Te mieszkania ustawne, w dobrym miejscu, z pustymi dzisiaj pokojami. Te przestronne domy, wychuchane, budowane czasem przez wiele lat: ich łóżka przykryte kapą, szafy, w których zbiera się kurz.
Miały być dla dzieci, ale życie potoczyło się inaczej: dorosły, wyfrunęły z gniazda. Bez pretensji, ale te odległości! Kto by kiedyś pomyślał! Nasze kościoły – budowane na Bożą chwałę przecież, znak wiary, który dzisiaj oglądają turyści, z mszą dwa razy w tygodniu, z czerwoną lampką w bocznej kaplicy. Nasza duma, jej kształt.
Nie przewidzisz. Nie przewidzisz, człowieku, nie przewidzisz. Wydaje ci się, że trzymasz wszystkie nitki w ręku, że jest się z czego cieszyć, że ci się udało. Ustalona pozycja, miejsce, cel. Jak tu spuścić z tonu, jak tak bardzo żeśmy się przywiązali do wpracowanych efektów? Miało być tak i tak – jest jak jest.
Można o tym pisać z sarkazmem, gorzką ironią, z cynizmem nawet. Odważacie się ćwierkać o przyszłości? Jeszcze zobaczycie! Popalić wam da ta wasza wyczekiwana przyszłość! A przecież nic w tym nowego, nic dziwnego, nie ma się co unosić. Tak, nie jesteś jasnowidzem, naprawdę. Człowiekiem jesteś, nikim więcej.
Niespodziewane ma taki właśnie kształt, że przychodzi niespodziewanie, z definicji. Więc czym tu się przejmować? Że zaskoczy nas to, co zaskakujące? Że nie przygotujemy się na to, czego się nie spodziewamy? To oczywiste, że nie będziemy przygotowani, nie w takim sensie. Bo może trzebabyć gotowym właśnie na to: na nieprzygotowanie, na zaskoczenie nieudawane, przenikające na wskroś. Na to, że niespodziewane się wydarzy, kiedy się nie spodziewamy.
Że Bóg jak złodziej, nocą. Jak w dziecięcej zabawie, kiedy zakrywając nam oczy, pytano: Zgadniesz, kto to?