Tutaj i tam

Katarzyna Solecka

Widzieliście jak przytył? Co ona za beret założyła! Naprawdę się postarzał, rok go nie widziałem, nic dziwnego, teraz już widać, że ma swoje lata…

Tutaj i tam

Nasze biedne ciała – jakąż łatwością przychodzi nam je zaklasyfikować, ocenić, skreślić. Uznajemy, że oczy już nie te; że dzisiaj tylko cztery kółka, z trudem, a kiedyś przecież siedem; że chcielibyśmy więcej i nie takie, a tu ciągle jeszcze nie. Cóż robić, wszystko nie w porę: od pryszczy do chwiejnych kolan. A przecież te nasze biedne ciała od lat niosą nas co dzień, wydeptujemy w nich własne ścieżki, jesteśmy rozpoznawalni.

Łatwo uznać, że kiedyś, po zmartwychwstaniu, będziemy mocni i piękni, optymalni, może w okolicach trzydziestki czy co tam uważamy za swój życiowy ideał. Myślę sobie jednak cichcem – a co, jeżeli to wcale nie tak? Przecież wtulone wieczorem w moje ciało dziecko mnie dwudziestoletnią – o skórze gładkiej,wyprostowaną i trochę niezgrabną (tą niezgrabnością młodości, co budzi zachwyt i tkliwość) – obojętnie minęłoby na ulicy… Co zostanie w niebie z naszych wyklęczanych kolan, zmęczonych barków, z tego zgrubienia na ręce po narzędziu pracy? Nie chodzi o żadne sentymenty, o jupitery niebieskiego fotoszopa, udowadnianie, że zniszczone jest piękne. Ale gdzież się podzieją wpisany w naszą skórę strach, wiotkość, porody i rany? Gdzie będzie nasze drżenie, nasza zaciętość, nasz upór – które nasze ciało dźwiga, nazywa, wyraża? Czy naprawdę chcemy to zrzucić z siebie, zostawić jak niepotrzebny balast?

Czasem ubogie życie wydaje się pociągające tylko tym, który nigdy nie zaznali jego surowości. Tyle że nie o romantyczne podrygi tu idzie. Trochę o to, co możemy zyskać, co stracić. Najbardziej o to, kim my właściwie jesteśmy. Jak pisał ks. Janusz Stanisław Pasierb w wierszu „Przed Komunią”:

 

niech mnie strzeże ciało
od nie-czułości i od nie-cierpienia
od bielejącej na kość rzeczowości
od szaleństwducha od utraty miary

niech mnie strzeże ciało
nich ciepłe światło przesłoni mą ciemność
i od powietrza co w samotność stygnie
niech mnie zachowa wydanego śmierci

niechaj mnie strzeże ode mnie samego
od głodu mego i od nasycenia
jak nieporadnie czuły dotyk ślepca
niech mi pozwoli znaleźć się wśród ludzi

niech mnie strzeże ciało
bezbronne skaleczone zabite i żywe
które przenika przez kamienne ściany
w którego rany wkładam sztywne palce

niech mnie strzeże ciało
tak bliskie memu i tak naznaczone
które bez wstrętu dotyka kalectwa
i ranie serca nie pozwala skrzepnąć