Kneblowanie rozpoczęte

Tomasz P. Terlikowski

GN 30/2011 |

publikacja 28.07.2011 00:15

Uniemożliwić głoszenie poglądów sprzecznych z gejowską ortodoksją, zakneblować chrześcijan i niezależnie myślących ekspertów – taki jest cel homoseksualnego lobby. I do jego realizacji przystąpiono już także w Polsce.

Kneblowanie rozpoczęte Agencja Gazeta/Wojciech Olkuśnik 26.11.2010 Warszawa. Pikieta studenckiego komitetu przeciwko homoseksualnej propagandzie na Uniwersytecie Warszawskim

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, gdy czytałem o wydalonym z jednego z amerykańskich uniwersytetów profesorze, który ośmielił się uznać, że homoseksualizm nie jest równie dobrą jak heteroseksualizm orientacją seksualną, byłem przekonany, że w Polsce tak nie będzie. Gdy ponad dwa lata temu pisałem o holenderskim dziennikarzu, którego skazano na obóz reedukacji antyhomofobicznej, mogłem z satysfakcją uznać, że u nas tak nie będzie. A jednak szybciej, niż się spodziewałem, polscy działacze gejowscy sięgnęli po sprawdzone metody i próbują zakneblować także polskich chrześcijan. A metoda jest dokładnie taka sama jak na Zachodzie: donosy do pracodawców, do Rady Etyki Mediów czy pozwy sądowe, przez które próbuje się zakazać kwestionowania wykreślenia homoseksualizmu z listy chorób przez Światową Organizację Zdrowia.

Zniszczyć naukę

Najnowszym tego dowodem jest sytuacja prof. Aleksandra Nalaskowskiego, którego środowiska homoseksualne próbują pozbawić pracy. Powodem jest wypowiedź dla portalu Fronda.pl, w której pedagog zakwestionował zdolność par homoseksualnych do wychowywania dzieci i skrytykował polityków, którzy uznali, że nie ma powodów, by zakazywać parom jednopłciowym prowadzenia rodzinnych domów dziecka. „Rodzice homoseksualni, tworzący dom dziecka, nie są w stanie przekazać dziecku w procesie wychowania właściwego wymiaru życia seksualnego człowieka. Ten wymiar będzie zawsze wymiarem spaczonym, wymiarem chorym. Tak jak homoseksualizm jest chory, choć Organizacja Zdrowia uznała, że nie jest. Absolutnie jestem przeciwny udzielaniu pozwoleń na prowadzenie domów dziecka przez homoseksualistów. Decyzja Sejmu jest kuriozalna i chora” – powiedział portalowi Fronda.pl prof. Nalaskowski.

 

Odpowiedź homolobby była natychmiastowa. Do władz uczelni, na których pracuje naukowiec, popłynęły skargi i domaganie się podjęcia działań uniemożliwiających profesorowi głoszenie takich poglądów. Powodem miało zaś być to, że pedagog zakwestionował, iż homoseksualizm jest „wrodzoną, biologiczną i całkowicie neutralną cechą” (to dosłowny cytat z donosu skierowanego do władz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Wyższej Szkoły Informatyki i Ekonomii Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w Olsztynie, a także do Komitetu Etyki w Nauce Polskiej Akademii Nauk. Homolobbyści z Pracowni Różnorodności zagrozili już także samemu profesorowi procesem sądowym.

Takie działania oznaczają zaś nie tylko próbę ograniczenia wolności słowa, ale również wolności badań naukowych. Jeśli sądownie czy choćby administracyjnie zakaże się kwestionowania homoortodoksji, zgodnie z którą homoseksualizm jest „wrodzony”, to nigdy nie poznamy rzeczywistej etiologii tego zjawiska. A przecież dla nikogo, kto zajmuje się choćby pobieżnie homoseksualizmem, nie jest tajemnicą, że badacze wciąż spierają się o genetyczny, prenatalny lub nabyty charakter homoseksualizmu. Zakazanie opinii innej niż o „wrodzonym” charakterze skłonności homoseksualnej oznacza zatem śmierć dyskusji naukowej. I to w imię ideologii.

