publikacja 26.05.2011 10:09
To opowieści o zaufaniu maluczkich. O wierze tych, którzy szturmując bramy królestwa, stają się jak dzieci. Czy to nie o nich myślał Jezus, wołając: Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom?
Roman Koszowski
Rumuńskie kobiety przed domem w regionie Maramuresz
Zostałem wezwany z posługą do chorego będącego w stanie niebezpieczeństwa śmierci – wspomina ks. Paweł Buchta, proboszcz parafii Świętych Piotra i Pawła w Katowicach. – Byłem wówczas wikarym w parafii św. Marii Magdaleny w Tychach. Ubrałem się i ruszyłem. Zabrałem Najświętszy Sakrament i oleje. Podszedłem pod wskazany adres. Domeczek, drzwi otwarte. Wszedłem do środka, nikogo nie ma. Pusto. Na stole piękny obrus, postawione świece. Wszystko przygotowane, ale w domu nie ma żywego ducha. Wychodzę na zewnątrz, patrzę, a pod szopą jakiś staruszek rąbie drzewo. Odwrócił się i zawołał: „O, jesteście księżoszku, to dobrze. To ja was wzywałem do namaszczenia. Mieszkam tu sam, córka przychodzi, by się mną opiekować”. Weszliśmy do pokoju. Zdjął buty, położył się na łóżku i mówi: „Będzie ksiądz maścić wedle starego zwyczaju: nogi, głowę. Bo to wszystko grzeszyło”. Wyspowiadał się, przyjął sakrament namaszczenia, Komunię świętą. Pomodliliśmy się wspólne. Spojrzałem mu w oczy i mówię: „Ale chyba trochę na wyrost zawołał pan księdza?”. „Dlaczego?”. „Przecież pan jeszcze drzewo rąbie!”. A on westchnął: „A księżoszku, nie dziś, to jutro. Odchodzę stąd. A drzewo rąbię dla wnuczki, bo ona tu będzie mieszkała. Chcę, by miała czym palić przez pół roku. Idzie zima. Mnie nie będzie, a ona jeszcze będzie korzystać z tego drewna”. Wróciłem na plebanię. Moje zdumienie było przeogromne, gdy po dwóch dniach do drzwi dzwoni kobieta: „Tata zmarł. Chcę zamówić Mszę”. Włosy na głowie stanęły mi dęba.
Ojciec mojej przyjaciółki Franciszek Konador trafił w czasie wojny do kopalni pod Baku. I stała się rzecz niesamowita, świadcząca o jego ogromnym zaufaniu. Cudem uciekł z łagru. Przedzierał się do Polski. Szedł, trzymając w dłoni medalik Matki Boskiej. Wyczerpany zapukał do drzwi rodzinnego domu w Wilnie. Był tak brudny, że najbliżsi rozebrali go już w progu. Miał zaciśniętą pięść. Zaciskał ją na maryjnym medaliku. Nie mógł rozprostować dłoni. Zdrętwiała do tego stopnia, że przez trzy dni musiał moczyć ją w wodzie. Moja przyjaciółka Maja Berlińska prowadzi rodzinny dom dziecka. Robi wokół siebie sporo dobra. Skąd ona ma tyle poweru, tyle siły do życia? – zastanawiałam się. Zrozumiałam to dopiero, gdy opowiedziała mi historię swego ojca.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł