w tym względzie stanowią Niemcy, gdzie część ludzi występuje z Kościoła katolickiego lub wspólnot protestanckich, by nie płacić tzw. podatku kościelnego. W Polsce, głównie dzięki propagandzie lewicowej, niektóre osoby deklarują się publicznie jako niewierzący albo agnostycy, nieraz dokonują jawnego aktu apostazji i domagają się stosownego zaświadczenia od proboszcza. Choć nieznany jest zasięg zjawiska, to jednak propaganda nagłaśnia takie wydarzenia i stara się pokazać, iż jest to fenomen na dużą skalę…

Ubiegły rok zapamiętamy nie tylko jako czas spacerów w maseczkach, ale i początku realnego oczyszczenia w łonie Kościoła. Jan Kowalski, którego autorytety padały jeden po drugim, mógł się czuć zbity z tropu…

Niektórzy poczuli słuszną złość wobec takich zachowań biskupów i zaczęli podejmować emocjonalną decyzję o wystąpieniu z Kościoła. Przekonywali, że „z takim Kościołem, w którym kryje się pedofilię”, nie chcą mieć do czynienia. Choć po ludzku taka złość jest zrozumiała, to jednak od dorosłych chrześcijan należałoby oczekiwać postawy bardziej dojrzałej, a nie działania pod wpływem chwilowych emocji. Nie można daru wiary uzależniać całkowicie od człowieka! Oczywiście wszelkie przejawy pedofilii należy napiętnować i zająć się nimi zgodnie z wytycznymi Stolicy Apostolskiej i obowiązującym prawem w większości krajów cywilizowanych. Co do tego chyba nikt o zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości. Z perspektywy wiary pytanie zasadnicze jest jednak inne: czy grzeszne zachowanie duchownych i zaniedbania ze strony niektórych biskupów są wystarczającym powodem do tego, by porzucić wiarę? Moim zdaniem zdecydowanie nie.

Atak nie przyszedł – jak chce część środowiska – z zewnątrz…

Wróćmy do początkowego fragmentu z Ewangelii św. Mateusza. Wydawało się nam, że odstępstwo od wiary będzie miało miejsce pośród ostrych prześladowań wierzących, a okazało się, że największe zagrożenie pojawiło się… z wnętrza Kościoła, przez grzeszne, pedofilskie zachowania niektórych duchownych i nieumiejętne radzenie sobie z tym przez ich zwierzchników. Wielu wierzących pomyślało, że skoro wśród hierarchów jest tak niski stopień świadomości o krzywdzie wyrządzonej ofiarom i tak wielka nieudolność w rozwiązaniu tych problemów, to wśród szeregowego duchowieństwa może być tylko gorzej.

I modna stała się zasada odpowiedzialności zbiorowej…

A taka diagnoza jest fałszywa! Przecież zachowania biskupów de facto nie przekładają się automatycznie na zachowania księży. Każdy z nas zna wielu gorliwych i autentycznie pobożnych kapłanów. I ci szeregowi księża cierpią najbardziej z powodu takiej sytuacji, bo to ich bezpośrednio dotyka agresja ze strony ludzi. Cierpią również wszyscy ludzie wierzący i praktykujący, bo są wyśmiewani, że pozostają jeszcze w grzesznym Kościele. Co może pomóc nam zachować poczucie sensu wiary w Chrystusa i decyzję o pozostaniu w Kościele? Pamięć o słowach Zbawiciela: „Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. Niejeden pobożny i gorliwy proboszcz lub wikary żyjący uczciwie w swoim kapłaństwie, a także świecki katolik, mąż czy żona żyjący uczciwie w swoim małżeństwie, w przyszłym królestwie będą wyżej niż niektórzy biskupi lub kardynałowie, którzy dopuścili się ciężkich grzechów albo zaniedbań wobec tych, którzy je czynili.

Niemal wszyscy apostołowie zwiali spod krzyża w kulminacyjnym momencie dramatu, a potem nie uwierzyli kobietom wracającym od grobu, Marii Magdalenie ani uczniom z Emaus. Świetna ekipa ewangelizacyjna…

Pan Bóg ma pod ręką tylko takich, słabych ludzi. Nasza wiara od początku oparta jest na świadectwie słabych i grzesznych ludzi. Nie oznacza to oczywiście zgody na grzech pedofilii, ale pozwala rozszerzyć horyzont wiary. Gdyby dziś papież Franciszek wyparł się wiary w Jezusa Chrystusa, wielu z nas poczułoby się zgorszonymi i zaczęłoby porzucać wiarę, występując z Kościoła. Łatwo można byłoby to uzasadnić: „Skoro sam papież tak postępuje, to cóż ja, człowiek słabej wiary!”. Problem w tym, że w Kościele taka sytuacja już miała miejsce. I to zaraz na początku.