Dziennikarze na widelcu

Ale prof. Nalaskowski nie jest pierwszą ofiarą homolobbystów. Procesy mają już wytoczone choćby „Rzeczpospolita”, Andrzej Krauze i niżej podpisany. Powód jest dokładnie taki sam jak w przypadku naukowca z Torunia: otóż odważyliśmy się zakwestionować, że homoseksualizm jest tak samo dobry społecznie jak heteroseksualizm. „Homoseksualność ani biseksualność nie są chorobami, ale orientacjami seksualnymi równorzędnymi z heteroseksualnością. Jest to fakt powszechnie znany, a wiedzę w tym zakresie można łatwo uzyskać – zarówno z aktualnej literatury fachowej krajowej i zagranicznej, jak i od osób wykonujących zawody związane z seksuologią, psychiatrią i psychologią, a ponadto z powszechnie dostępnych mediów elektronicznych” – oznajmia autor pozwu przeciwko „Rzeczpospolitej” i wnioskuje: „zaprzeczanie bądź ignorowanie tej wiedzy na rzecz osobistych uprzedzeń i zakorzenionych niechęci nie może mieć miejsca na forum publicznym i powinno rodzić konsekwencje prawne”.

Według przedstawicieli lobby gejowskiego, zakazane mają być nie tylko wątpliwości co do „naturalności” homoseksualizmu, ale również jakiekolwiek żarty z „orientacji” homoseksualnej. „Skoro zatem sfera uczuć religijnych korzysta ze szczególnej, wzmocnionej ochrony przed ingerencją osób trzecich, w tym szyderstwem, pogardą, poniżeniem, kpiną, wyśmiewaniem czy innym brakiem szacunku, to tym bardziej z ochrony takiej korzysta sfera relacji intymnych i emocjonalnych – niezależnie od tego, czy dotyczy to osób biseksualnych, homoseksualnych czy heteroseksualnych” – oznajmia autor cytowanego pozwu.

Te dwa fragmenty doskonale pokazują, jakie są cele osób prowadzących akcje pozywania rzekomo homofobicznych komentatorów czy naukowców przed sądy. Nie chodzi tu bynajmniej o obronę praw osób homoseksualnych, ale o zamknięcie ust wszystkim, którzy myślą inaczej niż oni. Prawo (na razie cywilne, ale w tekście znajdują się również pogróżki o możliwości stosowania prawa karnego) ma zakazać kwestionowania „normalności” homo- czy biseksualizmu. A sądy mają pilnować, by przypadkiem ktoś nie zażartował z homoseksualisty czy nie przypomniał, jak wyglądały fakty dotyczące wykreślania homoseksualizmu z listy chorób. W świecie pozywających nie będzie zatem miejsca dla katolików czy uczonych zajmujących się pomocą osobom homoseksualnym. Oni mają zostać wykluczeni, tak by nic nie przeszkadzało pozywającym w dobrym samopoczuciu.

Wykluczyć z polityki

Ostremu atakowi podlegają także politycy. I mowa nie tylko o pośle Robercie Węgrzynie, który w niezbyt mądry i niespecjalnie dowcipny sposób podkreślił, że homoseksualizm nie jest jednak tym samym co heteroseksualizm, za co został wyrzucony z PO, ale także o posłach, którzy swoje opinie wyrażają absolutnie zgodnie z zasadami kultury osobistej. Ostatnio pisma domagające się wyciągnięcia konsekwencji wobec posła Stanisława Pięty i posłanki Krystyny Grabickiej trafiły do Komisji Etyki Poselskiej. I znów, jak poprzednio, powodem było zakwestionowanie przez polityków Prawa i Sprawiedliwości równoprawności „orientacji seksualnych”. Pięcie oberwało się również za stwierdzenie, że prawo zakazujące „mowy nienawiści” będzie „gejowską pałką na normalnych ludzi, którzy mają odwagę bronić religii, praw rodziny i dobrych obyczajów”, a Grabickiej za pytanie: „czy nie jest nadmiernym nadużyciem mieszanie zapisów dotyczących osób niepełnosprawnych czy starszych z zapisami dotyczącymi homoseksualistów?”.

Na razie większość z tych pozwów czy donosów kończy się niczym. Sądy oddalają pozwy, jak ten, który skierował w trybie wyborczym przeciwko politykom Prawicy Rzeczypospolitej Krystian Legierski. Ale to, co na razie oczywiste, wcale nie musi być takie za rok czy za dwa. Nie tylko dlatego, że głosami PO i SLD przerzucono właśnie do prac w komisjach sejmowych ustawę zakazującą mowy nienawiści, ale także dlatego, że niezwykle dynamicznie rozwijają się antydyskryminacyjne towarzystwa prawnicze, których głównym celem jest zwalczanie chrześcijańskiej, tradycyjnej moralności. Wzorce czerpią z Zachodu, gdzie mowa nienawiści już dawno podlega karom i gdzie skazuje się za nią dziennikarzy, którzy cytują słowa Katechizmu Kościoła Katolickiego na temat aktów homoseksualnych. Jeśli szybko nie zaczniemy przeciwdziałać, w Polsce może być podobnie. Szybciej, niż się spodziewamy.