publikacja 25.03.2021 00:00
Przez kilka pierwszych lat ks. Bertrand Chevalier Mszę św. w tygodniu odprawiał przeważnie przy pustym kościele. Nigdy jednak nie zabrakło parafian, którzy codziennie zapraszali go do siebie… na obiad i kolację. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że odnowa francuskiej parafii w Allonnes dokonała się przy stole – tym eucharystycznym i kuchennym.
Ksiądz Chevalier zaprzągł do wozu osła, zabrał figurkę Matki Bożej i tak chodził od domu do domu, mówiąc, że Maryja przychodzi z błogosławieństwem.
Był rok 2012, gdy ordynariusz diecezji Angers podjął trudną decyzję o zamknięciu kolejnych parafii. Brakowało księży, kościoły świeciły pustkami, a konfesjonały pokrywały się kurzem. Z siedmiu wcześniejszych parafii powstała jedna, z siedzibą w Allonnes. W niedzielnej Mszy św. uczestniczyło 50–80 osób z 12 500 mieszkańców. Wtedy po studiach w Rzymie wrócił ks. Bertrand Chevalier. Chciano go zatrudnić w kurii, ale on upierał się, by zaangażować się w duszpasterstwo. – Usłyszałem, że pracy będę miał jedynie na pół etatu – mówi „Gościowi”. Kilka lat później miejscowe gazety rozpisywały się o tym dynamicznym kapłanie i jego niekonwencjonalnych metodach ewangelizacyjnych angażujących młodzież.
– Pamiętam, jak przyjechał do nas i powiedział: jestem tutaj, by ofiarować swój czas i powiedzieć ludziom, że wierzę. I tak żył. Dzielił się swoją wiarą i ona zaczęła przemieniać – mówi jeden z parafian. Kiedy kończył swą posługę, w nabożeństwach systematycznie uczestniczyło ponad 600 osób, czyli dziesięć razy więcej, niż gdy zaczynał. – Nie nazwałbym tego swoim sukcesem. To jest owoc działania Bożej Opatrzności. Ksiądz musi być z ludźmi i dla ludzi i skoncentrować się na apostolstwie, a nie ludzkim planowaniu. Kapłan musi być bardziej tym, który daje, a nie prosi, musimy na nowo stać się misjonarzami – mówi ks. Chevalier. Wyznaje, że parafia odżyła, bo Chrystus był w centrum życia parafialnego, a on jedynie z Nim wyszedł do ludzi. Idąc za radą kard. Cottiera, nie tylko sam prowadził pogrzeby, ale i zorganizował towarzyszenie osobom w żałobie, żeby ulżyć im w cierpieniu, jakim jest strata najbliższych. Zaprzyjaźnił się z młodymi i tak trafiał do ich rodziców.
Relację z przybycia sióstr miejscowa prasa opatrzyła tytułem „Polska wiara w Allonnes”, a miejscowy ordynariusz stwierdził, że w ich przybyciu parafianie otrzymują znak nadziei. – Ta życzliwość wciąż trwa. Często znajduję pod drzwiami warzywa, dostajemy też inne potrzebne rzeczy – mówi przełożona wspólnoty s. Rachel Lerch. Jest pielęgniarką i szybko znalazła pracę w jednym z okolicznych domów opieki. Nie miała jednak jak tam dojechać. – Poszłam z tym do św. Józefa i po dwóch dniach parafianka zaoferowała mi swój samochód, dopóki nasz nie zostanie naprawiony – mówi. Jeszcze 40 lat temu w każdej z wiosek należących dziś do parafii było jakieś zgromadzenie zakonne. Dziś są tylko józefitki. Parafian poznawały dzięki pielgrzymce zorganizowanej przez proboszcza. Rok przed ich przybyciem zaprzągł do wozu starego osła, zabrał figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem i z grupą wiernych chodził od domu do domu, mówiąc, że Maryja przychodzi ze swym błogosławieństwem. Był przekonany, że jeśli ludzie nie chodzą do kościoła, to Kościół musi wyjść do nich. – Gdy myśmy przejechały, pomyślał, że nadszedł czas, by to Pan Jezus odwiedził swoich parafian, i na wyścielonym sianem wozie umieścił tabernakulum. „Pielgrzymowanie” zaczynaliśmy poranną modlitwą przy jednym z kościołów, potem – cały dzień w drodze i wieczorna Eucharystia zakończona wspólnym posiłkiem przy kolejnym kościele – wspomina s. Rachel. – Szło z nami nieraz nawet 30 osób. Ludzie dzielili się swymi historiami powrotu do Boga. Pamiętam matkę, która wyszła przed dom i pytała nas, co ma zrobić, by jej dzieci przyjęły sakramenty – wspomina s. Lidia Hołda. Ludzie spowiadali się, przyjmowali sakrament chorych, Komunię św. Józefitka przekonuje, że wyjście do ludzi jest bardzo ważne. Mieszkają w pięknych, ogromnych domach, w których panuje samotność. – Odwiedzam pewną kobietę, która płaciła za to, by ktoś przychodził zjeść z nią obiad, bo już nie mogła wytrzymać z powodu samotności – opowiada s. Lidia. Józefitki wskazują na znaczenie noszonych przez nie habitów. – Nasz strój zakonny jest znakiem i prowokuje do zwierzeń. Ostatnio starszy mężczyzna wspominał Francję swego dzieciństwa, to, jak zbierał płatki róż na procesje, żeby rzucać je przed Jezusem. Mówił, że był On niesiony w czymś, co było podobne do słońca. Obraz został, choć zapomniał wyrazu „monstrancja” – wspomina s. Aurelia, która towarzyszy chorym i samotnym. Siostrę Felicytę Zielińską, która przy kościele uczy katechezy, a w czterech szkołach katolickich kultury chrześcijańskiej, dzieci często pytały, czy pod welonem ma włosy i czy śpi w habicie. – Zdarzało się, że jak byłyśmy w supermarkecie, jakieś dziecko wraz z rodzicami pozdrawiało nas na cały głos, wołając, że to są te siostry, co im mówią o Jezusie – mówi, śmiejąc się, s. Rachel. Ta potrzeba towarzyszenia ludziom jest bardzo ważna. – Rozmawiamy, modlimy się, prowadzimy do tego, by zechcieli przyjąć kapłana – podkreśla. Wspomina sparaliżowanego mężczyznę, który po wielu latach wyspowiadał się i przyjął Pana Jezusa. Na koniec płakał i dziękował siostrom, że nie jest zostawiony sam sobie.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł