Cóż po najlepszej nawet teorii, jeśli nie jest wprowadzana w życie?
No to zimę mamy za sobą. Dziś początek wiosny. Astronomicznej, bo kalendarzowej dopiero jutro. Meteorologiczna za to przyszła ponoć już na początku marca. Tak czy siak – fajnie, że zima się kończy. Lubię każdą porę roku, ale niech nie rozpycha się na sąsiednie, a trwa ile trwać ma :) Tak jest najlepiej. Gdyby jeszcze w świecie politycznych rozgrywek – w Polsce, w świecie – brudy zimy chciały ustąpić jakieś dającej nadzieję wiośnie. W Kościele... Zmieniła się w ostatnich latach moja optyka patrzenia nań. Wiosna, w moim odczuciu, nie tam, gdzie dobrze wyglądają statystyki, ale gdzie wiara jest żywa; gdzie autentycznie kształtuje postawy...
Nie, nie oburzyłem się czytając doniesienia o planach biskupa Johana Bonny’ego z Antwerpii. Raczej, nie wiem który już raz, westchnąłem i opadły mi ręce. Wśród wielu planów dotyczących swojej diecezji, a będących jego zdaniem przebudowywaniem Kościoła na bardziej synodalny, wymienił między innymi udzielanie święceń żonatym. I to w niedługiej perspektywie: do 2028 roku. Nie jestem generalnie przeciwnikiem takiego rozwiązania. Sam uważam, że ważniejsza od celibatu jest dla Kościoła Eucharystia, możliwość jej sprawowania. Bo przecież bez Eucharystii Kościół nie jest sobą w pełni. Tylko decyzję o tym, że teraz będziemy święcić też żonatych, musiałby podjąć cały Kościół powszechny, z papieżem na czele. A nie biskup tej czy innej diecezji, na przekór temu, co jest normą w Kościele powszechnym. Skąd w ogóle pomysł tego biskupa, że on sam mógłby w tej sprawie decydować?
Nie mam pojęcia, czy za tym konkretnym przypadkiem nie kryją się jakieś problemy natury psychicznej. Nie jest mi obce doświadczenie tego, że niektórzy mężczyźni, z wiekiem coraz bardziej przekonani o swojej nieomylności, stają się też coraz bardziej apodyktyczni. Generalnie widziałbym w tym jednak inny problem: niezrozumienie nauki Jezusa, między innymi tej z Wieczernika, który mocno podkreślał, że władza, bycie przełożonym, jest służbą. Papież, biskup, proboszcz, i każdy kto ma jakąś władzę w Kościele albo komu się wydaje, że z racji sprawowanego urzędu ją ma, jest przede wszystkim sługą. Sługą tych, którymi rządzi, sługą sprawy, nad którą powierzono mu pieczę. Nie jest właścicielem. Kościół, jego instytucje, nigdy nie są prywatnym latyfundium żadnego przełożonego. I co za tym idzie, ci, którzy razem z nim się nad jakąś sprawą trudzą, nie są parobkami, których zadaniem jest tylko wykonywać polecenia (a o trudnościach zameldować po wykonaniu), ale współsługami, współodpowiedzialnymi; braćmi i siostrami w wierze. Tak samo obdarowanymi łaską chrztu, bierzmowania, tak samo karmiącymi się Ciałem Chrystusa, a nieraz też przecież mającymi taki sam udział w kapłaństwie, jak owi przełożeni.
Myślę, że właśnie traktowanie Kościoła, jego instytucji, jak prywatnego folwarku różnych przełożonych, jest jedną z głównych przyczyn, dla której wielu świeckich nie widzi sensu brania w Kościele odpowiedzialności za cokolwiek. Wszystko jest OK, gdy sprawy idą dobrze. Gdy pojawiają się trudności, spięcia, okazuje się, że nie są warci więcej, niż pionek na szachownicy, który łatwo się poświęca, by chronić ważniejsze figury....
Tak, jeśli nie zaczniemy traktować na serio nauki Jezusa, jeśli kościelni przełożeni nie będą rozumieli, że mają być sługami, ciągle będą się pojawiały takie sytuacji, jak obecna z biskupem Antwerpii. Trzeba po prostu wymogi Ewangelii konsekwentnie sklejać z życiem...