Klęczę przed pralką. Łatwiej jakoś w tej pozycji oddzielić ciemne od jasnego. Ciało bezwiednie dostosowuje się, łapie rytm.
Myślę o tym, ile to razy w ten sam sposób łapaliśmy oddech przed Bogiem. Nasze ciało pamięta, wie, co trzeba zrobić. Układa się w dziękczynienie, wytężenie, domaga się, trwa.
Niekiedy to naprawdę niewiele. Nasza nieznaczna obecność, gest, kroki, słowa, wygładzenie obrusu dłonią. Jesteśmy.
Są takie sytuacje, w których dobry PR już nie wystarcza. Nasze wysiłki, starania spełzły na niczym. Czasem za późno orientujemy się, że zupełnie nie w tę stronę, nie tak. Zniechęceni, bezradni. Ale nasze ciało wie.
Gesty powtarzane, powtarzalne, jak pierwszy kubek kawy rano, spojrzenie w okno. Jak różaniec odmierzany na palcach. Nie lekceważyć, ich wszystkich nie należy lekceważyć. Nie pragnąć wielkich modlitw, doniosłych spraw z własnym udziałem w tle, cudów. Nie dlatego, że niepotrzebne, nieobecne. Wydarzą się przecież, Bóg wie kiedy. Póki co jednak klękać, oddychać. Zapominać, co robimy, gdzie jesteśmy, nie pytać, co dalej. Czasem wystarczy, że nasze ciało pamięta, nasze ciało wie.
*
Pisze Romano Guardini (Przedszkole modlitwy, Katowice 2018), radząc tym, którzy mają trudności rozmaite na modlitwie – trudności wynikające z samego życia, które przecież„nie przebiega jednostajnie. Występują w nim okresy pełni i napięcia, okresy pustki i bezsilności, a między nimi okresy przejściowe wszelkiego rodzaju.(…)Modlący się nie jest przecież dopasowaną do normy, pozostającą zawsze taką samą istotą, lecz żywym człowiekiem, i wszystko,co wpływa na jego życie, ma również wpływ na jego modlitwę. Mogą więc nastąpić czasy,w których nie będzie on miał ani ochoty na modlitwę,ani modlitwa nie będzie sprawiała mu radości i będzie mu się wydawało, że w jego wnętrzu wszystko wymarło.(…) Jeżeli nic już nie działa, powinno się uklęknąć albo stanąć przed Bogiem i powiedzieć: „«Wiem, że powinienem się modlić, ale nie potrafię». W ten sposób stwierdzi się przynajmniej, że potrzebna jest tutaj modlitwa”.