Spowiedź pisarza

Od dziennikarza w gazecie nazywającej Pawła VI „pigułkowym Pawełkiem”, po odkrywcę Manoppello, który inspirował Benedykta XVI. Paul Badde w książce „Ziemia Boga w 20 tajemnicach” ujawnia nieznane dotąd fakty ze swojej biografii. I tłumaczy, dlaczego ma kręćka na punkcie Jerozolimy.

Reklama

W lutym 1979 roku z dnia na dzień nagle wylądowałem w redakcji magazynu satyrycznego „Pardon”, aby wraz z Albertem Christianem Sellnerem zająć się działem teologii i pornografii, przy czym nigdy się do końca nie wyjaśniło, który z nas dwóch za co odpowiada. Albert miał włosy długie jak mały aniołek. Wkroczyliśmy na pokład akurat w ostatnim roku wydawania czasopisma. Interes właśnie spływał w otchłań wraz z wezbranym potokiem, ale myśmy tego nie zauważali. Zresztą nie pierwszy, nie ostatni raz. Albert pochodził z Amberga w Górnym Palatynacie, a ja z Schaag, którego nie ma na żadnej mapie. Obydwaj jeszcze chwilę przedtem byliśmy bezrobotni po latach zaliczania studiów na rozmaitych uniwersytetach. Trudno się dziwić, że posada w fantastycznym mieście Frankfurcie dla nas obu była czymś wymarzonym.

Nie ma nic gorszego od rozwodnionego martini

Frankfurt nad Menem był wówczas czymś w rodzaju Berlina dawnej Bundesrepubliki – mały Manhattan, gdzie czytałem ukochane „Moje ostatnie tchnienie” Luisa Buñuela. W tej spowiedzi życia wielkiego anarchisty szczególnie podobało mi się miejsce, w którym opowiadał o swoim ulubionym koktajlu: „Ażeby w barze wprawić się w stan marzycielski i pozostać w nim, niezbędny jest angielski gin. Moim zaś ulubionym trunkiem jest martini dry. Jest to w zasadzie gin i tylko kilka kropel wermutu, najlepiej Noilly-Prat. Prawdziwi znawcy, którzy lubią swoje martini wypić jako zupełnie dry, twierdzą nawet, że Noilly-Prat należy dodać do ginu dopiero, kiedy muśnie go promień słońca. W Ameryce powiadają, że dobre martini dry jest niczym niepokalane poczęcie. Jak wiadomo, według św. Tomasza z Akwinu zapładniająca moc Ducha Świętego przeniknęła błonę dziewiczą Dziewicy Maryi jak promień słońca przenikający szklaną szybę bez jej naruszenia. Tak samo jest z Noilly-Prat. Ja to uważam za lekką przesadę. W każdym razie należy użyć bardzo zimnego i twardego lodu, żeby nie puścił wody. Nie ma nic gorszego od rozwodnionego martini”. Ja tymczasem oczywiście wiem, że jest coś gorszego od rozwodnionego martini. Ale wróćmy do naszego biurka w „Pardon”. Centralną postacią smaganą biczem satyry był u nas w tamtych latach „pigułkowy Pawełek”, jak Pawła VI nazwał genialny rysownik Hans Traxler. A nazwał, bo ten papież na rok przed festiwalem wolnej miłości w amerykańskiej miejscowości Woodstock ponowił z Rzymu próbę powstrzymania triumfalnego pochodu pigułki antykoncepcyjnej. Papież w interpretacji Traxlera był zatem awanturniczym „popsujzabawą” w czasach, kiedy zabawa była jedyną wartością, jaka bez szkód ostała się wobec wielkiej rewolucji kulturalnej, przynajmniej jako zasada.

Pobożny dziwoląg. Co gorzej – katolik

W 1979 roku Europa znajdowała się w pewnej niszy dziejów świata. Kto urodził się u kresu wielkiej rzezi wojennej, miał właśnie 34 lata. Ja miałem 31. Była to kulminacja rewolucji seksualnej. Nikt jeszcze nie słyszał słowa „AIDS”, a gdyby nawet, nie wiedziałby, co to jest. Ja wprawdzie nie zapomniałem wszystkiego, czego mnie nauczyli moi rodzice, ale wielu sprawom pozwoliłem słodko usnąć. W redakcji uchodziłem za pobożnego dziwoląga, a nawet gorzej – za katolika. Nie miałem nic przeciwko temu. Wprawdzie w życiu nie dostałbym tej roboty, gdybym się przyznał do tego podczas rozmowy rekrutacyjnej, ale teraz już tę posadę miałem. Musiałem nakarmić rodzinę, a poza tym miałem piekielny ubaw. Jeszcze lepszy humor miał sam Bóg, bo po 15 latach od naszych wspólnych przygód sprawił, że właśnie od mojego kolegi Alberta Christiana Sellnera wyszła inicjatywa książki, która pozwoliła kardynałowi Ratzingerowi święcić pierwszy wielki sukces światowy. Do przeprowadzenia tej idei potrzebował bohatera w rodzaju Petera Seewalda, którego legendarna rozmowa z Josephem Ratzingerem „Sól ziemi” w 1996 roku zepchnęła ze szczytu listy przebojów „Salt of the Earth” Rolling Stonesów z roku 1968. Ale sam pomysł pochodził od Alberta.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3
    -3°C Sobota
    dzień
    -3°C Sobota
    wieczór
    -5°C Niedziela
    noc
    -8°C Niedziela
    rano
    wiecej »

    Reklama