Nie dla własnej chwały

„Pokora to najważniejsza cnota, a ja ją mam” – mawiał kolega złośliwie. Bardzo prawdziwe.

Nie dla własnej chwały

Parę ciekawych informacji nadeszło dziś z Rzymu. Przede wszystkim to, że Papież ogłosił List Apostolski o kapłanach i ich tożsamości. Fajnie mówił też podczas spotkania z pracownikami Watykanu, podkreślając wartość zwyczajnej służby. No i wygłosił też  przemówienie do pracowników rzymskiej kurii. W tym ostatnim moją szczególną uwagę zwróciły słowa, które padły tam w kontekście potrzeby nawracania się: „Ta gorycz czasami dociera również do nas, gdy po wielu latach spędzonych w służbie Kurii z rozczarowaniem zauważamy, że z trudem ulegają zmianie niektóre dynamiki związane z wykonywaniem władzy, żądzą zajmowania pierwszego miejsca, dbaniem o własne interesy. I stawia się pytanie: czy w Kurii Rzymskiej można być przyjaciółmi? Czy można mieć relacje przyjaznego braterstwa?”.

Nie znam realiów kurii rzymskiej, aby móc sprawy oceniać. Żadnej zresztą kurii, nawet tej naszej, katowickiej, nie znam na tyle, by coś takiego robić. Trochę już jednak w Kościele widziałem...  I cieszę się, że Papież, dobrze znający realia, coś takiego odważył się publicznie powiedzieć. Nie, nie zamierzam nikogo konkretnego wskazywać, bo mógłbym te konkretne osoby skrzywdzić. Ale widziałem zjawisko. Też z rozczarowaniem. Widziałem dbanie o własne interesy, widziałem żądzę władzy... I inne, nieciekawe, czasem nawet paskudne. I wiem, że nie zmienia tego żadne działania „reformujące”, a jedynie nawrócenie. O ile człowiek zdaje sobie sprawę, że ma z czego...

Sęk w tym, że wszystkie tego rodzaju postawy można sobie tłumaczyć troską o dobro; troską o dobro Kościoła. Ot, takie nieliczenie się z innymi bywa przykrywane troską o dobro sprawy. Dla mnie to dziwna „odmiana” chrześcijańskiego personalizmu, ale rozumiem. Albo lansowanie jakiejś inicjatywy: to, co robię najlepsze, inne niewiele warte, więc wspierajcie mnie, bo JA... Z czasem okazuje się, że ta sprawa czy ta inicjatywa to tak naprawdę nie coś, co faktycznie służy jakiemuś dobru, ale zaspokaja czyjeś ambicje, potrzebę sukcesu... A dobru Kościoła, autentycznemu dobru, służy średnio albo, wręcz przeciwnie, szkodzi mu. 

Tak, potrzebujemy nawrócenia. My, czyli wszyscy, którzy jesteśmy na bakier z pokorą. Służba powinna być służbą, a nie ścieżką kariery, zdobywania sławy, uznania... Szkoda, że zapominamy, że największym sukcesem chrześcijanina nie są jakieś osiągnięcia, za które dostaje się nagrody, ordery czy awanse, ale  wierne trwanie w tym, czego uczył Chrystus...