A jednak Jezus nie zrezygnował z Piotra i na nim zbudował Kościół…

Pierwszy wśród apostołów, fundament Kościoła i papiestwa, wyparł się publicznie, że zna Jezusa! Możemy sobie to wyobrazić? Nasza wiara opiera się więc zarówno na tej słabej wierze Piotra, której początkowo się wyparł, bo zbytnio wierzył we własne siły, jak też na jego wierze wzmocnionej potem łaską Bożą, dzięki której oddał za Chrystusa życie. Warto pamiętać o tych dwóch etapach i nie pozwolić, by cudze grzechy, nawet księży i biskupów, wydarły nam z serca wiarę w Jezusa Chrystusa. Łatwo było nam wierzyć podczas pielgrzymek Jana Pawła II do ojczyzny. Teraz jest trudniej, ale właśnie dziś sprawdza się autentyczność i dojrzałość naszej wiary. Nie chcę nikogo osądzać, bo to jest zarezerwowane tylko dla Boga, ale odnosi się wrażenie, że ci, którzy w tym trudnym dla wiary i Kościoła momencie uciekają z niego, nigdy tak naprawdę w nim nie byli. Albo inaczej: nigdy tak naprawdę nie wierzyli w Jezusa i Jego Ewangelię.

Dlaczego chodzili do kościoła?

Być może z powodów egocentrycznych, bo to zaspokajało ich duchowe potrzeby (cały czas dla siebie, nie dla Boga!)? A może z tradycji czy lęku przed karą Bożą na sądzie ostatecznym? Teraz, kiedy przyszedł czas próby, uciekają. Niewykluczone, że ci, którzy mają odpaść, właśnie teraz odpadną… Chrystus zapowiadał przecież, że „wielu odpadnie od wiary”. W Polsce nie jest to już czas cichej, ale głośnej apostazji.

Czy to próba ostateczna przed powrotem Chrystusa na ziemię?

Nie wiemy. Kościół musi przejść drogę krzyżową swego Mistrza. Jest teraz biczowany, policzkowany i chłostany (nas, księży, też bolą złośliwe stwierdzenia, że parafie to siedliska pedofilii, bo to kłamstwo). Różnica jest taka, że Chrystus cierpiał niewinnie, a my w Kościele przyczyniliśmy się sami naszymi grzechami do tego, że jesteśmy traktowani w taki właśnie sposób. Kard. Robert Sarah nazwał to wręcz „Wielkim Piątkiem Kościoła”. Nie wiemy, czy jest to ostatni Wielki Piątek przed paruzją, i nie to jest najważniejsze. To na pewno ciężka próba wiary nas wszystkich.

„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – przypomina Jezus.

Zachęca nas do wytrwania w wierze mimo wszystko. Jaka jest twoja odpowiedź? Uciekniesz czy zostajesz ze wszystkimi konsekwencjami przy Chrystusie i w Kościele? Kościół przeżył już niejeden kryzys i zawsze się z niego podnosił dzięki pomocy Boga. I teraz też zostanie podniesiony przez Boga. On sam to obiecał. Pod krzyżem Chrystusa został tylko Jan Apostoł, czyli 1/12 apostołów; niewykluczone, że pod krzyżem Kościoła też zostanie 1/12 wierzących, ale Panu Bogu to wystarczy do odnowienia wiary. I teraz też Kościół zostanie podniesiony przez Boga. On sam to obiecał. Bo, jak trafnie zauważył o. Joachim Badeni, „potęgi Boga w niczym nie narusza to, że dzisiaj słabnie wiara. A triumf Chrystusa jest całkowicie pewny”.•

ks. prof. Leszek Misiarczyk

patrolog, badacz dziejów Kościoła w starożytności; pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Historii na Wydziale Nauk Historycznych UKSW w Warszawie, kierownik Zakładu Badań nad Historią Kościoła w Starożytności.