Otwarte…

Maria Sołowiej

Zamknięte? Jakiś czas potem przyjrzałam się dokładniej cmentarnemu ogrodzeniu.

Otwarte…

Rozpędziłam się trochę. Napisałam poprzednio, że same słoneczne dni to susza murowana. Przecież może padać czy nawet solidnie lać w nocy, a od rana słoneczko… W wielkanocny pandemiczny czas,  jakoś wcale padać nie chciało. Nawet w nocy. A tu zakaz wejścia do lasów, parków i cmentarze zamknięte. Zaskoczyli mnie nasi decydenci kompletnie. Na podstawie wspomnień z mrocznych czasów stanu wojennego podejrzewałam, że mogą zakazać przemieszczania się bez stosownej przepustki do sąsiednich miast komunikacją publiczną, w której trudno o zachowanie przepisanego dystansu. Na zakazany wiosenny las, park i zamknięty na cztery spusty cmentarz w wielkanocne dni moja wyobraźnia była ciut za mała…

Mniejsza o lasy i parki. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, więc w tamtym czasie dzięki pandemicznemu zakazowi udało mi się powtórnie odkryć urok panewnickiej Kalwarii. Teren zadrzewiony, ale ani to park, ani las, więc pospacerować było można, medytując przy okazji. Gorzej z cmentarzem. Posadziłam kwiatki, a tu sucho. Ani chybi  po odwołaniu zakazu zastanę na grobie wysuszone zwłoki roślin czy jak by to nazwać w zielonej nowomowie. 

Może uśmiechnąć się do grabarza? Nie, wejdę jakoś, podleję te kwiatki.. „Podsadzisz mnie i wdrapię się  przez ogrodzenie albo tę bramę na tyłach cmentarza” – mówię do  męża. „A z drugiej strony kto cię podsadzi?” – pyta mój małżonek rzeczowo,  w dodatku nie paląc się do osobistego sforsowania przeszkody. No jak nie, to nie! Byłam kiedyś wychowawczynią kolonijnej grupy chłopców. Boisko przy szkole było często zajęte przez innych chętnych, dlatego z chłopakami szło się na pobliski stadion. Zwykle zamknięty, ale można było przez płot. Dałam radę wtedy, dam i teraz. „Byłaś znacznie młodsza”- zauważa mąż sceptycznie i dodaje pocieszająco:  „Jakby co, to kupię nowe sadzonki.” Przekonał mnie. Nie pamiętam czy w końcu spadł deszcz, czy zakaz odwołano w porę. Kwiatki nie zasuszyły się na śmierć.

Jakiś czas potem przyjrzałam się dokładniej cmentarnemu ogrodzeniu. I ze zdziwieniem stwierdziłam, że w nowej - nieco wcześniej przyłączonej -  części cmentarza po prostu brakuje  kilku fragmentów płotu. Odkryłam także (cóż za odkrycie!), że mieszkańcy położonych w pobliżu domów czasem skracają sobie  drogę, przechodząc tędy, a i wałęsająca się młódź korzysta z tego skrótu. 

Morał z  opowiastki? Taki, że czasem niepotrzebnie martwimy się sytuacją, która wydaje się bez wyjścia albo z której wyjście wydaje się ponad nasze siły. Czasem wystarczy przetrzeć oczy, spojrzeć, by nagle stwierdzić, że przed nami otwiera się nowa albo niedostrzeżona przedtem droga, a zamknięte drzwi są jednak nieco uchylone.