To co: historia potoczyłaby się inaczej?
Wielki Piątek... Pouczająca lekcja o wierności Bogu, ludzkiej słabości i ludzkiej podłości... Wielkie sprawy naszego zbawienia. Ale, jak to w życiu, też codzienność. Ot, trzeba pójść na cmentarz i nasadzić trochę kwiatków na grobach bliskich. Tymi posadzonymi wcześniej „poczęstował” się jakiś zwierz, najpewniej widziana tam mała sarenka... Cóż, gdy wszystko świeże dopiero zaczyna się zielenić, nawet lichy bratek okazuje się dla głodnego zwierzątka przysmakiem. Irytacja szybko minęła.
Za to nie mija ta, która zrodziła się na widok kolejnej „zielonej tablicy” wykorzystującej do wepchnięcia się w sznur samochodów nawet nie, zgodnie z przepisami, buspas, ale pas do jazdy w innym kierunku. Irytujące, że uprzywilejowanie lub jego brak nie zależy od funkcji pojazdu – karetka pogotowia, straż pożarna, autobus, taksówka – ale od rodzaju silnika. Ale niech będzie. Nawet i to, że, przynajmniej do niedawna, „zielone tablice” parkowały nieraz za darmo, a „białe tablice” musiały ten ich przywilej finansować. Ale – pomyślałem sobie irytując się na tamtego kierowcę – czy właściciele elektryków płacą podatek drogowy? „Białe tablice” płacą go kupując paliwo, a co z „zielonymi”? Sprawdziłem. Nie płacą. Mimo że samochody elektryczne ważą przeciętnie znacznie więcej niż spalinowe, a więc bardziej też niż spalinowe eksploatują powierzchnię. No tak: w dobie walki z wszelkimi nierównościami kwitnie nam „zielony apartheid”. Życie.
Tak, mnóstwo takiego mijania się wyznawanych zasad z życiem. Ot, to wczorajsze, liturgiczne obmywanie nóg w kościołach. Obrazowe przedstawienie, że powinniśmy sobie służyć; zwłaszcza ci, którzy zrządzeniem losu czy opatrzności Bożej wyniesieni zostali nieco ponad innych. A w praktyce? Godności wciąż zadzierają nosa i hołubią same siebie...
Dziś przed południem w wielu kościołach drogi krzyżowe. „Jezus na śmierć skazany”, „Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż”, „Święta Weronika ociera twarz”, „Jezus obnażony z szat”... Wiele słów o tym, jak powinniśmy lub nie powinniśmy ich naśladować. W praktyce... Umywamy ręce, bo to nie nasza sprawa, przed pomaganiem się wzdrygamy, chętnie pokazując palcem, kto pomóc powinien, a jak można wyśmiać czyjąś nagość (taką w sensie przenośnym) to oczywiście takiej okazji nie przepuścimy...
Nie inaczej z tymi naukami płynącymi z czytanej tego dnia opowieści o męce Jezusa. Łatwo oburzać się w sercu na śpiących w Getsemani uczniów, bo okazji do nocnych czuwań mało. Za to w dzień... Albo ta scena, gdy sługa arcykapłana, uważając, że Jezus niegrzecznie odpowiadając arcykapłanowi, spoliczkował Go: jak często nie jest dla nas istotne co zostało powiedziane, ale twierdzimy, że „tak nie wolno mówić” albo że zwracając się do „godności” należy zachować większy niż do innych ludzi szacunek i pilnować, by nie dotknął jej nawet cień nieprzyjemności, a tylko dym naszych kadzideł? Podobnie ze sceną przed sądem Piłata. Ten narastający we wrogach Jezusa gniew, w którym, by dopiąć swego posunęli się aż do bluźnierstwa twierdząc, że poza Cezarem nie mają króla. Ile razy gotowi jesteśmy dopiąć swego choćby po trupach i za nic mamy naukę płynącą z tej ewangelicznej sceny?
Często o tym ostatnio piszę. Skleić ideały z życiem, skleić Ewangelię z życiem. Nie musi się zaraz wszystko udać. Ale chcieć, próbować. I nie uważać, że samo mówienie o nich wystarczy.