Zmarłych pogrzebać

To im nie pomoże, pomodlić można się w domu. A jednak...

Zmarłych pogrzebać

No to jest pierwsza encyklika tego papieża. "Magnifica humanitas", o trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji. Nie, jeszcze nie zdążyłem przeczytać. Zbyt wiele innych obowiązków. Przejrzałem całość. I „dokonałem kilku odwiertów próbnych” – jak zwykł mawiać profesor Stanisław Celestyn Napiórkowski OFM Conv. „Wierciłem” zwłaszcza w rozdziale poświęconym przypomnieniu podstawowych zasad katolickiej nauki społecznej. Tak, to jest to; tak właśnie Ewangelia powinna przekładać się na układy w społeczeństwie. Dobrze, że papież w tej encyklice zwięźle to przypomniał. Zasadę dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności, sprawiedliwości społecznej. Dobrze, bo łatwo dziś widzieć jakiś szczegół, nie dostrzegać całości. Moją szczególną uwagę przykuły jednak punkty 86-89. W pierwszym z nich papież pisze  m.in, że „nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu” (86). No cóż... Pozostaje westchnąć...

Do tematu tej encykliki, jeśli Bóg da, jeszcze wrócę. Dziś... No tak, o śmierci. Która, jak by nie patrzyć, jest  nieodłącznym elementem naszej na tym świecie egzystencji. Jak będzie, kiedy do mnie przyjdzie „siostra śmierć” (jak mawia wspomniany już prof. Napiórkowski) nie wiem. Wiem, że kiedy przychodzi na innych, niekoniecznie bliskich, człowiek jest bezradny. Co pozostaje? Być jakoś z tymi, którzy płaczą. I pomodlić się za zmarłego. Nic więcej zrobić nie można. To ważny obowiązek. Chyba nie tylko najbliższej rodziny. Dlatego staram się bywać na pogrzebach. Najczęściej, ostatnimi laty, na pogrzebach rodziców kolegów i koleżanek z redakcji. Dziś, kiedy na stronie pojawia się ten tekst, też..  

Nie, to nie pokuta za lata, gdy z racji bycia nauczycielem nie bardzo mogłem w pogrzebach rodziców koleżanek i kolegów uczestniczyć. Przynajmniej nie świadomie podjęta pokuta. Raczej zainspirowanie się postawą Józefa z Arymatei i Nikodema. Tych, którzy pogrzebali ukrzyżowanego Jezusa. Nie można uratować przed śmiercią, ale można uczestniczyć w tej ostatniej oddawanej człowiekowi posłudze. I być z tymi, którzy płaczą. Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem tych, którzy na pogrzeby nie chodzą tłumacząc, że nie lubią. Nikt przecież chyba nie lubi, ale trzeba...

Trzeba. Tak, czasem trzeba też pogrzebać nie człowieka, ale jakieś sprawy. Dobre sprawy. Sprawy, które powinny trwać, ale, z różnych powodów, trwać już nie będą. „Walczyć” – poradzą jedni. „Zostawić póki jeszcze jest, niech inni się martwią”  – poradzą drudzy. A  człowiek wie, że pierwsze nic nie da, a  drugie... No właśnie. To nie jest tak, jak w tym powiedzeniu, że pierwsze z tonącego okrętu uciekają szczury. Ani nie tak, że kapitan tonącego statku powinien honorowo wraz z nim pójść na dno. Ale prawda taka, że dobre sprawy zasługują na „godny pochówek”. Nie porzucenie, skazanie na bycie odrazą. Ktoś powinien zostać do końca. Jak Józef, jak Nikodem. Nie bacząc na oskarżenia, że robi to dla spadku...

Mogę powspominać? Po co się pytam :) Przypominają mi się w tym kontekście dwa górskie dni dawno minionej młodości. Najpierw dzień, w którym długie godziny spędziliśmy z kolegami po zimnej, północnej stronie pewnej góry, a ja pierwszy, dłuższą chwilę przed innymi, wyszedłem na skąpany w chylącym się już ku zachodowi słońcu wierzchołek. I witałem ich, gdy po kolei wychodzili z chłodnego cienia wprost w ciepłe światło. To był wieczór niesamowitej radości... Wcześniej był jednak inny dzień. Kiedy to koledzy wyszli już z ogarniętej mgłami i niespodzianie padającym śniegiem stromizny, a ja zdecydowałem, że będę tym ostatnim, który na chwilę zostanie w tej mgle i śniegu sam. I zanim wyjdzie, pozbiera jeszcze co trzeba. To był dzień odkrycia znaczenia słowa „odpowiedzialność”. 

Józef z Arymatei i Nikodem – wzór dla tych, którzy mają odwagę zająć się beznadziejnymi już sprawami. Nie dlatego, że pojawia się jakaś nadzieja, ale właśnie po to, żeby do końca zachować się tak, jak należało... A potem? Potem życie toczy się dalej. Zawsze. Nawet gdy śmierć przychodzi po Józefów i Nikodemów. Życie zmienia się, ale nie kończy. Jest przecież to, które nie kończy się nigdy.